7 marca 2014

Przegrałam z kretesem ćwicząc swoją słabą - silną wolę, czyli przerwa w postanowieniach.

Nieśmiało stukam w klawisze, owinięta kocem i błądzę myślami gdzieś daleko. W mieszkaniu bałagan, muszę się w końcu wziąć do sprzątania, kiepsko mi to wychodzi... Oddaję się błogiemu nieróbstwu i szperam w głębinach Internetu w poszukiwaniu lektur do pracy maturalnej. Miły poranek zamienia się w jakieś takie smutne popołudnie. Tęskno mi. Powinnam zrobić dzisiaj kilka rzeczy, zmusić się do postawienia kilkunastu małych kroków do przodu, ale mi się totalnie nie chce. Chyba pozostanę w tym stanie odrętwienia, nie mam ochoty z tym walczyć. Wytrzymałam aż 2 dni w moim postanowieniu postnym. Tak, tak - znowu próbowałam nie jeść słodyczy i bach, przegrałam sromotnie... Znowu trochę mieszam w mojej "edukacji", zapisałam się na masaż i teraz muszę wybrać, gdzie będę dojeżdżać. Do poniedziałku mam czas, zobaczymy co to będzie. Liczę na to, że mi się będzie podobało. Znowu czuję, że chciałabym coś w swoim życiu pozmieniać. Coś z pracą. Z jednej strony dobrze mi tu, gdzie jestem, widzę się ze swoją drugą połówką non stop, bo praca na miejscu i do zbyt ambitnych nie należy, z drugiej świadomość, że wakacje się zbliżają, co do których mam ciekawe plany i muszę zacząć faktycznie oszczędzać i jeszcze to, że marzy mi się, żeby przyjść z pracy z uśmiechem na ustach i satysfakcją, że zrobiłam dzisiaj coś dobrego. Ktoś uświadomił mi ważną sprawę i naprawdę muszę skupić się na tym, czego chcę i czy NAPRAWDĘ tego chcę. Koniec, kropka. Zwalczam mentalnego lenia i idę posprzątać, odkładam te cholerne orzechy na bok, zjem śniadanie, poukładam sobie kilka spraw w głowie, wypiję herbatę, zamówię bilety na koncert, przekopię cały Internet w poszukiwaniu ćwiczeń z angielskiego, wyślę je do mojej współtowarzyszki doli i niedoli w nauce, poczekam, aż ktoś się odezwie i powie, że bezpiecznie dojechali do domu. 

Udanego piątku!

28 lutego 2014

Nie mam zielonego pojęcia, co jest nie tak.

Chciałabym dać upust emocjom. Nie potrafię. Dlaczego jest tak, że mnie coś denerwuje i aż się we mnie gotuje ze złości, a ja nic. Zero. Null. Komuś udało się poluzować we mnie ten korek emocjonalny i już jest lepiej niż było, ale nadal nie jest idealnie. Gdy nie żyjemy w zgodzie z samym sobą, nie potrafimy dogadać się z otoczeniem. Słucham jakiejś durnej piosenki. 
Nie śpię. Myślę, porównuję, stukam ze złością w klawisze. Zaglądam z obrzydzeniem w głąb własnej duszy i zastanawiam się, o co mi do cholery chodzi? To nie jest normalne, że nie jestem w stanie zasnąć przez natłok myśli. Złych, niedobrych myśli. 

Nie wiem sama, skąd we mnie ta skłonność do wyolbrzymiania nieistniejących problemów? Powinnam zacząć ćwiczyć jogę, porozciągać odrobinę te nieruchliwe ciało, oddychać głęboko i uporządkować wszystkie sprawy w głowie. Gdzieś słyszałam o metodzie "szufladkowania". Wyższa szkoła jazdy. Złe myśli do jednej szuflady, dobre do drugiej. Opanować sztukę lawirowania pomiędzy dobrymi a złymi. Nie umiem się na niczym skupić. Wszystko mnie nudzi. Zaczynam czytać książkę i łapię się na tym, że gdzieś w połowie strony nie wiem, co czytam. Wczoraj miałam trzy podejścia do jednej lektury, przewertowałam z dwadzieścia babskich gazet w nadziei, że jakikolwiek artykuł mnie zachwyci, zaczęłam rozwiązywać krzyżówkę i bach... Zniechęcenie. Nuda. Rozproszenie. 

I to cholerne pytanie w głowie - o co mi tak naprawdę chodzi???

6 lutego 2014

Sleepless night.

Wcinam rurki z nadzieniem kakaowym i myślę intensywnie o wielu sprawach. Z głośnika tym razem pozytywne brzmienie reggae. Nie potrafię zasnąć, jak człowiek, o przyzwoitej godzinie, tylko siedzę po nocach i myśli krążą mi gdzieś tam po głowie. Okulary na nosie... Ciężko się przyzwyczaić, ale już nie chcę męczyć wieczorem oczu soczewkami. Przeglądam stare zdjęcia, wspominam i kombinuję, jak odzyskać zaufanie. Przeraża mnie myśl, że nawaliłam na całego. Nie cierpię niedomówień. Kiedy nie było tych cholernych telefonów, komputerów, itd., człowiek potrafił ruszyć te spłaszczone od siedzenia cztery litery i wyjść naprzeciw drugiego. Zabiegać, starać się, żeby porozmawiać, przeprosić. A teraz? Wszystko zwala się na te elektroniczne sprzęty. Ktoś nie odpisał, nie odebrał telefonu, to po co się starać i próbować jeszcze raz? Przecież ma na mnie wyje*ane. A skąd możesz wiedzieć, czy to prawda? 
Mętlik, mętlik, mętlik. 

Zostałam wczoraj pełnoprawną tutorką/wolontariuszką w programie "Akademia Przyszłości". Pierwsze spotkanie z chłopcem, z którym mam się widzieć przez  godzinkę raz w tygodniu, przebiegło chyba w miarę sprawnie i spokojnie. Muszę się przyzwyczaić do tego, że to ja pociągam za sznurki w tym duecie! Mam nadzieję, że razem osiągniemy niejeden sukces. Małymi krokami, cały czas do przodu. Pewnie za jakiś czas będę pisać o zwycięstwach i porażkach, zobaczymy jak to będzie, ile uda nam się osiągnąć i czy sprawdzę się w tej nowej roli.

Wypłynął temat wakacji i to skłoniło mnie do rozmyślania o tym, co dalej? Plan jest taki, że wybieramy się gdzieś, gdzie jest słońce, plaża, woda i nie robimy kompletnie nic, oprócz smażenia się całymi dniami i odpoczywania. Wiadomo, przede wszystkim muszę skupić się na tym, czy mnie będzie stać na taki wyjazd. Po drugie jest jeszcze kwestia pracy, szkoły, rekrutacji na studia, pracy po powrocie i tego programu, w który się zaangażowałam. Do rana jeszcze daleko, także jak mi się uda poukładać to wszystko w głowie, to już będzie jakiś powód do radości.

3 lutego 2014

Sztuczki psychologiczne wśród potoku myśli, słów i serca przepełnionego tęsknotą.

Podobno się zmieniłam. Na lepsze. Czy tak jest? Nie wiem, nie potrafię tego ocenić. Chciałabym znaleźć w sobie wytrwałość w dążeniu do spełnienia wszystkich marzeń, której ostatnio mi brakuje. W czwartek czeka mnie spotkanie, na które czekam niecierpliwe, aczkolwiek z nutką niepokoju. Mam nadzieję, że odnajdę w sobie wystarczająco dużo pokładów dobrej energii i pierwsze lody zostaną przełamane. Wskazówka zegara zbliża się do magicznej godziny drugiej. Słucham Lady Punka i "włóczę" się po sieci. Chłód na dworze wyczynia straszne rzeczy z moimi dłońmi. Muszę kupić jakiś porządny krem do rąk, bo nie cierpię tej szorstkości. Miałam zamiar wstać rano i pozałatwiać kilka spraw na mieście, ale słabo widzę tę pobudkę. Zostawię to na środę. 

Podobno mózg człowieka można w miarę łatwo oszukać. Chodzi mi o pozytywne wykorzystanie tego aspektu. Zamiast ciągłego używania słowa "nie", można formułować zdania tak, abyśmy nie odebrali tego negatywnie i udało nam się dostosować do danej prośby, do wykonania jakiegoś konkretnego zadania bez poczucia obowiązku czy wręcz przymusu, czy to wewnętrznego, czy zewnętrznego. Wiem, że wielu ludzi uważa, że te wszystkie gierki psychologiczne to jedna wielka bujda, ale ja lubię sprawdzać niektóre z nich w praktyce. Słowa mają ogromną moc, taka jest prawda. Warto o tym pamiętać, zanim wyrządzi się drugiemu człowiekowi krzywdę, mówiąc coś, co sprawi przykrość. 

Powinnam w końcu ogarnąć bałagan w pokoju. Kupić korektor pod oczy. Wyczyścić umorusane buty. Dążyć do małych sukcesów i powoli zbliżać się do tego jednego, konkretnego, wymarzonego. 
Czuję w kościach, że zbliża się wiosna. Dwa udane spacery w promieniach słońca. 

I świadomość, że ktoś jest obok. 

Do Walentynek zostało mało czasu, jeszcze nie mam w głowie konkretnego planu, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Moje pierwsze święto zakochanych, jestem podekscytowana jak przedszkolak, ale co tam! Kto mi zabroni? W końcu 14 lutego nie będzie dla mnie kolejnym, zwykłym dniem i pomimo tego, że każda spędzona z Nim chwila jest magiczna, to naprawdę się cieszę, że podaruję kartkę komuś, kto tak wiele dla mnie znaczy.

26 stycznia 2014

"I tylko w Twoje oczy spojrzę..." - próby ogarnięcia tego, co nieuniknione.

Marznę, chociaż wiem, że będzie warto. Opycham się słodyczami, chociaż wiem, że za chwilkę tego pożałuję. Jestem przewrażliwiona, chociaż zdaję sobie sprawę, że z tymi demonami nie mam siły już walczyć. Rozprasza mnie wiele rzeczy, myśli, słów, gestów. Czekam aż dwa kochane Potwory wrócą z Krainy Wiecznej Miłości. Słucham muzyki i myślę o tym, że dzień po dniu uczę się czegoś nowego. Dzisiaj miły ktoś pomógł mi rozpracować tajniki obsługi pralki. Nie obyło się bez zawału serca, gdy wyskoczył "error", ale sytuacja opanowana, kurtka wyprana, pralka cała i wszyscy szczęśliwi.

Próbuję odnaleźć się w plątaninie ścieżek i wskazówek. Intensywnie myślę o tym, że za kilka miesięcy będę musiała w końcu wybrać, określić się konkretnie, co chcę w życiu robić. Zegar nieubłaganie tyka, a ja mam wrażenie, że nie mam planu na życie. Priorytety odrobinę się pozmieniały. W moim sercu zamieszkał ktoś, bez kogo nie wyobrażam sobie życia. Teraz już jest mniej miejsca na "ja", więcej na "my". Staram się to ogarnąć i znaleźć słuszne rozwiązanie. Prawda jest taka, że wielkiego wpływu na swoje wybory nie mam, bo nie wiem, czy ten rok wystawi mnie na próbę i dostanę się na sinologię, a tym samym czekają mnie ogromne zmiany w życiu, czy znów się okaże, że jednak mnie tam nie chcą. Dlatego konkretne wyjście awaryjne przyda się jak najbardziej.

Podoba mi się to, że ostatnimi czasy mniej myślę, a więcej robię. Dużo małych kroczków i cały czas do przodu. Oby jak najdłużej i oby jak najdalej! ;)

21 stycznia 2014

Przy dźwiękach "Happysad(u?)".

Jak tam postanowienia noworoczne? U mnie do końca niesprecyzowane, ale realizuję, co się da. Oddałam dzisiaj krew i nie zemdlałam. Pękam z dumy! Tak mnie straszyli tą igłą, że mi żyłę rozwali, że będzie tak bolało, że się słabo robi, że... A jak było? Miło, sympatycznie i tylko lekko szczypało, jak się pani Pielęgniarka wkłuła. Jeszcze 151 razy i pokonam pana, który w tym momencie jest rekordzistą w oddawaniu krwi w moim szpitalu. Ciekawy dzień w sumie. Troszkę mi się spać chce i troszkę za dużo myślę o tym, że muszę iść przebadać tarczycę, bo tak mi powiedziano, ale co tam! A na głowie mam dzisiaj taki kosmos, że szkoda gadać, nie wiem, co się dzieje z moimi włosami ostatnio. Już po studniówce, cudnie było. Tańce do białego rana i powroty z Lubym we mgle. Uśmiech mi nie schodzi z twarzy. 

Magia miłości...? Ach, co ci faceci potrafią z nami, kobietami zrobić, to się w głowie nie mieści! Nie śpimy, nie jemy, oddychamy gorącym od namiętności powietrzem, uśmiechamy się częściej i szerzej niż dotychczas i jeszcze nam ludzie mówią, że jakoś tak ładniej wyglądamy, że te oczy takie błyszczące, że twarz rozpromieniona, że tracimy na wadze w oczach, że takie jakieś szczęśliwe i w ogóle! ;) A w głowie jakoś tak więcej pozytywnych myśli...

Czytałam ostatnio ciekawy artykuł w... "Wysokich Obcasach" (chyba). Autor zachwycał się tym, że zakochanym jest zawsze cieplej w dłonie. 
Ja - największy zmarzluch świata - mogę się z tą dziką teorią zgodzić. ;) 
Jak to się dzieje, że palce zakochanych uprawiają swoją własną, osobistą gimnastykę i zawsze jest ciepło, mnie nie pytajcie.