5 grudnia 2012

Grudzień!

Jak emocje przed przybyciem Świętego Mikołaja? Wszyscy byli grzeczni tego roku? ;) Śnieg za oknem, ciepłe kakao i płomyczek w kominku... Tak mogłabym spędzać całą zimę. Calutką! Nie ma nic przyjemniejszego niż zakopywanie się w puchatej pierzynie. Prawda? Oglądanie filmów przeplatane  serialami, stosy książek do przeczytania i... zwalniamy odrobinę. Zima to czas na regenerację sił. Odganiam twardo chorobę, która czai się gdzieś w zanadrzu i czyha na mnie, gdy telepię z zimna na przystanku. Nie umiem się zebrać do spacerowania. Ciemno, zimno i tak jakoś nieprzyjemnie. Tora wytrwale czatuje w swoim kubraczku*, ale wolę jak posiedzi z nami w domu... Wiem, wiem: ruch, świeże powietrze - nie ma nic lepszego od utrzymywania organizmu w dobrej kondycji, ale czasem włącza się tryb leniuszka i nie ma na to rady!
Jakieś pomysły na świąteczne prezenty? Bardzo bym chciała spędzić święta w tym roku bez tego całego szału zakupowego. Pracuję nad przekonaniem mojej rodziny do zakupu czegoś wspólnego, może byśmy sobie zafundowali coś fajnego, marzy mi się jakaś gra (Twister, mata taneczna, itd.) albo gofrownica. Wspólnymi siłami coś zdziałamy. Myśli zaprzątnięte przygotowaniem prezentu osiemnastkowego dla Brata. Jeszcze mam duuużo czasu, do kwietnia daleko, ale musi być wyjątkowo. Nasz Rodzynek dorasta! ;)

Ktoś mnie kopnie w celu przypomnienia, że powtórka z matury już za niecałe 5 miesięcy???  
Halo, Panie Mózgu, budzimy się do życia, bo nie będzie wesoło!

*o tym następnym razem ;)

29 listopada 2012

Od skrajności w skrajność.

Jak w tytule, tworzę wachlarz wspomnień. Pomału schodzę z wysokich obrotów na rzecz chwili odpoczynku. Tylko czy to dobrze w moim przypadku? Już się włącza tryb leniuszka. Ta moja kanapowa natura przytwierdza czasem do podłoża. Potrafię przez długie godziny nic nie robić. Relaks pełną parą. Skończyłam kurs na prawo jazdy i oblałam pierwszy egzamin na łuku. Uwierzycie, że Majowa siedzi za kierownicą? W lutym będę już legalnie jeździć po szosach, taki mój cel i tak to widzę, drugie podejście zakończy się sukcesem, nie ma innej opcji! ;) O samym kursie i  egzaminie pewnie jeszcze napiszę, ale teraz... Teraz będzie o czymś innym. Czasami zapominam jak to jest się wyspać, dobrze zjeść. Będąc w ciągłym ruchu, przyzwyczaiłam się do niedopuszczania do siebie myśli, że jestem zmęczona. No, bo jak to można być zmęczonym, jak jeszcze tyle pracy i obowiązków człowieka czeka w ciągu dnia? Nie można, taka jest prawda! ;)
Czy nie macie czasem wrażenia, że jako ludzie jesteśmy odrobinę nienormalni? Jeszcze nie tak dawno, siedziałam zamknięta w pokoju, milcząca, zadumana, załamana, wyłam w poduchę kilka nocy z rzędu. Bo coś mi w życiu nie wyszło. A teraz? Ledwo siebie poznaję, w domu jestem gościem, zmęczenie daje mi się we znaku, ale nie mam, tak naprawdę, zbyt wielu powodów do narzekań. Nie chcę stawiać się na piedestale, nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że jestem arogancka i zarozumiała, ale... gdybym mogła porozmawiać z kimś, komu sypią się plany i wydaje mu się, że już nic nie warto, chciałabym powiedzieć, że to guzik prawda! Chcieć znaczy móc. Tylko trzeba wystawić nos z dziupli, ruszyć zacne cztery litery i wykorzystywać szanse. I słuchać Jamala! On wie, co dobre! ;)

"Właśnie wstał nowy dzień,
jeszcze raz do zdobycia cały świat,
o tym wiem."

PS W głowie rodzi mi się nowy pomysł. Ktoś chętny na wyprawę do Nepalu? ;)

15 listopada 2012

"Fifty shades of Grey"

"Katherine często się ze mną droczy, że brak mi genu potrzebny mi chłopak, ale prawda jest taka, że po prostu nie spotkałam nikogo, kto... cóż, kto by mi się spodobał, choć nie powiem, że nie chciałabym się przekonać, jak to jest, kiedy trzęsą się nogi, serce podchodzi do gardła, w brzuchu fruwa stado motyli i nie można w nocy spać.
 Czasami się zastanawiam, czy przypadkiem coś jest ze mną nie tak. Być może za dużo czasu spędzam w towarzystwie moich bohaterów literackich i, co za tym idzie, moje ideały i oczekiwania są zdecydowanie zbyt wysokie. Ale w świecie rzeczywistym nikt nigdy nie sprawił, abym tak się poczuła."

Brzmi cholernie znajomo.

7 listopada 2012

"A ludzie u niego kupowali!"

Udaję, że się uczę, słuchawki na uszy i wiadomo... Poważna mina adekwatna do poziomu trudności testu z angielskiego. Podsłuchuję rozmowy z pokoju obok, przyszła Babcia. Słuchajcie, a może dowiecie się czegoś ciekawego, bo ja już tu się ze śmiechu duszę... ;P

Babcia: A na targu był taki Chińczyk czy jakiś taki inny i koraliki, bransoletki sprzedawał.
Olka (moja siostra): I co, fajne?
Babcia: No, takie różne, z kości słonia za 5 zł.
Olka: Babciu, ale z kości słonia to chyba jakieś takie nieprawdziwe.
Babcia: A może to jakiś mamut był? Coś tam gadał, a ludzie kupowali...


Ktoś się skusi na kość z mamuta za 5 zł? :D
Have a nice day! ;)

31 października 2012

Dobry i zły klient 2

Czasem było też zabawnie. Starszy Pan przyszedł z wnuczkiem na zakupy, deszczowy dzień, chyba chcieli ukryć się przed ulewą. Kłaniają mi się pięknie, ja rosnę w piórka, że nadal na świecie żyją tacy dżentelmeni, co to i kapelusza potrafią uchylić. Mały blondynek biega w tę i z powrotem, co chwilę pyta: "A co to?". W pewnym momencie zaczyna coś trajkotać ucieszony. "Dziadku, dziadku puściłem bąka, puściłem bąka!". I tak w kółko. Dziadek chyba miał kłopoty ze słuchem, bo dopiero po jakimś czasie się zorientował, co też mały blondynek podśpiewuje. Nie zapomnę do końca życia, tego przepraszającego wzroku i "Co ty tam opowiadasz, Adasiu... Chodź, bo nas Pani zaraz wyrzuci ze sklepu.". ;) Mały psotnik przynajmniej szczery! Najbardziej chyba w szoku byłam nie samym incydentem, ale radością blond bestii. Chłopczyk naprawdę był wniebowzięty... ;)

A czasem miałam wrażenie, że w XXI wieku dzieci nie zdają sobie za bardzo sprawy z zagrożeń, które na nie czyhają. Pani w zaawansowanej ciąży robi zakupy, przygląda się półce z kremami na rozstępy (już mam ochotę podejść i powiedzieć, żeby w aptece szukała kremu Fissan, bo jedyny skuteczny), wpada do sklepu mały chłopiec z jakimiś ciastkami. "Skąd to masz?" - pyta mama. "Jakiś pan na ulicy mi dał...". "Czyś ty zwariował, co ja ci mówiłam o braniu jedzenia od obcych?!" - widać, że ciśnienie przekracza normę. Błagam Boga, żeby mi tu ta Pani zaraz rodzić nie zaczęła. "No... ja właśnie zapomniałem, mamo. Ale Patryk też wziął!". Tak, najlepiej papugować po Patryku... Na miejscu tej mamy chyba bym z miejsca w tyłek dała...

***
A tak poza tymi moimi wspomnieniami... Co u Was? Cierpię na niedosyt świata blogowego. Chętnie bym wpadła poczytać, co tam w trawie piszczy, pozachwycać duszę przemyśleniami, posuszyć zęby do monitora, ale mnie życie pochłania... W głowie tysiące pomysłów i palce aż się rwą do klawiatury, ale komputer musiał pójść w odstawkę. Priorytety, moi mili, priorytety zawładnęły moim światem! Mówcie tak po prostu, co tam słychać w wielkim świecie, po drugiej stronie kabla? ;) 

16 października 2012

Dobry i zły klient 1

Moje poprzednie prace kręciły się wokół kosmetyków. Pamiętam, jak bardzo byłam przerażona, gdy ktokolwiek pytał mnie o cokolwiek, a ja ledwo w wieku 17 lat ogarniałam do czego służy tusz i puder. Potem z racji tego, że na mojej twarzy zaczęły dziać się dziwne rzeczy (trądzik, eksperymenty z kremami, które mnie zapychały, apteczne specyfiki...), skorzystałam z dobrodziejstw podkładów do twarzy. Boję się, że przesadzę z czymś, dlatego nigdy nie kładę więcej "papy" na twarz, aniżeli jedną pompkę podkładu, itd. ;) Ale o czym to ja chciałam pisać? Raczej nie o moich pierwszych doświadczeniach z kolorówką, och. Coś mnie jakiś słowotok ostatnio dopada... Idźmy więc za tytułem.
Praca w sklepikach/drogeriach kosmetycznych nauczyła mnie tego, że istnieją pojęcia, takie jak: zły i dobry klient. Pierwszy przychodzi, sam nie wie czego chce, a na pytanie: "Może mi Pani doradzić jakiś krem?", po przeprowadzeniu szybkiego wywiadu (jaki problem, jaki typ cery, czy ma na coś alergię) i poleceniu od najdroższego do najtańszego, słyszysz kolejne pytanie od sześćdziesięcioletniej klientki z cerą suchą, skłonną do zmarszczek: "A próbowała go Pani?", to może cię trafić szlag. Ależ oczywiście, bardzo lubię smarować swoją twarz specyfikiem przeznaczonym do wieku +60! Dlatego w wieku 19 lat, mam taką, a nie inną skórę...! Ja naprawdę rozumiem, że wydając pieniądze, chcemy je jak najlepiej zainwestować, ale wszystko ma swoje granice. Przynajmniej powinno. Tak samo pytanie o dobranie lakieru do paznokci. 12 szaf, w których każda ma kilkadziesiąt kolorów do zaoferowania. I bądź tu człowieku mądry i dobierz komuś ładny lakier do paznokci. Rozumiem pytanie typu: który ładnie kryje, jest trwały; szukam odcienia sinokoperkowego różu, itd. To słówko "jakiś" doprowadza mnie do szału ;) Zły klient lubi otwierać każdy tusz do rzęs, nowy, chociaż prosisz go, aby tego nie robił, bo wpompowywanie powietrza do środka kilkakrotnie w ciągu dnia, źle działa na produkt i potem tego nikt nie kupi. Nieee (następuje energiczne zaprzeczanie głową), zły klient wie lepiej, testera nie użyje, pootwiera sobie wszystko, jak chce. Bo On tu jest Panem i Władcą. Ty tam tylko pracujesz, masz usługiwać. Właśnie: usługiwać, a nie obsługiwać. Co jeszcze lubi robić zły klient? Otwierać zafoliowane masła do ciała i robić dziury w folii zabezpieczającej pod przykrywką. W jakim celu? Bo nie wie, jak pachnie to masło. Chociaż na opakowaniu czarno na białym tkwi informacja: O zapachu truskawki. Ciężko sobie wyobrazić, jak taka truskawka może pachnieć, prawda?
Dobry klient zadaje konkretne pytania, uśmiecha się, słucha, co do niego mówisz. Takich lubię najbardziej. Krótko, zwięźle i na temat. Trzyma się ulubionych produktów, doda coś od siebie i jeszcze podziękuje za poradę. I jeszcze są uroczy, zagubieni panowie wysyłani przez partnerki. Całkiem odrębna kategoria! Mają wszystko pięknie zapisane na karteczkach, są poinstruowani, gdzie co leży, a i tak przychodzą, ze wzrokiem Kota ze Shreka i nieśmiało proszą o pomoc. Fajni są. I przystojni... ;P

(CIĄG DALSZY NASTĄPI, żebyście się nie zanudzili ;))

1 października 2012

Psychologia jest wszędzie.

Pisałam już o tym, że pierwsze zajęcia na moim kierunku studium to właśnie psychologia. Patrzę na plan, w sumie 30 godzin w semestrze, chyba tego nie przeżyję. Zaczyna się. Każdy się przedstawia, mówi, dlaczego wybrał ten, a nie inny kierunek. Mnóstwo osób, imion połowy nie pamiętam. Twarzy nie kojarzę, ale mam nadzieję, że będzie fajnie. W mojej grupie około 12 osób. Z kilkoma już rozmawiałam, zapoznawanie się z całą resztą zostawię na kiedy indziej. Przychodzi nauczycielka, przedstawia się. Terapeutka od uzależnień. Może być ciekawie. Siadamy w kółku, bo tak lepiej niesie się głos w sali. Mamy wszyscy na auli razem z masażystami i psychologami. Zajęcia łączone, poruszamy się po wielu płaszczyznach, ustalamy tematy, trzeba będzie oddać prace kontrolne. Ustne też musimy zaliczyć. Już mi się w głowie lampka kontrolna zapala. Ja mam wystąpić przed tyloma ludźmi? Sama? No nic, może jakoś przeżyję. Pierwsze zadanie w grupach, mamy określić kto jest naszym klientem i po co do nas przychodzi, czego od nas będzie wymagać. Zaczynamy od masażystów. Od podstawowych zagadnień do coraz bardziej kontrowersyjnych tematów. Tyle głów do myślenia, że wytwarza się mnóstwo kontrastowych opinii. Ja siedzę i słucham. Wolę tę pozycję niż włączanie się w rozmowę. To jeszcze nie mój etap, nie moja dziedzina. Fajne jest to, że każdy może się włączyć do dyskusji. Głos wiodący mają masażyści, ale najwięcej przemyśleń psychologowie. (Psycholodzy?) Ciśnienie się zwiększa, kiedy jest mowa o trudnych klientach i jak się zachować w sytuacji, kiedy dzwoni ktoś z pytaniem: "A Pani wszystko masuje?" (gdyby w ofercie salonu pojawił się masaż erotyczny). Kolej na nas. Podobno mamy najtrudniej, bo naszym klientem jest zarówno rodzic, jak i dziecko, którym będziemy miały się opiekować. Czyha na nas najwięcej pułapek, nie można sobie dać wejść na głowę. Afera o to, czy opiekunka ma opiekować się dzieckiem czy wychowywać? Z ciekawością słucham tych wszystkich opinii, które przelewają się jak fala tsunami przez salę. Z tłumu wyróżnia się kilka postaci, które mają coś do powiedzenia. Jednej pani najchętniej zakleiłabym usta taśmą klejącą. To ten typ człowieka, którego nie trawię. Gada, żeby gadać. Nie mam nic przeciwko starszym osobom, które chcą się uczyć, ale nie powinny wczuwać się w rolę nauczyciela. Od tego jest inny kierunek. ;) Rozumiem, że można chcieć brać udział w rozmowie, ale nie zawsze, to co chcesz powiedzieć, oznacza, że mówisz mądrze. Czasem lepiej przemilczeć, prawda? Ostatnia klient i dyskusja osiąga level hard. Psycholog to postać, która będzie musiała grzebać w duszy i umyśle klienta. A co, jeśli pojawi się postać agresywna? To zależy, masażyści są za tym, żeby "przypier*olić" takiemu w łeb. Starsze pokolenie (i ja ;)) buntujemy się, że agresja rodzi agresję. Pojawia się też wersja z przekleństwami: "Weź się człowieku, ku*wa uspokój!". To może zadziałać w dwie strony: albo się delikwent wybije z rytmu i uspokoi albo... możemy napotkać na przemoc. Podobało mi się też podejście jednej z dziewczyn, kiedy mówiła, że psycholog musi mieć w sobie coś z aktora, trochę inaczej bym to ujęła, bo po tym jak to powiedziała od razu odezwały się głosy oburzenia, że jak to, a jak ktoś się zorientuje, że grasz? Ja bym bardziej stawiała na to, że psycholog powinien umieć wczuć się w sytuację, zapoznać ze środowiskiem danego klienta. Wiadomo, młody narkoman nie otworzy się przed facetem w garniturze, który będzie tylko potrafił posługiwać się Wysoką Mową, bo bez "ę i ą" to nie można. Sześć godzin minęło błyskawicznie, tylko niewygodne krzesła były i pod koniec się kręciłam, jakbym owsiki miała. Kilka innych osób też. ;) Mam na koniec tylko takie pytanie - uczestniczyłam kiedyś w warsztatach, tematem przewodnim był wolontariat, ale tej psychologii też trochę liznęliśmy. Edyta, nasza prowadząca na wstępie wskazała z 5 osób, które od razu dobrze się czuły w naszym towarzystwie, dopiero potem powiedziała dlaczego. Bo nie krzyżowały nóg i rąk. Powiedzcie mi, jak to w takim razie wygląda, jeśli ja nie lubię po prostu siedzieć rozwalona na krześle jak faceci? Noga na nogę to u mnie podstawa, czy w domu siedzę, czy w autobusie, czy w obcym miejscu. To znaczy, że ja się zamykam na wszystkich, czy jak? Obserwuję innych i niektórzy faktycznie siedzą w pozycji otwartej, ale dla mnie to trochę jednak takie... nie bardzo efektowne, przynajmniej u kobiet, jak siedzą mniej więcej tak (jak ten pan).


27 września 2012

Im mniej czasu, tym... bardziej czuję, że żyję.

Tak, tak, powróciłam z Krainy Totalnego Zamulenia i czytam "Winnie-the-Pooh". Kwintesencja dobrej zabawy, a co! Z racji tego, że nie będę raczej w stanie systematycznie dodawać podsumowań postanowień, co jakiś czas postaram się pisać o moich postępach, wplatając je tu i ówdzie w postach. Praktycznie wrzesień to miesiąc, wokół którego wszystko się kręci. Oczywiście, nie mam zamiaru non stop truć tutaj, jaka to ja jestem wspaniała, bo tak sobie radzę, a nie inaczej, ale odkąd spisałam punkt po punkcie, do czego mam zamiar dążyć, jakoś tak mi to szybciej idzie. Przechodząc do rzeczy! Złożyłam wniosek o ponowne przystąpienie do matury. Terminy zaklepane, przedmioty wybrane i w maju spędzę 3 dni na intensywnym wysilaniu mózgownicy. A tymczasem, muszę wydzielić sobie godzinkę dziennie na naukę przedmiotów, do których chcę podejść, bo jak na razie zbyt to nieregularne. Co wybrałam? Spróbuję podwyższyć wynik z języka polskiego rozszerzonego, zmierzyć się z językiem angielskim na rozszerzeniu oraz geografią na tym samym poziomie. Przygotowania do polskiego chciałabym zacząć od pisania 2 prac w miesiącu. Potem sprawdzę to z kluczem, a od stycznia powtórka materiału. Cztery miesiące muszą mi wystarczyć na przypomnienie sobie epok, lektur, pojęć. Korepetycje z angielskiego mam dwa razy w miesiącu, jak dołożę sobie dziennie godzinę ćwiczeń, powinnam się wyrobić i wyćwiczyć w tych wszystkich maturalnych sprawach. Mam nadzieję, bo na ostatnich zajęciach słabo mi szło... Tłumaczenie zdań z polskiego na inny język jest okropne. No nic, trzeba ćwiczyć i ćwiczyć! Praktyka czyni mistrza. Najgorzej u mnie przedstawia się sprawa z geografią. Miałam ją tylko 2 lata w liceum, na świadectwie czwórka na semestr. Hmm... dostałam mnóstwo materiałów od M., za co jestem bardzo wdzięczna, ale jeszcze do nich nie zaglądałam. Chyba poświęcę czas, który spędzam w autobusach na czytanie podręczników i godzina dziennie w domu na ćwiczenia. Wyrobię się? Macie jakieś propozycje, jak podejść do egzaminu z geografii, nie dostając ataku serca? :)
Zapisałam się na roczne studium, kierunek opiekunka dziecięca. W weekend miałam pierwsze zajęcia, jak na razie 6 godzin psychologii. O tym postaram się coś więcej jeszcze napisać, bo spodobało mi się, naprawdę. Na razie tylko się przysłuchuję, zajęcia mamy łączone z masażystami i psychologami, jest ciekawie, dużo spostrzeżeń, pomysłów, różnych opinii.
Wdrażam się do nowej pracy. Na razie byłam tylko kilka dni, jest dużo spraw do ogarnięcia jeszcze. O tym też kiedy indziej, pięknie słonko świeci na zewnątrz, trzeba skorzystać z pogody. Spaceru chcę!

22 września 2012

Jeżdżę, jeżdżę w siną dal!

Podróżuję. Dzień w dzień przemierzam kilometry. Podziwiam krajobrazy za oknem, przysłuchuję się rozmowom ludzi. Jeszcze do niedawna miałam tzw. "klapki na oczach". Jedyna moja trasa, którą pokonywałam raz na jakiś czas, jak trzeba było, to droga na autobus, do pracy i z pracy do domu. A teraz? Jestem w szoku, jak taka ciapa autobusowa jak ja, daje sobie radę przemieszczając się z miejsca na miejsce. Nie miałam czasu, żeby zrobić porządnie i systematycznie podsumowania postanowień z ostatnich 2 tygodni, ale mogę zapewnić, że kilka punktów z listy skrupulatnie realizuję. Dlaczego zaczęłam od tych podróży? To jedno z moich marzeń. Zwiedzać, poznawać, zapamiętywać obrazy, momenty, chwile. Nie mam niestety w sobie tyle siły i odwagi, nie wspominając o środkach materialnych, żeby to marzenie w tym momencie realizować. Ale, ale! Ostatnie tygodnie zmusiły mnie do tego, aby ruszyć cztery litery i na własną rękę poznawać maleńki kawałeczek świata. Maciupki. Będąc dzisiaj w drodze, przemierzyłam mnóstwo kilometrów. Czuję się jak po jakimś maratonie, a to ledwo 5-6h w autobusach, podziwiając widoczki za oknem, poznając nowe miejsca. Nie gubiąc się (na razie!), ani razu! :) Tylko mnie męczy bardzo to, że się nie umiem skupić na lekturze, podczas tych wypraw. O świcie jestem zbyt zaspana, a potem to już jak mi się uda usiąść. No nic, informuję tylko, że się przemieszczam często i daleko, a dokąd i skąd i dlaczego...? O tym za niedługo!

14 września 2012

Pulsujące skronie.

Co za obłęd, mętlik... Nie wiem, jak to nazwać. Nie cierpię takich dni, kiedy wszystko naraz trzeba załatwiać, och... Sto telefonów i nadal nic konkretnego z tego nie wynika. Tak, tak, o pracę i szkołę chodzi. No nic, czekam dalej i obserwuję telefon, może coś się z tego "urodzi"? Trzymajcie kciuki, bo mi już mózg pulsuje. Bez ładu i składu dziś, za to pełna sprzecznych emocji i uczuć. Kropka. Na wyjaśnienia przyjdzie czas później. A nie zastanawiając się, odpowiedzcie: Wizaż? Dietetyka? Kadry i płace? Kiełbie mi się we łbie.
Wszystko nie tak, aaaaa!

10 września 2012

Postanowienia - 1 tydzień

Nie będę tworzyć długich elaboratów o tym, jak sobie radzę z wrześniowym planem, obiecuję. Jednak dla własnych potrzeb, mam zamiar prowadzić właśnie takie tygodniowe podsumowania. Albo będę skakać pod niebiosa, jaka to ja wspaniała jestem, że tak sobie radę daję, albo będę płakać w poduszkę i próbować jeszcze raz. Czasem zatrzymam się przy jakimś punkcie na dłużej, czasem poświęcę temu, czy tamtemu osobny post. W głowie mam wiele pomysłów :)
Zobaczmy, co też to działo się w przeciągu ostatnich 7 dni!

1. Prawo jazdy - na razie tylko zerkam na stronę szkoły jazdy, do której chcę się zapisać. Nic więcej.

2. Kościół - byłam na dwóch niedzielnych Mszach Św. od początku września. Poranne wstawanie jest okropne, ale daję radę. Śpiewam, słucham, staram się pamiętać, o czym mówi ksiądz. Jeszcze tylko przydałoby się do spowiedzi pójść, ale wszystko pod kontrolą! ;)

3. Zmienić nawyki żywieniowe - udało mi się w ciągu tygodnia, przez jeden dzień jeść tak, jak należy... Potem była nocka u bliźniaczek i jakaś taka rozpusta jedzeniowa mi się włączyła. Prawie jak w czasie świąt, ups. Wracam na dobre tory (mam nadzieję!) i dzisiaj już była owsianka z otrębami śliwkowymi i nektaryną. W planach jest surówka z kalarepy i marchwi i dalej jeszcze nie wiem. Tym razem będzie lepiej!

4. Spacery - około 5 wędrówek po 30-40 minut. Jest dobrze. I tylko Tora robi psikusy i nie chce się słuchać. Wczoraj dostałam prawie zawału serca, jak zniknęła na 10 minut. Już myślałam, że będę stać na polu i wyć do księżyca, żeby wróciła. Serce waliło mi jak oszalałe. Ona sama chyba gdzieś musiała się zgubić, bo trawy wysokie, a instynkt kazał jej gonić bażanty.

5. Dbać o siebie - próbuję działać, ale wszystko jakieś takie nieregularne. Nie ma się czym chwalić. Okropnie puchną mi palce dłoni, moja zabawa w sprzątanie i używanie różnych detergentów, proszków, płynów do naczyń kończy się źle dla moich rąk. ZAPAMIĘTAĆ: Kup te cholerne rękawiczki!

6. Książki - czytam "Cukiereczki" Mian Mian. Zacieram rączki na wizytę w bibliotekach (jutro i w piątek!).

7. Studium - dalej czekam na odpowiedź.

8. Matura raz jeszcze - uczę się po nocach. Bardzo źle! Na korepetycje chodzę - bardzo dobrze. I oglądam Mister Duncana . Strasznie mnie ten gościu denerwuje, ale przynajmniej mam szansę posłuchać Anglika.

9. Poszukiwania pracy - w toku. Ostatni tydzień w poprzedniej pracy i potem chwytam za ogłoszenia. Życzcie mi powodzenia!

Wnioski? Mogłoby być o wiele lepiej ;)

7 września 2012

Z Pronto za pan brat!

Znacie program prowadzony przez Małgorzatę Rozenek "Perfekcyjna Pani Domu"? Z reguły nie oglądam polskich podróbek zagranicznych programów, ale o dziwo ten bardzo przypadł mi do gustu. Jeden odcinek ma około czterdziestu minut, mieści się zatem w obrębie czasowym moich seriali... :)
Może zacznijmy od tego, co mnie zachwyca. Przede wszystkim to, że po obejrzeniu tych wszystkich brudnych mieszkań, domów i efektów końcowych, sama chętnie łapię za miotłę, ścierkę i poleruję, co popadnie. Ja naprawdę sprzątam! Majowa, ta, która ledwo zamiecie podłogę raz w tygodniu, bo po co więcej... Nadal jestem leniem (walczę zawzięcie, walczę!), ale odkryłam, że sprzątanie kryje w sobie drugie dno. Mój dzień porządków wyglądał tak, że ogarniałam wszystko z wierzchu, byle tylko udało się zamknąć drzwi szafy, byle tylko gdzieś coś upchnąć, żeby nikt nie widział. Tworzyłam sobie podwójną pracę, bo jak nagle czegoś musiałam poszukać, no to trzeba było całą szafę "rozbebeszyć" i zabawa trwała w najlepsze. Nie wierzę, że to mówię, ale ja naprawdę zaczynam czuć się dobrze ze ścierką w ręku! ;) Szukam mądrych rozwiązań, gdzie, co położyć, żeby było rozsądnie i funkcjonalnie. Jesteście w szoku? Ja tak! Zawsze lubiłam porządkować rzeczy w biurku, wyrzucać stare gazety, niepotrzebne przedmioty, ale i tak nie umiałam rozstać się z połową "przydasiów". A jak z tym u Was?
W programie Rozenek najbardziej spodobały mi się "Porady Perfekcyjnej Pani Domu". Żeby teraz sobie tylko nikt nie pomyślał, że siedzę w domu i namiętnie testuję każdą z nich, broń Boże! Tylko podpatruję i się dziwię, że to takie proste. Trochę jak zabawa w chemika - zmieszasz to i to, zostawisz na kilka minut i już!
Co mnie drażni w tym programie? Komentarze lektorki i nazwa. Jakoś tak nie bardzo mi podchodzi, ale nie będę się czepiać takich nieistotnych szczegółów. W ogóle tak się napaliłam na to sprzątanie, że Wujek Google mi zaproponował artykuł pt. "Jak zmusić faceta do sprzątania". Przyda się w przyszłości! O, i jeszcze takie cudo "Pod niemieckimi łóżkami. Zapiski polskiej sprzątaczki" autorstwa mojej imienniczki. Czyżby to jakiś znak...?

PS Podaruje mi ktoś Szarfę Odpowiedzialności? Jak już wszystko wysprzątam na błysk?;D


3 września 2012

Organizacja przede wszystkim!

Myślałam, myślałam i wymyśliłam. Będzie to prawie, jak lista postanowień noworocznych. Na przekór pogodzie, smutkom i lenistwu!


1. Prawo jazdy. Od połowy września powinnam już się zapisać. Sprawozdania z postępów pewnie będę sobie tutaj zamieszczać, dla mnie - osoby, która o prowadzeniu samochodu nie ma zielonego pojęcia, będzie to ciekawe przeżycie. Czuję lekkie podekscytowanie! Muszę koniecznie zdążyć przed wprowadzeniem nowych przepisów w życie.


2. Kościół. Przede wszystkim chcę obudzić się z letargu, powalczyć z lenistwem i skończyć z bzdurnym powiedzeniem: "Jestem wierząca, ale nie praktykująca.". Do pracy jakoś potrafię zwlec się z łóżka wcześnie rano, a jak przychodzi do wstania na poranną Mszę, to nagle jakoś się ważniejsze rzeczy na drodze pojawiają. Wczoraj byłam. Kazanie wygłosił ulubiony ksiądz-misjonarz. Warto było? Warto. Odwiedziłam Pradziadków na cmentarzu. Niedługo minie rok od tego, jak nie ma przy mnie Prababci. Tęsknię.

3. Zmienić nawyki żywieniowe. Nie mam zamiaru się katować dietami, odmawiać sobie wszystkiego i chodzić wiecznie zła, naburmuszona i głodna. Muszę racjonalnie podejść do sprawy i (znów) pokonać lenistwo, próbować nowych przepisów. Lubię patrzeć, jak ktoś przygotowuje posiłki, wtedy sama nabieram ochoty na spróbowanie, czy ja też potrafię. Jeśli uda mi się schudnąć, super. Muszę zacząć jeść jak normalny człowiek. Bez obżerania się po kątach, jedzenia non stop tego samego (płatki czekoladowe trzy razy dziennie). Zmieniam tok myślenia i podpatruję, co dobrego jedzą dziewczyny na Vitalii i blogach. Chciałam wcielić w życie cotygodniowe relacje z tego, jak mi idzie, ale nie chcę nikogo zanudzić.

4. Spacerom mówię stanowczo "TAK". Mam ochotę zapisać się na jakiś aerobic, czy też basen, jednak w chwili obecnej szkoda mi na to kasy. Czworonożna istotka zmusi mnie do spacerowania i męczenia odnóży. Jeszcze muszę opanować trasę i strach przed tym, że Tora mi zwieje i coś jej się stanie. Strasznie się tego boję, codziennie chodzę z Bratem i wtedy nawet udaje, że mnie słucha (Tora, nie Brat :)), ale... Co będzie, jak Adasia z nami nie będzie? Szkołę kończy późno, a Mała prawie kojec roznosi, jak jej się nudzi. Zobaczymy! Na razie się będziemy ze smyczą męczyć, przynajmniej rano.


5. Dbać o siebie. Podejmuję kolejną walkę z trądzikiem i słabymi paznokciami. Może tym razem, gdy połączę wszystkie kroki w całość, uda mi się. Dieta, ruch i odpowiednie produkty do pielęgnacji. Podsumowanie może też tutaj umieszczę. Dużo mnie będzie na blogu, coś tak czuję! :)

6. Książki. Słabo u mnie z tym czytaniem ostatnio. Muszę wygospodarować czas na relaks i szukać lektur, na których naprawdę mi zależy. Uruchamiam moją listę "Chcę przeczytać". Macie coś ciekawego do zaproponowania?


7. Studium. Zapisałam się na rok nauki, kierunek opiekunka dziecięca z j. angielskim (zaocznie). W połowie września otrzymam odpowiedź, czy go otworzą.

8. Matura raz jeszcze. O tym będę jeszcze pisać. Na chwilę obecną układam harmonogram nauki. I nie osiądę na laurach, o nie!

9. Poszukiwania pracy. Z tym będzie ciężko, ale uda mi się. Tylko książeczkę sanepidowską musiałabym wyrobić, żeby mieć więcej możliwości. Siedzenia cały rok w domu sobie nie wyobrażam, pieniądze są potrzebne, mimo wszystko.

Tak jak w tytule, stanę się panią Ogarnę Wszystko! :) Jak człowiek ma dużo zajęć, to jakoś sobie lepiej radzi i docenia odpoczynek.

1 września 2012

Co z tym kalendarzem?

Wakacje to czas, który z reguły starałam się poświęcać na błogie lenistwo, odpoczynek, regenerację sił i próby walki z wagą. W tym roku mało było prawdziwych, wakacyjnych dni. Beztroskich, ciepłych, pełnych przygód. Koniec tego marudzenia! Wrzesień to moment zmian. Na lepsze, na gorsze to się okaże. Wiem, że o zmianach i projektach, które mam zamiar wprowadzić w życie napomykam co jakiś czas. Jednak muszę je konkretnie sprecyzować. Z takich nijakich planów nigdy nic nie wychodzi, bo czasu nie ma, bo się nie chce. Muszę skończyć to ciągłe biadolenie i użalanie się nad sobą. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz śmiałam się aż do łez. A u mnie z tym naprawdę nie jest trudno! ;) Śmieję się i płaczę z reguły jednocześnie. Brakuje mi tego.
Ten weekend poświęcę na przemyślenia. Te małe i duże. Przedstawię sobie jasne cele do realizacji, poszukam priorytetów i... zaczynam małą, wielką przygodę!

PS Nie wierzę w to, że już naprawdę jest wrzesień. Czuję go w powietrzu, ale mam wrażenie, że kalendarz sobie ze mnie żarty stroi!

22 sierpnia 2012

Wspominam.

Zeszłoroczne wakacje były świetne. Ciągłe wyjazdy, śmiechy, mnóstwo zdjęć. Magiczne chwile pozostały w głowie. Jakoś tak... czas płynął wolniej, apetyczniej. Odkurzam albumy, przywołuję historie, uśmiecham się sama do siebie.
Nie mogę uwierzyć, że te wakacje, które miały być najlepsze w moim życiu (bo najdłuższe, bo szkoła się skończyła, zaczną się przygotowania do trybu studenckiego, ech...) nie mają w sobie nawet odrobiny tego czaru, mgiełki uroku, co poprzednie. Też jest dobrze, ale nie fantastycznie. Zbyt wiele niepewności, znaków zapytania, smutków, nerwówki, uczucia zawodu. Część spraw zostawiam za sobą, mam wrażenie, że odcinam od siebie przeszłość i niektóre postacie, które nie okazały się na tyle wytrzymałe i prawdziwe, jak myślałam. Czasem trzeba odpuścić, prawda? Zdawkowe uśmiechy, próba zainteresowania się czyimś życiem, chociaż tak naprawdę wiesz, że Cię to nic nie obchodzi. I tej drugiej osoby też. Trwam przy swoim, uodparniam się psychicznie. Jeszcze nie jeden raz dostanie mi się od życia. Nie odgradzam się murem, po prostu czekam na rozwój wypadków. Co będzie, to będzie.
Otwieram pudełko ze stertą nieuporządkowanych zdjęć. I marzę, żeby chociaż odrobinkę cofnąć czas...


13 sierpnia 2012

Naleśniiiiki!

Cześć!

Co macie dzisiaj na obiad? Ja, jak widać po tytule, jestem w naleśnikowym raju. Gęba mi się śmieje od rana. Już chyba z 5 sztuk pochłonęłam, a wiele przede mną! Taki miły akcent na "zakończenie" urlopu. Jutro do pracy rodacy! Zaraz zbieram swój big odwłok i maszeruję żwawo na spacer. Pewnie później zrobię edycję i dodam zdjęcie dania, które wprawia moje podniebienie w osłupienie... ;)


Miłego poniedziałku!

2 sierpnia 2012

Domowe rozrabiaki: Daisy

O naszych domowych zwierzakach usłyszycie jeszcze nie raz, takie już są uroki zaglądania na blogi właścicieli czworonogów! ;) Odkąd tylko pamiętam w moim mieszkaniu buszowały jakieś zwierzaki. Jednak to dłuższa opowieść, taka, którą można czytać przy ciepłej herbacie i ciastkach owsianych. Kto oglądał za młodego "Kotopsa", ręka do góry! Ja właśnie takowy misz - masz mam w domu. Dzisiaj część pierwsza. Poznajcie dumną przedstawicielkę persów...


Daisy to czarno-biała kotka, która wielbi podawaczy jedzenia i swoją panią, a moją Siostrę. Całe dnie śpi, jak zabita. Pojawia się tylko na charakterystyczny dźwięk, poruszających się w miseczce chrupków. Domowa arystokratka spożywa swojego ukochanego Whiskasa w krysztale*, jak na prawdziwą damę przystało. Z racji tego, że imię, które wybraliśmy jakoś do niej nie przemawia, została w warunkach domowych przechrzczona na Bibi. [Jednak imię Daisy nadal figuruje w książeczce zdrowia i niech tak pozostanie.] I tu, ku zdziwieniu wszystkich, reaguje dość przyzwoicie, gdy Siostra strudzona, wraca z pracy i od progu woła tę swoją Bibi.


Co jeszcze trzeba wiedzieć, o tym małym potworze? Znalazła się u nas przez przypadek. Według zapewnień Siostry miała być malutkim kociakiem w kolorze siwo-niebieskim... Państwo, które ją znalazło i chciało oddać w dobre ręce, zaufało zapewnieniom mojej Siostry, że zadbamy należycie o jej potrzeby i oto mamy. Bibi :) Początki były trudne, schowała się w łazience i nie chciała stamtąd wyjść. Później wizyta u weterynarza, rozpoznane zapalenie płuc, strach o nowego członka rodziny... Później było już tylko lepiej i lepiej!


Upodobała sobie spanie w środku łóżka rodziców, gdy nie umiemy jej znaleźć, wystarczy podążać za... odgłosem chrapaniem. Persy niestety mają to do siebie, że ich spłaszczone noski nie pozwalają na prawidłowe oddychanie i dźwięki, które uwalnia podczas snu kicia, napawają czasem przerażeniem. Kociej astmy nie ma, Pan Weterynarz nas o tym zapewnił! Odkryliśmy, że Daisy reaguje nienawiścią wobec innych kotów, które zapalczywie obserwuje przez szybę okna, zawzięcie próbując bronić swojego terytorium (skacze po parapecie, prycha, syczy, czasem spada i znów na fotel, stamtąd na parapet...), czasem zachowuje się naprawdę niegrzecznie, knuje plany wydostania się do ogródka i charczy zawzięcie i prycha, gdy ją ewakuujemy z murku tarasowego. Na szelkach na spacery nie chce chodzić, opanowała do perfekcji uwalnianie się z tego dziadostwa i znów - myk - w krzaki! Jakieś myśli uciekinierki ją nawiedzają czasem, ale ogólnie jest grzeczną kicią. Z charakterkiem. Uwielbia być noszona na rękach i drapana po brzuszku. Ma włosy, nie sierść (!). Zastanawiamy się gorąco, jakby przeżyła (albo raczej on...) starcie z reproduktorem. No, bo czyż nie jest śliczna? A nam się marzą takie mikro Bibulinki.


Nadchodzą w życiu naszej kotki magiczne dni, kiedy pała miłością do wszystkich i wszystkiego (począwszy od krzeseł, skończywszy na doniczkach z kwiatkami). Tak, moi drodzy, ten okres w życiu kotów, zwie się rują. Wtedy kicia rozkosznie mruczy i czasem zachowuje się jak ladacznica, błagając, żeby ją tylko głaskać... Kotka podczas rui? Koszmar! ;) Jeszcze nigdy nie widziała, żeby ktoś się tak rozkoszował turlaniem po podłodze, trzymając dwoma przednimi łapkami za jedną nogę krzesła...
"Porno" i duszno z udziałem krzesła w roli głównej! ;)


Bibi kocha wszelkie piórka i sznurek zawiązany na końcu drapaczki do pleców. W ramach litości, żeby właściciele się cieszyli, pobiega za kuleczką z papieru. Na nic zdało się wydanie kasy na specjalny drapak i różowe posłanko, dla prawdziwej księżniczki. Tej damie nie przegadasz! Ostrzy zawzięcie pazury na koszu wiklinowym, mości się wygodnie na fotelu i w to mi graj. Czasem lubi, czasem nienawidzi kolejnego członka mojej rodziny - Torę, wyżła niemieckiego. Zależy od nastroju i stopnia zaawansowania radości "Shakiry"**. Lubi wymiotować w koszyku w drodze do weterynarza... Jakoś zawsze zdarza jej się to wtedy, kiedy w pobliżu jest jakiś Kościół i nie pozostaje nam nic innego, jak zakasać rękawy i sprzątać "smakowite kąski". Uwielbia ponadto udawać cierpiętnicę podczas takich podróży. Jęzor do ziemi, a jak ją błagamy, żeby troszkę wody się napiła, to twardo odmawia... Uparte kocisko! Po wizycie u kociej fryzjerki wygląda jak... kurczak. Tak było za pierwszym razem, musieliśmy pozbawić jej praktycznie większości włosów z powodu kłaków, których miała mnóstwo.
O, wiem o czym zapomniałam! Po zrobieniu tego, co Bibi zrobić musi do kuwety, wybiega jak Cowboy z Saloonu, zostawiając całe, otwarte na oścież drzwi. Jakby się bała, że to, co zrobiła, mogłoby ją zaatakować...
Tyle na dzisiaj! :)

Bibi jako syrena.

*Kryształ miał być kiedyś popielniczką Taty, ale siła wyższa! Bibi pragnie, Bibi ma! ;)
**Tora, w chwilach prawdziwej radości trzęsie zadkiem na prawo i lewo, nie ma niestety całego ogonka, bo w hodowli jej przycięli i wtedy, jak tak się trzęsie z radości jak osika, tańczy nie gorzej od Shakiry.


"Czy dom bez kota - najedzonego, dopieszczonego i należycie docenionego - zasługuje w ogóle na miano domu?"
Mark Twain

22 lipca 2012

My confession

Anonimową A. pewnie znacie i wielbicie, tak jak ja to mam w zwyczaju, więc przedstawiać tej osóbki nie będę. Zostałam przez nią wkręcona do zabawy, która polega na tym, aby obnażyć choć trochę swoją duszę przed innymi. Do wyboru cnoty, fakty lub grzechy - ma być ich siedem, więc nie przedłużając, zaczynam!


1. Nie lubię się chwalić. Cieszą mnie osobiste sukcesy moje i bliskich mi osób, ale do szału doprowadzają mnie osoby, które przy pierwszym spotkaniu od razu zaczynają wychwalanie swoich cnót przede wszystkim. Rozumiem, że każdy chce się pokazać z jak najlepszej strony, ale... znajmy umiar. Często mam tak, że o niczym nie mówię, aż do całkowitego rozwiązania sprawy, nie wiem czemu. Żeby nie zapeszyć? Wysyłam prace na konkursy, milczę i czekam. Przychodzi czas wyników, uda mi się coś wygrać, cieszę się jak dziecko, ale nikomu nic nie mówię. Dziwne, ale taka już moja dzika natura. ;)

2. Jestem totalną hipochondryczką. Wyolbrzymiam i sama się nakręcam, chociaż tego nie cierpię. Coś zaczyna się dziać z moim ciałem, chociażby teraz, mam coś a la zajady w kącikach ust i już sobie wyobrażam Bóg wie co. Już sobie tyle razy wmawiałam, że chyba zaraz umrę, bo tak mnie brzuch boli, że pewnie mi wątroba wysiadła, bo jakieś plamy mi wyskoczyły na ciele po Grecji, to znając życie nowotwór skóry jest, bo tyle spędziłam czasu na słońcu, a codziennie zdarza mi się maksimum 5 minut na zewnątrz przebywać...

3. Nienawidzę, jak ktoś przy mnie chrupie chrupki. Kojarzycie "Flipsy"? Takie coś przypominające w smaku styropian? Brr! Nie mogę wytrzymać, jak usłyszę ten skrzyp przegryzanego chrupka w czyichś zębach. Aż mną telepie! To pewnie skojarzenie ze styropianem tak na mnie działa. Nie wiem od kiedy, ta moja nienawiść się zrodziła, pamiętam, że w dzieciństwie mi to w ogóle nie przeszkadzało, nawet budowaliśmy z tych "Flipsów" zwierzaki. Chrupek, ślina, chrupek i wychodziły jakieś żyrafy. :)

4. Kim to ja nie chciałam być, gdy byłam mała... Mało tych zawodów! ;) Moje zamiłowanie do majsterkowania i tym podobnych rzeczy sprawiło, że jako mała dziewczynka zawzięcie pomagałam Tacie przy układaniu ścieżki z kostek brukowych, chciałam mieć krzepę, to przenosiłam je z miejsca na miejsce, a ile frajdy z tym było... Koniec końców, opowiadałam wszem i wobec, że zostanę murarzem i nawet swój własny dom postawię. :) I nadal w głębi duszy w to wierzę! ;) Sobie będę łazić i układać pustaki na działce.

5. Zwierzęta towarzyszą mi od najmłodszych lat, ale w przeciwieństwie do mojego rodzeństwa, które wielbi koty (Siostra) i psy (Brat), ja kocham żółwie. Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszyłam, gdy spełniło się moje marzenie i dostałam na urodziny Tuptusia. Kochany, mały żółwik. Wspaniałe czasy... :) Szkoda tylko, że nie wiemy nadal czy zmarł śmiercią naturalną, czy przed zimą zapadł w sen przedzimowy (?) i zakopaliśmy go w ogródku... Mama twierdzi, że na pewno był martwy, ale ja nadal mam wyrzuty sumienia.

6. Dokładnie tydzień temu kupiłam pierwszy w życiu czteropak Żubra. Pani nawet o dowód nie poprosiła, widocznie ta moja powaga dorosłego bije po oczach ;D Albo tak staro wyglądam, who cares?;P Nie wzięłam dowodu ze sobą, a narzeczony siostry poprosił, żebym kupiła powyższy towar. Jak mi serce przy kasie waliło, aj! Pewnie w małym sklepiku osiedlowym to by nie przeszło, ale w dużym hipermarkecie, jak z płatka.

7. Jestem najgorszą marudą świata. Prawię sobie morały, rozkazuję głowie, żeby przestała myśleć i się sama nakręcać, a za dwa dni i tak marudzę. Mam pracę, ale mi się nie chce do niej chodzić, zaraz mi się w mózgu lampka ostrzegawcza pojawia, że:

a) nikt mnie nie zmuszał, żeby pójść pracować,
b) wielu ludzi marzy o tym, żeby zarobić w wakacje,
c) muszę cieszyć się z tego, co mam.

A ja za chwilę i tak swoje. Jakby mózg nie współpracował z językiem. Natura Polaka - marudy przewyższa. Koniec tej sagi na dzisiaj. Mam nadzieję, że ktoś będzie miał ochotę w to zagrać, serdecznie zapraszam wszystkim do wzięcia udziału w tej grze!

16 lipca 2012

Ładowarka czy baterie?

Jeden z moich projektów wakacyjnych dotyczył tego, aby powrócić na chwil kilka do zatrzymywania mojej codzienności w formie migawek, zdjęć. Miałam ambitny plan, żeby zgapić odrobinę od Magicznego Domku i zamieścić chociaż jeden post, który przedstawiałby dzień z mojego życia.
Ot tak, dla uatrakcyjnienia nudy. Wstałam dzisiaj z pozytywnym nastawieniem, zapobiegawczo włączyłam wczoraj wieczorem ładowarkę z bateriami, żeby aparat kolejnego dnia śmigał jak zaczarowany. Całą noc się to ustrojstwo ładowało, a rano...

Pierwsza próba sfotografowania śniadania spełzła na niczym. Na wyświetlaczu pojawia się uparcie napis "Baterie wyczerpane.". Jestem trochę zawiedziona, bo miałam zamiar pstryknąć kilka naprawdę fajnych ujęć. Najgorsze jest to, że wczoraj wszystko pięknie działało, a dzisiaj jak na złość! Mam nadzieję, że chociaż Wasz poniedziałek udany. Mój, pomimo tego porannego incydentu nie jest wcale najgorszy, odpoczywam sobie, wcinam naleśniki... Jakoś leci. Chciałabym, żeby ten dzień trwał troszkę dłużej. Jutro muszę włączyć akumulatory mocy i... do pracy Rodacy! ;) Znowu się łapię na tym, że czas płynie zadziwiająco szybko, gdy jestem w domu, a powolutku się ciągnie, gdy odliczam niecierpliwie minuty do końca zmiany.

Wnioski na dziś? Wszelkie urządzenia podłączane do kontaktu to zło! ;)

13 lipca 2012

Rok w plecy.

Nie dostałam się.

Chociaż doskonale wiedziałam, że mam bardzo małe szanse to i tak przykro. Stracę rok czy go zyskam? Zobaczymy. Ode mnie teraz wszystko zależy. Po wczorajszym dniu Kamiennej Twarzy, w głowie kiełkują mi pomysły. No nic, trzeba się zebrać i je realizować, a nie rozpaczać nad rozlanym mlekiem. W głębi serca naprawdę wierzyłam, że ta szczęśliwa gwiazda, która zawsze jakoś nade mną czuwa... i tym razem mi pomoże. Muszę się jakoś porządnie zorganizować, żeby tym razem poszło dobrze.

5 lipca 2012

Chrup, chrup.

Otwieram białe drzwi lodówki. Mój wzrok lustruje z góry do dołu zawartość każdej półki. Zamykam drzwiczki. Grzebię ze znudzoną miną w szafkach kuchennych. Może coś mi umknęło za pierwszym razem? Wracam do lodówki. I tak ze trzy razy... Drzwiczki, lustrowanie, szafka kuchenna. Znacie reklamę, w której chłopak zagląda do lodówki i krzyczy: "Mamo, nie ma nic do jedzenia!", tymczasem soczyście zielona sałata, pięknie wyglądające ogórki i pomidorki prawie wyskakują z tej zimnicy, bo tak wszystkiego tam dużo? Dopadło mnie. Głód nudy. :) Może jakby była czekoladka to bym już pałaszowała, a tak... Jakoś dziś nie mój dzień na warzywa. Koniec końców - chrupię. Marchewkę. Pewnie zaraz znów zawędruję do kuchni i będę się przyglądać tym wszystkim produktom.
Oczami się jednak nie najem, nie ze mną te numery! ;)

I ciągle mi siedzi w głowie, to słynne: "Coś bym zjadła!".

3 lipca 2012

Matura 2012 - wyniki.

Pewnie nie powinnam tak na forum, ale w zamyśle nie mam chwalenia się wszem i wobec wynikami, chcę je sobie zachować na pamiątkę i zmusić mózg do myślenia o tym, że za rok... poprawka! Tak, tak - nie mów hop, znam to. Jednak nawet do progu punktowego nie dosięgam, więc z góry mogę założyć, że żadna Dobra Duszyczka w postępowaniu rekrutacyjnym na studia, nie weźmie pod uwagę moich chęci, tylko owe wyniki maturalne właśnie. No nic. Czas się przyznać bez bicia, cóż to Majowa nawymyślała podczas tych wszystkich testów, egzaminów maturalnych.

Zacznijmy od matematyki, Królowa Nauk, do szczęścia mi niepotrzebna zdana na 72%. Nie wiem, czy to sukces, czy nie. Grunt, że zdana i więcej tych wszystkich funkcji na oczy oglądać nie będę musiała. Chyba, że Brat przyjdzie po pomoc. Może wtedy się skuszę, tak dla relaksu, rozrywki. Why not? ;)

Mój przecudowny język ojczysty, do którego to wyników (jeżeli chodzi o podstawę) miałam wagi nie przywiązywać wcale. Los sprawił, że pomyliłam epoki i spanikowana myślałam sobie, jak to będzie wspaniale poprawiać podstawę z polskiego, który nigdy większych problemów mi nie sprawiał. Udało się bez zbędnego panikowania - 81%.

Z rozszerzeniem z polskiego jakaś paranoja. Naprawdę liczyłam w duchu, że przekroczę magiczną liczbę 90. Ha! Nadzieja matką głupich, tak? 85% się kłania.

Przedmiot, do którego przygotowywałam się systematycznie i jestem dumna, jeżeli chodzi o ogólne postępy, które udało mi się poczynić, nie spełnił (po raz kolejny) moich oczekiwań. Od początku wiedziałam, że siedzenie w ostatnim rzędzie nie sprzyja mojemu rozumieniu ze słuchu. Bingo - 92% z podstawy z języka angielskiego. Stracone 8%. Sick!

Czas na Przedmiot Wieczoru, język niemiecki, który śnił mi się po nocach, przez który plułam sobie w twarz, że ja tej matury po prostu nie zdam! I co? 77% na poziomie rozszerzonym! Szok i zadowolenie ogólnie, połączone z lekkim niedosytem. Bo, a nuż mogłam się bardziej postarać.

Najśmieszniejsze kąski zostawiam na koniec, a jakże! Osoby, które mnie znają, wiedzą, że pewniej czuję się, jeśli mogę coś przedłożyć na piśmie. Słowo pisane jest dla mnie lepsze, aniżeli mówione. Przecież na piśmie się jąkać nie da i jakoś tak... wygodniej ze wszystkim! :) Do egzaminów ustnych podeszłam zatem z odrobiną niepewności. I co? Pstro. Język polski ustny zdałam śpiewająco - 100%. Temat, nad którym walczyłam przez kilka dni, poganiana przez bliskich, że "jak to tak, matura za kilka dni, a Ty nawet pracy nie masz gotowej?!". Angielski ustny poszedł mi równie dobrze, chociaż spanikowana siedziałam przed klasą już PO. Wydawało mi się, że tam ledwo jakieś 2 ambitne słowa wydukałam, a jednak chyba nie było tak źle, skoro do koszyka z wynikami wpadło 97%. Czemu to wszystko takie niby śmieszne? Te wyniki mi się nigdzie nie liczą, są po prostu jak kwaśna wisienka na torcie, przez którą się krzywię niemiłosiernie...

Zła jestem ogólnie na siebie. Na progi punktowe. Nie chcę iść na obojętnie jakie studia. Chcę na sinologię i już! I chociaż bym chciała poruszyć niebo i ziemię, to nic nie zrobię. Pozostaje mi tylko czekać z kwaśną miną i wierzyć w niemożliwe.

23 czerwca 2012

Projekty wakacyjne - czas zacząć.

Ileż to ja miałam ambitnych planów i ciekawych projektów, o których mogłabym tutaj pisać... Och, zeszły tydzień dał mi w kość. Lubię wakacyjne lenistwo, ale można i z tym przedobrzyć. Po tym jak krążyłam od lodówki do komputera trochę czasu minęło, moje ciało i dusza zyskały nowy status. Już nie byłam Leniwcem, ale jakimś niezidentyfikowanym Bytem, który czasem dawał o sobie gdzieś znać. I nagle nadszedł dzień, w którym trzeba było z poziomu 0 przeskoczyć na wybitną 8. No, ale do rzeczy, bo tak gadam i gadam, a nie wiadomo, o co mi naprawdę chodzi. Już mówię - rzuciłam się w wir pracy. Dzisiejszy wolny dzień to jak balsam dla mojej duszy! :) Powoli się wkręcam w nowe obowiązki, próbuję przełamać tę cholerną nieśmiałość i wyjść do ludzi. Oj, ciężko, nie powiem, że nie! Dlatego wciąż mnie tu tak mało, nad czym ubolewam, ale powoli odzyskuję moje życie. Jest dobrze. Były dni mroku i ciemności, czas na dni radości! ;) Od przyszłego tygodnia ruszam z tym, co wymyśliła moja głowa. Efekty powinny być widoczne, o ile wszystko sprawnie pójdzie. Mam zamiar wszystko sobie ładnie dokumentować, żeby nie zapomnieć o tych Najlepszych Wakacjach Życia. Najlepsze, bo najdłuższe? Się okaże! :) Zniknęłam trochę z sieci... Usunęłam konta na sławnych portalach internetowych, jedno z przyczyn niezależnych ode mnie - jakieś wirusy się wkradły i nie umiem się dziadostwa pozbyć, a rozsyłać tego w eter też nie chcę. Już. Zaraz chyba jakiś mecz leci? Hiszpania dzisiaj, to podobno warto zobaczyć. :)

8 czerwca 2012

Osiedlowe szaleństwo!

Tata z Adasiem wzięli się do roboty i korzystając z ładnej pogody oraz odrobiny wolnego czasu, postanowili pomóc sąsiadce przy cięciu drewna. Sterta leżała przygotowana już od zeszłego tygodnia, więc wypadało uprzątnąć ten bałagan. Nie wiem, czy już kiedyś wspominałam, ale moje osiedle zamieszkuje bardzo wielu starszych ludzi. Średnia wieku duuużo powyżej pięćdziesiątki. Wiadomo, że przy tego typu pracach, hałas jest niesamowity. Naprawdę dźwięki, które wydobywają się z huczącej piły elektrycznej nie są niczym komfortowym.
Pani S. ucieszona, że będzie mogła sobie zrobić porządek w szopce z drewnem, nie przewidziała jednego. Starsi ludzie potrafią być upierdliwi. Chłopcy pochłonięci robotą, mieli okazję się o tym przekonać. Przylatuje druga sąsiadka, łzy w oczach, błagalne spojrzenie. "Zlitujcie się, myśmy chcieli dzisiaj mecz oglądać!". Godzina 15:00. Mecz (dla przypomnienia) rozpoczyna się chyba około 18:00. Już sama nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. Jestem w szoku, naprawdę...

Żyję wśród prawdziwych patriotów! Teraz nie pozostało mi nic innego, jak czekanie na to, aż moje osobiste, osiedlowe "Jarzębiny" zaczną skandować pieśń kogutów.

"Ko-ko-ko-ko, Euro spoko!"

31 maja 2012

Co w trawie piszczy?

Maturalne podsumowanie... Tak na szybko, bo zaraz muszę zmykać, a chciałam mieć takowy wpis na blogu. W końcu "matura to bzdura" i takie tam, więc trzeba uwiecznić, chociażby na piśmie! :)

J. POLSKI: podstawę napisałam z uśmiechem na gębie, siedząc do ostatniej sekundy na sali; trochę mi ta moja mina zrzedła, gdy inni zaczęli pytać, czy wiedziałam, że "Ludzie bezdomni" to Młoda Polska. Święcie przekonana, że za ten mój pozytywizm, o którym pisałam w wypracowaniu, będę miała błąd kardynalny, gorączkowo przeglądałam fora internetowe. Ku mojej ogromnej uldze, okazało się, że pomylenie epoki to błąd rzeczowy i wypracowanie powinni mi sprawdzić! :) Na cudowne rezultaty nie liczę, bo "popłynęłam" na maksa podczas pisania. Tak to już jest, jak się zaczyna matury w piątek po długich weekendach... Głowa nie ta! ;)
Jeśli chodzi o rozszerzenie - 2 dni przed przypomniało mi się, że istnieje coś takiego, jak spis lektur na poziomie zaawansowanym. O zgrozo! I co teraz? Zarwałam noce w nadziei, że mój biedny umysł pojmie cokolwiek z tej plątaniny słów, epok, motywów. Najbardziej się bałam "Trans-Atlantyku". Otwieram arkusz, a tam 2 w miarę sympatyczne tematy. Czy wbiłam się w klucz? Któż to wie... Tych zgromadzonych na Internecie nawet nie śmiem czytać, podobno bzdury na całego.
Ustny. Przebiegł lepiej niż się spodziewałam. Niektórzy wiedzą, że zmuszałam się przez wiele dni, aby napisać moją prezentację maturalną. Stworzona w ciągu 2 dni, nauczona w jedno popołudnie. Nie wiem, czy sprawił to mój mózg, któremu kazałam przebrnąć przez ustną bez stresu i zbędnej paniki, czy to, że temat dotyczył tego, co lubię, czyli podróży, ale... poszło wyśmienicie! :)

MATEMATYKA: Z racji tego, że kompletnie olałam sprawę, nie przygotowywałam się systematycznie, a matura była wyjątkowo prosta (czyt. znienawidzona przeze mnie). Co robi człowiek, któremu wydaje się, że taka odpowiedź pewnie jest za prosta i tkwi tam jakiś haczyk? Zaczyna bezsensownie doszukiwać się głupot. Tak też było w moim przypadku. W trakcie egzaminu chciało mi się tak cholernie spać, że musiałam zmuszać się do tego, żeby to napisać. I dlatego uważam, że matma nie powinna być obowiązkowa. Nie dość, że straciłam totalnie dużo energii próbując się wysilić, a nie ziewać i myśleć o ciepłym łóżeczku, to w dodatku do niczego mi się nie liczy. A dla własnej przyjemności to sobie mogę testy w domu porozwiązywać albo z bratem posiedzieć nad jego zadaniami. Kropka.

J. ANGIELSKI: podstawa poszła mi dobrze, oczywiście pomijając część słuchaną. Siedziałam na końcu sali, nie chcę się usprawiedliwiać, itd., ale lokalizacja na egzaminie dużo robi, szczególnie jeśli chodzi o maturę z języków obcych. Czytanki nawet przyjemne, także jestem dobrej myśli. Oczywiście pluję sobie w twarz, że nie zmusiłam się do próby zdawania rozszerzenia, bo przy dużym wysiłku mogłoby mi się udać zdobyć jakiś wynik, marny czy nie, ale 30% by było. Może w przyszłym roku zmobilizuję siły, wszystko zależy od tegorocznej rekrutacji. Czuję się jakbym jakieś kiepskie sprawozdanie pisała, no ale sama chciałam mieć Pamiątkę.
Ustny. Wyszłam z sali kompletnie przerażona moim brakiem umiejętności w zakresie angielskiego. Babki w komisji dwie, uwijały się jak mrówki, a mój zasób słownictwa skurczył się do maksimum. Nie mieliśmy podziału na podstawę i rozszerzenie, dlatego może udało mi się uzyskać taki, a nie inny wynik. Miłe zaskoczenie na koniec dnia! :) Po panice i ogólnym niezadowoleniu z siebie i zestawu, który wybrałam - ostatnie zadanie odnosiło się do znaków drogowych, a z tego, co pamiętam styczność z powyższymi miałam w podstawówce przy zdawaniu na kartę motorowerową (2 błędy! nie zapomnę tego nigdy :)). Jakoś wybrnęłam, ale samo to przerażenie, że będę miała jakieś marne procenty za tyle pracy, ile włożyłam w przygotowania i godziny spędzone z korepetytorką na ćwiczeniach... Nie warto tak się przejmować. Ostatni egzamin, a chyba to całe napięcie, które próbowałam wyprzeć z umysłu skumulowało się i musiałam je rozładować właśnie w ten dzień. No nic to, koniec końców wyszło bardzo dobrze. :) Czyli jednak odrobina paniki nie zaszkodzi!

J. NIEMIECKI: Pokusiłam się na rozszerzenie, chociaż z rodziną, którą mam w Niemczech nie utrzymujemy żadnego kontaktu, a wszystkie moje seriale, które namiętnie oglądałam i oglądam, są w większości usytuowane w krajach anglojęzycznych, więc nici z prób wtłoczenia się w niemiecką psychikę. Starałam się jak mogłam najlepiej. Dodam, że opowiadanie o robocie, który ratuje dom przed ruiną, z powodu tego, że sąsiedzi chcieli go zniszczyć nie pobudził odpowiednio mojej wyobraźni. Zapomniałam jak jest zapalniczka i napisałam, że w ręku trzymał... ogień. WTF?! Może mi to jakoś uznają... ;) 16 maja - moje urodziny, które były najdziwniejsze na świecie. Rano spałam, potem pojechałam męczyć umysł (rozszerzenie dopiero od 14:00), zacięły się 2 płyty, spanikowana pani prowadząca bała się, że mogą nam unieważnić. Trzy maturzystki kontra trzech egzaminatorów. Czułam się, jak zwierzę w ZOO, które jest wciąż obserwowane... Wróciłam do domu i jakoś tak. Niby urodziny, a wcale ich nie było czuć. Odbiję sobie w przyszłym roku! :)

A teraz wielkie odliczanie do jutra. Czas się zarejestrować na stronie uczelni i czekać. Ciekawa jestem, co z tych moich maturalnych wypocin wyniknie.
Wish me luck! :)

15 maja 2012

Das ist leichter gesagt als getan.

Korzystam z chwili, kiedy nie wisi nade mną żadna hiena żądna dostępu do Internetu i nie dyszy mi zapalczywie w kark, żebym już zeszła jej z komputera. Mój mózg świruje od dwóch dni. Jutro nadejdzie moment prawy... Matura z rozszerzonego j. niemieckiego coraz bardziej mnie przeraża. Nie przyłożyłam się do nauki, tak jak należało i zarywam noce, żeby chociaż spróbować nadgonić(ekhem...) 9 lat nauki. Nie ma lekko! Nie wiem sama, jaki obrać plan, czy skupić się jedynie na tym, żeby to dziadostwo zdać, czy jednak włączyć twórcze myślenie i nadal wierzyć, że mnie chociaż wezmę pod uwagę przy wyborze kandydatów na studia...? Pewnie i tak skupię się na drugiej opcji, za bardzo mi zależy! ;) Ale sobie pluję w twarz osobiście, że tyle dni zmarnowałam na błogim nieróbstwie. Wiem, że za rok mam szansę podejść do wszystkiego bardziej profesjonalnie, ale rok stracony i mi się jakieś małolaty wcisną w szereg... Podejmować się jakichkolwiek studiów nie chcę. Może to i dobrze, że mnie lekki stres motywuje? Może moje flow się podniesie jutro o 14:00? Oby, oby! Jak dotąd NIC mnie nie ruszyło. Nie mówię "hop", bo jeszcze ustny angielski, no ale z praktyki wiem, że im człowiek spokojniejszy, tym mu się to mniej opłaca. Je... desto - tak nawiasem! ;) Najgorsze jest to, że moja Rodzina naprawdę głęboko wierzy w to, że już w tym roku wyruszę w siną dal i będę walczyć ze studyjnym Potworem. Zielonego pojęcia nie mam, czy tak się tworzy przymiotnik od studiów. To nie jest tak, że ja nie wierzę, ale - bądźmy szczerzy - znam realia i nikt inny, lecz właśnie ja siedzę w salach i wylewam z siebie siódme poty, żeby "jakoś to było". Najbardziej mnie wkurza myśl, że mogłam jednak dopisać kilka przedmiotów. Och, Deklaracjo Maturalna, czemu termin Twojego złożenia tak przerażająco krótki się okazał?! Więcej przedmiotów, więcej możliwości. A tak, jeden cholerny upragniony cel. Marzenia się spełniają, ale trzeba im trochę czasu poświęcić.

7 kwietnia 2012

Poznańskie perypetie Borejków.

Dlaczego za moich czasów nie były organizowane konkursy o wiedzy na temat Jeżycjady? Panią Małgorzatę Musierowicz wielbiłam, wielbię i wielbić będę! Marzy mi się, aby moje dzieci (nieokreślona przyszłość, ale... damy radę?;)) pochłaniały w równie dzikim stopniu jak ja, przygody opisane w "Dzieciach z Bullerbyn" czy właśnie w cyklu Jeżycjada. Ileż to ja powypisywałam życzeń w pamiętniku, żeby choć na jeden dzień zamienić się z Gabrysią czy Tygryskiem! Bo wysportowane, mają fajne przygody... Nawet na recytatorski wybrałam sobie fragment opowiadający o śpiącym Tygrysku (Laura) i zabiegającym o jej względy Wolfgangu.
Niesamowite, ile książki potrafią wnieść miłości do życia codziennego. Dzięki autorce pokochałam brzmienie łacińskich sentencji wypowiadanych przez Pana Borejko, zamarzyłam o zorganizowaniu w domu tablicy z hasełkami, zdjęciami, wierszykami rodzinnymi - tzw. rodzinny misz-masz. Może dlatego ciągnie mnie do Poznania? Pozwiedzać, rozejrzeć się po mieście fikcyjnych postaci? Pobudzić wyobraźnię do działania?
Skąd to moje nagłe zainteresowanie, a raczej wspomnienia? Przede wszystkim - od kilku dni nie potrafię się oderwać od bloga pewnej mamy, która opisuje perypetie z życia własnej córki i to, jak powolutku Mała Dziewczynka jest wprowadzana w świat książek i jak bardzo to lubi. REWELACJA! Poza tym, właśnie sprawdzałam, kiedy powinnam się zjawić w bibliotece, aby oddać wypożyczone tomiszcza i o zgrozo - pierwszy raz w swojej karierze czytelniczej przekroczyłam termin zwrotu. Ups... Na stronie głównej biblioteki znajduje się informacja o konkursie organizowanym dla młodszych czytelników, poświęconym Pani Małgorzacie i jej twórczości. Buuu! Też bym chciała. Może ktoś z OKE/CKE zgodzi się, żebym zamiast matury mogła wziąć udział w tym quizie? ;) Dobry plan?

5 kwietnia 2012

"Na sumieniu zatrę ślady"

Odsypiam sobie nieprzespane weekendy. Wszyscy tak okropnie napinają z tą maturą. Po co? Napiszemy, jak umiemy. W ramach zmotywowania się do nauki zamówiłam repetytorium. Czekam na kuriera, ale jakoś nie nadchodzi. Tylko wyznaczone terminy sprawdzianów, oddawania bibliografii, itd. zmuszają mnie do pracy. A tak codziennie, to sobie lewituję. Słucham dużo muzyki, jem słodycze, cieszę się świętami. Nuda! Ale taka dobra nuda. Odzyskuję humor i próbuję znaleźć dobry sposób, jak napisać prezentację maturalną. Kupować nie zamierzam. Szkoda kasy, skoro i tak ja to muszę zdać, żadna dobra duszyczka za mnie nie pójdzie na egzamin i tego nie powie. Zobaczymy, co to będzie! :) Jeszcze się nie stresuję, pewnie później się udzieli. Na pewniaka też tam nie chcę iść, że niby w miarę mi poszły próbne, to oficjalne egzaminy będą błahostką, co to, to nie! Non stop muzycznie towarzyszy mi "Koniec świata". Dobrze, odpowiadają mi ich teksty.

14 lutego 2012

Peeling duszy.

Najtrudniej jest ruszyć, zacząć, napisać pierwsze zdanie. Miałam umieszczać posty kilka razy w miesiącu, a tu już luty. Czas biegnie, jak opętany. Tyle chwil marnuje na lenistwie, ciągle mi mało snu, odpoczynku. Co się dzieje? Organizm odbija sobie resztki stresu, życia w biegu, dni wypełnione obowiązkami, noce spędzone na ciągłym myśleniu o czymś. Nie wiem, za czym tak gonię... Nie chodzi o to, że jest mi źle. Tylko tak ciągle i ciągle myśli kłębią się w tej głupiej łepetynie i nie chcą ujrzeć światła dziennego. Nie mam siły na tą całą maturę, jestem pewna, że nie pójdzie mi tak, jak tego oczekuję. A winna będę sama sobie, skoro nie potrafię nawet kiwnąć palcem! Jak można sobie CODZIENNIE obiecywać poprawę i nie spiąć czterech liter w odpowiednim momencie? Zimo, idź już sobie! Weno nadejdź i przynieś ogromne pokłady energii! Rozpoczynam akcję "Orzechy" (potrzebna mi spora dawka wspomagaczy mózgu) i powolutku próbuję wrzucić ciało i duszę na wyższe obroty. Wish me luck! ;)