31 stycznia 2013

Styczniowe rozlewisko.

Oczywiście, jak to w moim przypadku bywa, jak ma człowiek wolne, to: albo prądu nie ma, albo komputer odmawia posłuszeństwa, wszystko buczy, chrzęści, rzęzi i nie działa. "Not valid." i bądź tu mądrym, co mu valid, a co mu nie valid. Tak to sobie te sprzęty ze mną pogrywają. Na razie jest ok, ale jutro pewnie powtórka z rozrywki. Wysprzątałam całą łazienkę. Tyle energii szkoda byłoby zmarnować! Poranek spędzony na walce z samą sobą, wstać czy olać system i przewracać się z boczku na boczek. Coraz obfitsze te boczki się robią, ale nie o tym dzisiaj. Ostatni dzień stycznia. Tak bardzo chciałabym pozbyć się wszystkich kalendarzy i zapomnieć o całym świecie. Na chwilkę. Baterie mi się kurde wyczerpują. Gdzieś w tym zdaniu powinien być przecinek, ale wizualnie nie umiem dopatrzeć gdzie. Dzisiaj trochę słońca, dusza się raduje, ale buty przemokły. Bo jak słońce, to i cieplej, kończyny już tak straszliwie nie zamarzają, ale jak cieplej to roztopy, a jak roztopy to kałuże. Kontynuować? Nie żeby mi było źle, skądże! Ja się cieszę przeogromnie, że z każdym dniem bliżej wiosny! Urodziny się zbliżają, chciałabym jeszcze zrobić kilka rzeczy zanim mam te naście lat. Uwierzycie? W maju stanę się dwudziestolatką. Niesamowite rzeczy się dzieją! :) Jak to miło się w końcu tutaj odezwać, pomarudzić, wyrzucić myśli z głowy.
Styczeń ogłaszam miesiącem rozlewania wszędzie wszystkiego. Naprawdę nie wiem, jak to się dzieje, ale nie umiem donieść nigdzie kubka z herbatą. Blat kuchenny pływający w kakao - to moje sprawka. Niedawno zrobiłam sobie cappuccino. Szczęśliwie doniosłam kubek na biurko. Za oknem już ciemno, więc trzeba by zasłonić zasłonki. Jakim cudem razem z oknem, udało mi się przysłonić kubek z parującym napojem, nadal pozostaje dla mnie zagadką. Naturalnie ustawianie lampki na biurku, rozkładanie książek, zeszytów, poszukiwanie ołówków, przetrząsanie szuflad nie może obejść się bez wstrząsów blatem. No i mam. Beżową kałużę na panelach. Nawet nie chce mi się zbytnio denerwować. Jakoś tak wyszło i już. Tylko ciiii, nie mówcie nikomu, staram się walczyć z opinią fajtłapy... Dotychczas z marnym skutkiem, ale popracuję nad tym. Idę narkotyzować się zapachem świeczki z Air Wicka i zgłębiać tajniki "Rozumienia tekstu czytanego i rozpoznawania struktur leksykalno-gramatycznych". 
English is easy... Taaa ;)

9 stycznia 2013

Domowe przedszkole.

Patrzę na kalendarz i nie wierzę własnym oczom. W sensie, że już styczeń, że po świętach, że mnie tu tyle nie było, że śniegu za oknem po kolana, że to już 2013 rok, że przeżyłam Koniec Świata?
Ale... ale jak to? Tak bez życzeń na święta się obeszłam? Coś Majową już do maja za szybko ciągnie, jakieś siły nieczyste sprawiają, że dni pędzą jak szalone. Na panikę przedmaturalną przyjdzie jeszcze czas. Teraz pora na obserwację domowych czworonogów, którym palma uderzyła do głowy. (Palma w zimie?)  Biegają po mieszkaniu jak oszalałe, kot goni psa, pies goni kota... Cóż to w tym moim domu się wyprawia? Człowiek ma wolne, chce pospać do obiadu, a tu Mama budzi o świcie (co z tego, że 10:00 na zegarku, świt to świt!) i przebąkuje coś o spacerze. Że niby co? Wędrować przez śnieżnobiały las, gdy mróz śmieje mi się w nos? Następuje próba ratowania się, że przecież to grypa na świecie grasuje właśnie w tym momencie, że to tak trochę nie po drodze, żeby się na spacer wybrać z Torą. Z Mamą o świcie lepiej nie zadzierać, zresztą kto później musiałby szorować podłogę, gdyby przepełniony pęcherz wyżła dał o sobie znać? Odpowiedź jest tak prosta jak budowa cepa. Zniechęcona perspektywą marznięcia na podwórku, opatuliłam się szalikiem po sam czubek nosa, w nadziei, że choć troszkę uda mi się wygrać z zimnem. Odwieczna batalia toczona pod czujnym okiem Matki Natury - ja i moje zimne ręce. Brak rękawiczek w zasięgu mego wzroku zaowocował stukaniem w klawiaturę telefonu lekko zgrabiałymi palcami i informowaniem Siostry o najnowszych skandalach w "Na Wspólnej".
Pudelku*, chwała Ci za plotki o poranku! ;)

Wejście do kuchni jest bronione dzielnie przez czarno - białego Cerbera, wiecznie głodnego, nasz rozbuchany kot ani myśli odpuścić w walce o jedzenie. To nic, że słaniasz się na nogach, próbując dotrzeć do lodówki i uszczknąć kawałek sera. Teraz najważniejsza jest Bibi galopująca slalomem pod nogami, jakby tak Głodny zapomniał, że to ona stoi wyżej w hierarchii niż ludzkie istoty. To nic, że pół godziny temu zjadła całą miseczkę Whiskasa...
Tak. Właśnie tak wygląda dzień wolny od pracy w moim domu, nieustanna obserwacja poczynań mieszkańców Domowego Przedszkola. Dwie futrzane istoty, kobiety mogę wręcz dodać, a się kłócą o miejsce na niebieskim kocyku jak pies z kotem. ;)

Znacie takie scenariusze dnia codziennego? Zastanawialiście się kiedyś, co Wasze zwierzaki robią, gdy Was nie ma w pobliżu? Sama mam ochotę to sprawdzić... Przydałaby się kamera, a może powstałby filmik podobny do tego: KLIK


 *pudelek.pl Sensacja. Plotka. Komentarz. I love it! ;)