Nieśmiało stukam w klawisze, owinięta kocem i błądzę myślami gdzieś daleko. W mieszkaniu bałagan, muszę się w końcu wziąć do sprzątania, kiepsko mi to wychodzi... Oddaję się błogiemu nieróbstwu i szperam w głębinach Internetu w poszukiwaniu lektur do pracy maturalnej. Miły poranek zamienia się w jakieś takie smutne popołudnie. Tęskno mi. Powinnam zrobić dzisiaj kilka rzeczy, zmusić się do postawienia kilkunastu małych kroków do przodu, ale mi się totalnie nie chce. Chyba pozostanę w tym stanie odrętwienia, nie mam ochoty z tym walczyć. Wytrzymałam aż 2 dni w moim postanowieniu postnym. Tak, tak - znowu próbowałam nie jeść słodyczy i bach, przegrałam sromotnie... Znowu trochę mieszam w mojej "edukacji", zapisałam się na masaż i teraz muszę wybrać, gdzie będę dojeżdżać. Do poniedziałku mam czas, zobaczymy co to będzie. Liczę na to, że mi się będzie podobało. Znowu czuję, że chciałabym coś w swoim życiu pozmieniać. Coś z pracą. Z jednej strony dobrze mi tu, gdzie jestem, widzę się ze swoją drugą połówką non stop, bo praca na miejscu i do zbyt ambitnych nie należy, z drugiej świadomość, że wakacje się zbliżają, co do których mam ciekawe plany i muszę zacząć faktycznie oszczędzać i jeszcze to, że marzy mi się, żeby przyjść z pracy z uśmiechem na ustach i satysfakcją, że zrobiłam dzisiaj coś dobrego. Ktoś uświadomił mi ważną sprawę i naprawdę muszę skupić się na tym, czego chcę i czy NAPRAWDĘ tego chcę. Koniec, kropka. Zwalczam mentalnego lenia i idę posprzątać, odkładam te cholerne orzechy na bok, zjem śniadanie, poukładam sobie kilka spraw w głowie, wypiję herbatę, zamówię bilety na koncert, przekopię cały Internet w poszukiwaniu ćwiczeń z angielskiego, wyślę je do mojej współtowarzyszki doli i niedoli w nauce, poczekam, aż ktoś się odezwie i powie, że bezpiecznie dojechali do domu.
Udanego piątku!