27 grudnia 2011

Archiwum '11

Brzuszne stany.

Chciałam stworzyć kartkę z pamiętnika leniwego "kotecka", ale mi nie wyszło. Mam blokadę. Stukam sobie w klawiaturę, wiedząc, że pójście spać Zaraz przeciągnie się w Za chwilę, które to nastąpi po dwugodzinnych zmaganiach z odlepieniem mikro - myszki od mojej dłoni, gdzie kolor nowego lakieru (Extra Long, 005, bodajże) do paznokci niesamowicie zlewa się z odcieniem mojej skóry, co daje cudowny efekt bezpazurzystości. Marzy mi się... aerobik. Chciałabym bujać się w rytm piosenki, kontrolując odruchy ciała, wyrzuty, stepy, wymachy rąk z grupą nieznanych ludzi. Wyzwolić w sobie pozytywną energię. Zmęczyć się, ale nie umierać z przemęczenia, o!
Nie lubię dwóch uczuć związanych z moim brzuchem: jedno dotyczy bulgotania, tudzież burczenia na lekcjach, co wpędza mnie w zakłopotanie i zagłusza pewnie tok myślenia mojej Ławkowej Towarzyszki (najgorsze jest to, że temu procesowi burczenia, towarzyszy zwykle wybuch niekontrolowanego śmiechu, więc siedzę, burczę i się duszę, bo na głos nie wypada się śmiać, a próby uciszania żołądka, jakoś nigdy nie skutkują. Ja nie wiem, jak to się dzieje...), natomiast drugie denerwujące uczucie to pełny brzuch, taki... słowa mi brakuje. Wzdęty, wydęty, wypełniony, najedzony? Taki, kiedy aż oddychać nie umiem i spać mi się chce, po przejedzeniu. Teraz tak mam i usnąć nie dam rady albo będę spać jak bobas. Powietrza! Słońca, muzyki! Plotek! Zakupów! Słodyczy nietuczących! No, to się dowiedzieliście, czego (znowu) chcę i możecie iść spać. Moja nowa lokatorka macha futrzastą łapką i posyła mokre całuski. ;)

Starszawy łańcuszek.

Łańcuszek... Na czym polegają takie specyfiki, raczej każdy wie. Z racji tego, iż zostałam klepnięta na początku przez Anonimową, a nie wiem, gdzie są pytania, bo oczywiście zapodziałam (jakżeby inaczej?), więc odpowiem na te z bloga Marty, a nuż okaże się, że to te same? Oby!

4 seriale/programy, które oglądam:
Niby nie samymi serialami człowiek żyje, a jednak... kolejny odcinek czeka na załadowanie. ;) Czas pędzi jak oszalały podczas patrzenia na: Gotowych na wszystko chirurgów w śpiewającym mieście kotów, czyli rutynowo: "Desperate Housewives", "Grey's Anatomy", "Glee" i "Cougar Town". Odprężające i (nie)odmóżdżające perypetie. Jeszcze nadprogramowo "Bones" moje kochane.

4 rzeczy, które mnie pasjonują:
Leżenie plackiem pod kołdrą z kubkiem kakao i książką w dłoni, pokonywanie stosów kilometrów od domu, czyli podróże te duże i małe. Zatrzymywanie magicznych chwil i uśmiechniętych gęb (gąb?) w postaci zdjęć. I blogowanie, pisanie, nadawanie cudownym momentom charakteru i ubieranie je w słowa. Ołówek i klawiatura to moje dzieci.

4 sformułowania, których używam:
Najczęściej i z największą czcią wypowiadam: "Jak mi się nic nie chce.". Oprócz tego nie zauważyłam jakichś specyficznych skłonności do stosowania non stop tych samych sformułowań, ale kiedyś miałam totalną fazę na słowo "żądam" z akcentem na "Ja". Poza tym na upartego mogłabym skusić się na wpisanie tutaj "spadaj" i przedłużone "o nieeee".

4 rzeczy, których nauczyłam się w przeszłości:
Hmm... Ciężko tak jakoś dokończyć. Niech będzie, nauczyłam się, że z biegiem czasu inaczej odbieram pewne zdarzenia. Nie warto ryczeć w przedszkolu, bo się komin trzęsie. Obrażanie się jest bez sensu. Brak snu potęguje wykorzystanie resztek pozytywnej energii w przeciągu dwóch do trzech godzin, w związku z czym potem rozpoczyna się faza: MARUDA.

4 miejsca, do których chciałabym pojechać:
Chiny, Grecja, Japonia, Hawaje.

4 rzeczy, które robiłam wczoraj:
Pracowałam, jadłam pyszne ziemniaki z górą sałaty, szukałam wiadomości na WOS i cieszyłam się jak głupia, że leci nowa seria "Kości".

4 rzeczy, które kocham w zimie:
Bałwany za oknem, atmosferę rodzinną, brak wyrzutów sumienia z powodów zjadania góry ciasta, ogromne ciepło bijące z kominka po przyjściu ze spaceru.

4 rzeczy na liście moich pragnień:
Facet, studia, wymarzone wakacje i dobra trwająca 48 h.

Taka jakaś.

Wyprana z wszelkich emocji i uczuć. Z poharatanym przez frytki podniebieniem. Załamana próbami zmieszczenia się w jeansy numer czterdzieści dwa. 42!!! Zmęczona ostatnim dniem ferii, który wbrew pozorom nie był najgorszy. Użera się ze ściągami z chemii i referatem na religię, przeklinając dzień, w którym powiedziała sobie: Jutro na pewno to zrobię. Myśląca, marząca, przymulona i jakaś taka... BLE. Ale koniec końców: Wszystko Będzie Dobrze. ;)

Wędrujący wirus.

Nie czuję. Nie słyszę. Charczę, świszczę, bulgoczę. Czytam i oglądam. Scenariusz, który każdy dobrze zna... Najpierw pojawia się męczący, otumaniający, zamieniający człowieka w marudę, ból głowy. Potem w nosie pojawiają się hektolitry kataru, śpisz albo chociaż próbujesz udawać, że drzemiesz z otwartą buzią, łapiąc powietrze. Budzisz się z pustynią w ustach. Następnie po zużyciu 20 paczek chusteczek higienicznych, zdajesz sobie sprawę, że w gardle pojawiła się jakaś gula, coś cię drapie. Próbujesz przełknąć ślinę i marszczysz się, jak przy zjadaniu plasterków cytryny. Nic ci się nie chce, charczysz, świszczysz, bulgoczesz. No i moja ''ulubiona'' część - przebijasz w marudzeniu i byciem zmierzłym nawet smerfa Marudę. No tak. Czuję, że wiosna zbliża się wielkimi krokami. Nie pozostaje mi nic innego, jak oddać się melancholii i przepędzić zarazki, a potem w ekspresowym tempie łapać promienie słońca.
Bieżące życie ogranicza się do: braku funduszy na komórce, "Gringo wśród dzikich plemion", "Lalce", "Frankiego Furbo" (kocham, wielbię!), "Seven", wędrówkach do kuchni po kolejne kubki herbaty, podziwianiu słodyczy, które Pan Waldek* podarował mnie i Oli z pobytu w Chinach, a także na innych takich bzdetach. Jest dobrze. Zaraz jeszcze T., wybiera się do apteki, aby ulżyć cierpieniu swojej ukochanej Córki i dzięki kolorowym tabletkom sprawić, że z charczącego potwora przemieni się w egzystującą i niemarudzącą siedemnastolatkę. Dotarło do mnie właśnie, że kalendarz Oli zaciął się na lutym. Dziwne. ;) Chociaż w sumie... Widnieje tam taki słodki, trochę otyły kociak. Ma urocze wielkie oczka, puchatą szyję i śmieszne łapki.

*Opowieści o indywiduach mojej pracy może będą w kolejnym poście, jeśli będziecie chciały posłuchać. Poczytać - znaczy się.



Na moim parapecie wyrósł jakiś włochaty kwiatek. Chociaż ostatnimi czasy wygląda jak kurczak (określenie nadane przez Adasia), po wizycie u "fryzjera". Ktoś wie, co to za odmiana? Podpowiem, że nie lubi wody, kocha wygrzewanie się w słoneczku i odżywia się kilka razy dziennie pasztecikami. Czekam na propozycje. ;)

Garść myśli gibona.

Niewiasty blogowe uciekają z Onetu, jak to tak można? Serce mi zamiera! Po dzisiejszym dniu powinnam mieć ręce jak gibon. Do kostek. Z racji tego, że moja wizyta w bibliotece ZAWSZE kończy się tak samo, powinnam mieć zakaz wstępu albo narzucony limit. To znaczy: idę po zarezerwowane książki i nagle w mojej torbie znajduje się kilka dodatkowych tytułów, z czego przynajmniej dwa ważą tyle, co mój plecak w środę. Aha, widzę iskrę współczucia w Waszych oczach. Środowa waga plecaka to nie przelewki! ;) Wypożyczyłam same przepiękne pozycje: Rio Anacondę, Singapur czwarta rano, Wśród kanibali, Opowieść o kobiecie spod znaku Ognistego Konia, Blondynka na Czarnym Lądzie, Amazonka. To nic, że mam dziesięć tysięcy książek do przeczytania, a 20 stron (ostatnich) "Lalki", tkwi nie tknięte. Chyba jestem uzależniona. Jakby taszczenia tych tomiszczów nie było mało, zostałam wysłana z misją specjalną do "Biedronki" (termin: zakupy brzmi zbyt banalnie, of course). Cudnie jest! ;) O nieee... Wiecie co się dzisiaj stało? Nie musiałam udawać, że umiem odbijać na WF piłką do siaty górą, dołem, górą - dołem po 15 razy, bo musieliśmy iść grać. Tere - fere - ku - ku.
Nawet nie zdajecie sobie sprawy, że człowiek w czasie nudy może samoczynnie, bez zmuszania swego jestestwa, odrobić ZADANIE DOMOWE, chociaż na drugi dzień nie ma szkoły, tylko kino. Tak, też się sama dziwię. W każdym razie byłam w świetlicy. Adik strzelał nazwami jakiś bajek, a raczej postaci. Chyba o jakieś roboty chodziło. Potwierdziłam, że jest przeokropnie silny, po czym prawie musiałam zbierać go z podłogi, jak wykonał improwizowane pompki. Zdolny aniołek! ;) I nie mogę się napatrzeć na małego Bartka (ma świetne okulary i skacze jak żaba), strzelając takie miny i boksującego powietrze, że... wymiękam! Takich facetów mi potrzebaaa! :P

Sama sobie życzę powodzenia.

Jak mi dzisiaj jest przeraźliwie zimno! Marzę o słońcu, roztańczonych promykach na niebie. Postanowiłam podzielić się moimi planami w sferze filmowej i książkowej. Tytułów wymieniać nie będę, bo to prawdziwa Niekończąca się opowieść, ale imponujące liczby i Top Nazwy się przydadzą. Patrzcie i oczom nie wierzcie: 386 filmów (z czego jeden się ładuje i już zacieram rączki, co z tego wyniknie), a także 947 książek (słyszę już te ''prychy'' niezadowolenia i niedowierzające życzenia powodzenia, easy dzieciaczki! Co ma być to będzie, a jak nie, to podrzucicie mi listę do trumny, żeby mi się nie nudziło :P). Ja tam swoje zrobię w swoim czasie. Z chęcią za to, przedstawię fakty z życia wzięte, czyli innymi słowy przetestowane, tudzież zrecenzowane. Piję właśnie "Napój sojowy", który oprócz rutynowych składników, posiada witaminę E, B2, B12 i wapń. Nie pozostaje mi nic innego, jak odegranie na klawiaturze hymnu, na cześć owego napoju (tak na serio, to po prostu mleko jest). Totalnym fiaskiem w moim wykonaniu jest poranne wstawanie i zjadanie Najważniejszego Posiłku Dnia. Nie ma takiej siły, która zwlekłaby mój przyciężkawy tyłek z łóżka. Nie ma! Za to mam ochotę na olbrzymie wiosenne porządki, wielkie zakupy, rewolucję w pokoju i ziszczenie się wakacyjnych planów.
Powinnam właśnie trząść biodrami w rytm Zumby, ale niewiasty zrezygnowały z powodu kobiecych dni i sama nie idę. Lepiej kręcić ''odwłokiem'' w towarzystwie! :P

PS Alutka jest o 0,5 litra lżejsza (dobrze mówię?). Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłam, z tego powodu, że ktoś dał sobie żyły nakłuć... :P Duma mnie rozpiera!

"Nie będę tłumaczył się, jak winny ktoś..."

Nie ogarniam tego systemu. Rano spowiedź, tak w tym roku zabrałam się za to naprawdę wcześnie. Wariactwo i poszukiwania zagubionych kluczy (przed kościołem, w kościele, na drodze), zakończone sukcesem zwieńczonym... skrytką w dziurze w płaszczu. Mam dziwne wrażenie, że to co piszę nie ma jakiegokolwiek logicznego sensu, ale dzisiaj to nie jest ważne. Następnie starcie z pękniętym paskiem (klinowym?), szalone poszukiwanie prezentów, osiem godzin życia mniej i przygody na stacji paliw. Pomoc byłego pana katechety, a potem Jednego Miłego Pana i Pomocnego Syna wyżej wspomnianego w (nie owijając w bawełnę), pchaniu auta. Nic z tego. Przerażenie i desperacja w oczach Blondi i rutynowo telefon do Przyjaciela (Tatoo, przyjedź po nas!). Odwalanie mantry na chodniku zdziałało cuda i tak oto zamiast zagłębiać się w aspekty religijne TYCH ważnych dni, po prostu cieszę się, że na reszcie jestem w domu. Może poza tym wyjątkiem, że już zdążyłam się pokłócić z M. Coraz częściej czuję, że nie umiemy się dogadać. To jest jak rzucanie bykowi czerwonej płachty przed nos. Non stop coś sprawia, że ja się wkurzam, razem powiemy coś głupiego i następują ciche minuty. Jak długo to jeszcze potrwa? Nie można znaleźć złotego środka? Chciałabym Wam życzyć wesołych, pogodnych, przede wszystkim mokrych świąt iwielu spotkań wieczorową porą w Biedronce. Wszystkiego dobrego i... wiecie jak się macie! ;)

PS Post słodyczowy się kończy, a moje marzenia o ptasim mleczku za niedługo się ziszczą! Jestem przeokropna. Idziemy święcić jajca. I marchewkę.
W tytule postu fragment "Alibi" Maleo Reggae Rockers. Chodzi to za mną od kilku dni.

"Mama zadumana cały dzień..."

Jestem przeciwna porannym maratonom i uświadamianiu sobie, że kto rano zaśpi, ten ma przekichane. Tak, tak. Ostatnio zaobserwowałam znaczną poprawę, jeśli chodzi o moje codzienne zrywanie się z łóżka i gnanie na złamanie karku, żeby tylko zdążyć na ten "cholerny autobus, który pewnie dzisiaj pojedzie punktualnie i będę musiała lecieć". Wyniki przedstawiały się bardzo inspirująco, aż do... dzisiaj. I powiem Wam tylko, że mi nogi wchodzą do... No, wiecie gdzie. Normalnie szok, z okazji przewspaniałego Dnia Matki nie dane mi było usiąść choć na chwilę w pracy, ale okropnie się cieszę, że córki i synowie pamiętają o tych swoich ukochanych rodzicielkach, które sobie żyły wypruwały przy porodzie i uraczą je miłą niespodzianką!
Jakieś fanaberie na tym blogu porobiłam z szablonem, no już trudno, musicie przeżyć. Przygotowania na imprezę powinny ruszyć pełną parą, ale coś znów jakiś zastój mamy. Na razie jednodniowy, ale sam fakt. A w niedzielę na parapetówkę. I odwieczne pytanie zadane w przestrzeń: kiedy na ploty??? Urodziny przeżyłam, wcale się jakoś doroślej nie czuję. Jest ok. ;) Lecę wyściskać M. i złamać zasadę: "Chwila przyjemności w smaku, lata tłuszczu na biodrach." Dzisiaj to mam tę cudną ideę w moim tłustym tyłku! ;D Cieście, nadchodzę! ;)

* tytuł postu z piosenki, którą w Świetlicy nas nauczyli ;)

Weź się w garść.

Zmiany, zmiany, zmiany. Chyba nadszedł czas na to, aby rezolutnie wziąć się za wszystko, co dusza postanowiła i zacząć działać, a nie siedzieć ukradkiem w kącie i z tej perspektywy spoglądać na własne, dotychczasowe życie. Mam tak strasznie wysuszoną skórę na dłoniach, że jakakolwiek styczność z watą, płatkami kosmetycznymi, chusteczkami sprawia, że moje zęby zgrzytają. Coś a la odruch na dźwięk skrzypiącego styrrropianu. Brr! Grecja zbliża się wielkimi krokami, a ja oczywiście znajduję się w totalnej rozsypce. Niecały miesiąc na to, aby kupić wszystkie ''must have'', ogarnąć duszę i ciało, przestać przejmować się zdaniem innych i uwierzyć, że już za kilka dni wakacje. I niech mi tylko ktoś spróbuje wmówić, że czas NIE płynie, biegnie, leci. Raczej nie wypada używać wulgaryzmów na blogu, ale jeśli znacie jakiś konkretny synonim słowa rozpoczynającego się od zap..., a kończącego na ...dala, to z niego chętnie skorzystam. Zawiodłam się na dzisiejszym repertuarze w TV. Są czasem takie dni, że człowiek czeka, aż w tym pudle pokaże się coś, co wywoła uśmiech na twarzy, a tu nic. Mowa tutaj oczywiście o "Rodzince.pl". Trzeba czekać i czekać. Nie wiadomo ile.
Muszę się ogarnąć. Muszę, muszę, muszę i chcę przede wszystkim. Koniec opierdzielania się dniami i nocami. Pewnie trafię tutaj jeszcze przed samym wyjazdem, aby pożegnać na moment TEN świat i powitać piaszczyste plaże i słoneczne uliczki Tego miasta, powleczone nutą tajemniczej przygody, czekającej tuż za rogiem. I znając mnie poinformuję Was, jak mi idzie ta cała praca nad sobą. Nie tracić nic z otaczającej rzeczywistości, no i Hakuna Matata!

Zapachowe upodobania i dyrdymały.

Umysł wypełniony myślami. Kręci mnie w nosie od tysiąca zapachów, które dzisiaj w pracy wypróbowywały panie i panowie na testerach. Począwszy od najtańszych podróbek na bazie spirytusu, aż po kwiatowe, letnio-wiosenne zapachy (ADIDAS Floral Dream - I love it!). Głowa mi pęka po 8 godzinach siedzenia w pomieszczeniu bez okien, gdzie powietrze się po prostu dusi, kisi, esencje zapachowe łączą się w swego rodzaju specyficzny odór, a niektórzy klienci zadziwiają mnie do tego stopnia, że zapominam języka w gębie. Otóż, pewna Starsza Pani wraz ze swym Mężczyzną, zawitała w progi "mego" boksu z zapytaniem, czy posiadam w sklepowych zbiorach butelczynę CUBY (bardzo męski, ciężki zapach). Rozkładając na ladzie wszelkie rodzaje wyżej wspomnianego produktu, lawirowałam między biurkiem, a półkami, święcie przekonana, że chodzi o podarunek dla Towarzysza Starszej Pani. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że produkt zawładnął sercem owej Pani do tego stopnia, że porzuciła wszelakie lekkie, specyficzne zapachy kobiece, na rzecz owej Cuby. No cóż, co kto lubi... ;)
Lubię, kiedy w kinie jest promocja i bilety kosztują tylko 13 złotych. Lubię przystojniaków na wielkim ekranie i tych, sprawdzających bilety przed wejściem na salę. Nie lubię, kiedy zęby stukają mi o ściankę kubka, gdy piję herbatę, ani tego, że Pustynia Błędowska nie jest pustynią, a tym bardziej nie cierpię rozdwajających, łamiących się paznokci.

I jeśli JESZCZE RAZ, ktokolwiek zapyta mnie, kiedy znajdę sobie faceta, to nie ręczę za siebie.
Chciałabym jechać do ZOO do Opola, ważyć 50 kg, nie martwić się niczym i przestać robić rzeczy, których potem mogłabym żałować, uśmiechać się bez podwójnego podbródka, przestać porównywać się z innymi i zjeść nocą miskę truskawek podczas oglądania bajek Walta Disneya. Adieu!

Przerwana cisza.

Melduję, że jestem i nie zapomniałam o tym tutaj, miejscu mym własnym, prawowitym. Historii do opisania i myśli kłębiących się pod mą wypłowiałą łepetyną całe mnóstwo. Tylko wystarczy porządnie ubrać w słowa. A zdjęcie to dopiero zapowiedź... ;) Przedobrzyłam z tym niepisaniem. Ogarnę się za kilka dni. Słońca potrzeba mi.

In The Summer Sun Of Greece

Czasem wystarczy lekki powiew wiatru w strasznie upalny dzień, aby przypomnieć sobie miejsca, w których byliśmy... Wczorajszego wieczoru postanowiłam, że wreszcie zabiorę Was do słonecznego Nei Pori, mojej małej Grecji. Koncert świerszczy za oknem przywołał tamte chwile. Przypomniały mi się od razu głośne cykady w Atenach, które zwiastowały bardzo gorący dzień. Co sprawia, że wakacje stają się fantastyczne? Wolność, swoboda, widok śladów stóp na piasku, wszechobecny luz i błogie lenistwo? A może wystarczy... Stellios tańczący makarenę przed naszym "apartamentem", podziwianie pełni Księżyca przy dźwiękach fal, plażowanie od rana do wieczora, wyznawanie miłości Grekom po grecku (Saga po), świeży chleb każdego poranka, krystalicznie czysta woda z Olimpu (u nas podanie kranówy do posiłku w restauracji zapewne by nie przeszło;)), wygłupy na promenadzie i gra w podchody wersja hard? Tak. To tylko nieliczne elementy Grecji, którą dane mi było poznać. Oczywiście, mam nadzieję, że na tym nie poprzestanę i jeszcze kiedyś uda mi się wrócić do tego kraju oliwek, gdzie w czasie sjesty na ulicach nie spotka się żywego ducha, za to nocą... Ach, greckie noce są warte poznania! ;) Atmosfera na targu, Kalimera, Kalispera, port w Pireusie, cudowne uliczki na wyspie Skiathos (razem z A. po prostu się w nich zakochałyśmy :)), radosne wołania "Polakos" na widok naszych ozdobionych twarzy w brody z pianki do golenia, wyprawy do Plata Monas i niewidzialne delfiny podczas rejsu statkiem. Mogłabym wymieniać bez końca... Migawki, momenty.
Nie opisałam tego tak, jak chciałam, jednak mam nadzieję, że chociaż zdjęcia odzwierciedlą w jakiś sposób moje uczucia. Muszę znowu zaprzyjaźnić się z klawiaturą.

Los Banditos i Indianie.

Zdążyłam zjeść obiad i jakoś tak mi się niewyraźnie zrobiło, że M. się zamartwia i tak zaniedbuję TEN świat. Postanowiłam trochę zwolnić i napisać tutaj cokolwiek, bo znając życie, skończy się wrzesień, a blog będzie świecił pustkami. Słoneczną Grecję pozostawiam za sobą, w przytulnej szufladce z dobrymi wspomnieniami. Żeby nie było jakoś tak niemrawo, opowiem Wam szybciutko o jednym z tych miejsc w Polsce, które warto odwiedzić. Chodzi o... Wioskę Indian, Raven Territory (http://www.wioskaindian.pl/). Co mnie tam aż tak urzekło? Ano Indianie, którzy dawali koncert. Grupa "Chirapa", gdzie jeden pan pochodzi z Peru (przesympatyczny uśmiech i te powalające dźwięki dzwonków, które miał przypięte do kostek), a reszta z Kanady (jeden z nich miał cudny głos, ale zrażał tym, że za zdjęcie z nim trzeba było płacić 1 dolara, czyli 5 zł - pieniądze wymieniane u Szeryfa). Traper, który jest profesorem i wypłukał w Meksyku ileśtam gram złota; Szeryf, który zachowywał się jak prawdziwy Szeryf; Syn Szeryfa, który rozlewał ogniste trunki (i czasem żałuję, że nie cierpię alkoholu ;D), przesympatyczna atmosfera i dużo atrakcji, tj. spanie w tipi, płukanie złota, dojenie krowy (sztuczna), itd.

Bukiet ekologiczny

Poezja młodopolska już za mną, teraz czas na dalsze zmagania ze szkolnymi Potworami. Oczywiście była jak to w naszej ławce, Wielka Improwizacja! Straszą tą maturą i straszą. Po co? Już i tak każdy ma rozdwojenie jaźni, bo musi wiedzieć, co chce zdawać, bo musi włożyć mnóstwo pracy w naukę. Bezsensu. Mój portfel od dłuższego czasu świeci pustkami. Ceny tych wszystkich repetytoriów... MNIEJSZA Z TYM. Pochwaliłam się już moim ekologicznym, osiemnastkowym bukietem, który otrzymałam od wujka S. i jego ekipy? Ja byłam nim oczarowana, nie wiem, jak Wy. ;)



Bzdety jesienne.

Za oknem szaro, ponuro. Wszystkiego się odechciewa. Jestem jak duże dziecko, marzy mi się rozkosznie ciepły koc, dobra książka i ogrooomny kubek herbaty. Zamiast tej przecudownej wizji, czeka mnie niemiecki, słówka z angielskiego, walka o granice na historii i ciemność w jądrze. Znaczy się "Jądro ciemności", oczywiście. ;) Nie ma ktoś ochoty na książkę za 10 zł? Zagapiłyśmy się z Olką i kupiłyśmy "Przepaść", którą już mamy w domu. A miałyśmy taką ochotę na coś porywającego... Skończyłam serię Karen Rose i szukam czegoś równie dobrego.
A jutro Glee!!! Nowy odcinek!!! I co, i co, i co? Są powody do radości. ;)

"Senny jestem cały dzień,
chce mi się spać..."
(O'REGGANO Kocham sen)

"Poczytaj mi..."

...kocie... Tak, Daisy jak na prawdziwą arystokratkę przystało chętnie zagłębia się w świat literatury, tudzież czasopism. Zrywam noc, oglądam "Kobietę na krańcu świata III", psuję oczy, wyłączam zmysły, słucham burczenia w moim brzuchu, przeglądam nowe przepisy na blogach, zastanawiam się nad kupnem czegoś z Bielendy i tak sobie myślę. Brakowało mi TAKICH nocy. Cisza, spokój, błogie lenistwo. Myśli sobie krążą gdzieś tam. Swobodne, nienatrętne. Regeneracja sił - part one.



Z archiwum J. Part I

Gdy spodoba mi się jakiś cytat, muszę o czymś pamiętać, stoję na przystanku w pochmurny dzień i nagle ogarnia mnie to dziwne uczucia, które mówi, że jeśli czegoś natychmiast nie zapiszę, będę bardzo, bardzo żałowała, wtedy męczę klawiaturę komórki i skrzętnie zapisuję, co w mej duszy gra. Jednak jak wszystkie tego typu sprzęty, także archiwum mojego telefonu nie wytrzymuje powoli nadmiaru myśli i dosłownie pęka w szwach. Gdzie indziej, jak nie tutaj mogłabym przenieść moje esy, floresy? Bez zbędnego przedłużania, zaczynamy!

A W SŁUCHAWKACH... Indios Bravos "Zabiorę Cię"


1. Książki, książki, książki: Pokusa istnienia, Sprzedane, Ile kosztuje człowiek, Ever. Nieśmiertelni, Pawilon kwiatu brzoskwini, 1Q84, Zazdrość kobieca, Baśń średniowieczna, Siewca wiatru, Magiczny świat bajek, Żar. Oddech Afryki, Chłopiec z latawcem, Krzyk młodych, Japoński wachlarz. Powroty, Tatami kontra krzesła, Podmorska wyspa

2. Cytaty:

"Że przez to mieli zwichrowane dusze i pokrętne serca..."

"Uroda bywa czasem o wiele chłodniejsza od najmroźniejszego dnia w środku zimy. To nie ona rozgrzewa, lecz prawdziwa miłość."

"Tylko idiota nie czuje strachu. Prawdziwa dzielność polega na tym, by przezwyciężyć swą bojaźń."

"Bo żyć z pragnieniem, by wyglądać inaczej, to chyba najstraszniejsza z piekielnych mąk. Jak to musi człowieka wyniszczać!"

"Ten wysunięty podbródek. No może trzeba by mówić o podbródkach, ale i z tego płyną pożytki. Podwójny podbródek świadczy o dobrobycie i zamożności, o tym, co Francuzi nazywają embonpoint - tusza, ciężar. Ludzie kogoś takiego szanują." (Wiosenna ofiara, M. Sandemo) - trzeba się czasem jakoś pocieszyć ;P

"Bardziej się lękam chłodu w twoich oczach,
Niż zimnych kling dwudziestu wrogich mieczy!
Ciepłe spojrzenie starczy mi za pancerz."
(Romeo&Juliet - kocham, kocham, kocham!)

"Gdy kobieta mówi do ciebie - słuchaj tego, co mówią jej oczy." (W. Hugo)

"Na księżycu czarnym wiszę, patrząc w gwiazd gasnących ciszę.
W mroku dumnym i bezgłośnym ze strzaskaną harfą snów płynę." (T. Miciński)

"Patrz, tam na ławce chłopiec z dziewczyną siedzą objęci.
I na nich księżyc rzuca odpryski astralnej rtęci." (J. Brzostowska)

"Wiadoma to w Rumunii rzecz, że po miejscu, na którym wytarza się koń nie wolno chodzić. Kto by zlekceważył wiedzę przekazywaną na ten temat musi liczyć się z przykrymi konsekwencjami. Konie biegają nocami swobodnie po górach, bywa, że dopadane są przez demony, czasem ociera się o nie sama śmierć. Tarzając się rankiem, chcą się oczyścić, lecz kalają w ten sposób ziemię, po której nie wolno w tym miejscu stąpać człowiekowi."

"Coś ci powiem, Dickie. Dobrze to zapamiętaj. Nikt nikogo nie może uwolnić z klatki, nawet lwa. Najważniejsze, żeby nie patrzeć na kraty, a tylko między kratkami. Bo jeżeli będziesz patrzył na kraty, to nigdy niczego nie dokonasz i nigdy nie będziesz szczęśliwy." (Stado, W. Wharton)

"Feel the heartbeat in my mind"

Niesamowite, jak szybko można uzależnić się od jednej piosenki. Słuchana w kółko, aż do znudzenia. A i tak ciągle przyciskam "jeszcze raz". Procesor mi buczy. Coś mu odwaliło... Wymuszam na wszystkich, żeby w tym roku określili konkretnie, co chcieliby dostać. Nie mam ochoty na coroczne wymyślanie, kombinowanie i kupowanie pierdół, z których każdy cieszy się przez chwilę, a potem to leży i się kurzy. Never again. Tegoroczne święta będą jakieś takie... puste? Zwolniło się miejsce przy stole.

Dzisiaj Mikołajki. Mam ochotę na powrót do przeszłości i to radosne oczekiwanie, kiedy wreszcie przyjdzie Pan z Siwą Brodą z Waty. Wtedy wszystko było prostsze.

Przenoszę się z Onetu. Muszę tylko uporać się z ogarnięciem tutejszej przeszłości, nie chciałabym tego ot, tak po prostu, stracić. Pewnie odezwę się, jeśli uda mi się wszystko doprowadzić do ładu. Zmiany wiszą w powietrzu. Ogólne, życiowe. Wszystko jedno jakie. Chciałabym gdzieś pojechać. Nawet na jeden dzień. Daleko. Gdziekolwiek.

Wesołych Mikołajek!

Archiwum '10

"Hej kolęda, kolęda!"

Spać! Tak bardzo chce mi się spać... Mózg mi oszalał przez to siedzenie do późna w nocy i teraz masz babo placek. Ogólnie rzecz biorąc, nie lubię odwiedzin księdza u nas w domu, potocznie zwanych kolędami. Męczy mnie czekanie...
Zasnęłam koło 4 nad ranem, a wstałam o 9, po tym jak Adaś z hukiem wpadł do mojego pokoju, krzycząc: Ksiądz jedzieee! Myślałam, że go uduszę. Tym bardziej, że sama wizyta zapowiedziana była od godziny 10. Później usłyszałam śliczną wiązankę łaciny podwórkowej, która wydobyła się z ust, jakże przemiłego, kochanego, wcale nikogo nie denerwującego Sąsiada z Góry (ależ ja go nie cierpię!!!). Od 10 czekałam po to, żeby proboszcz przyszedł na 15 minut (o godzinie 14:20). No, ale z nim przynajmniej jest wesoło, pogadał o św. Janie Vianney (mam ściągawkę na obrazku, który dostałam, ha!), psach i pile spalinowej i wsio! A jeszcze jak tak rano sprzątaliśmy i w ogóle, miałam zryty humor, to Adaś prasował ciuchy na desce (mamy taką fajną, w zeberkę) i powiedział:
- Tato, ale by było fajnie jakby ksiądz teraz wpadł, a ja prasuję.
(Tata) - Księdzu... byś się wstydził, daj tą kieckę, Adaś ci wyprasuje!
Kocham tych moich Facetów ;)

''Fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego...''

Puszyste znaczy gorsze?

Przeczytałam artykuł o puszystych kobietkach. Pisało tam, że one dobrze czują się w swoim ciele, startują w modelingu i ogólnie jest dobrze. Wspominały o tym, jak patrzą na nie inni ludzie. STEREOTYPOWO. To chyba odpowiednie słowo. Jakby nie było, znam wiele osób, które na widok osoby o obfitszych kształtach, wchodzącej do cukierni, rzucają jakieś głupie hasło. Uwaga, cytuję wprost z artykułu (trochę po swojemu, bo nie mam gazety pod ręką): ,,Gdy osoba szczupła kupuje ciasto, to je zjada. Gdy osoba z nadwagą je ciastko, wszyscy twierdzą, że się obżera.'' Normalne to, w moim przekonaniu nie jest. Myślę, że jeśli zbędne kilogramy nie przeszkadzają komuś w życiu, a wręcz je lubi - co to za problem? Żaden ;) Brzuch można łatwo zamaskować ubraniami, wcale nie workowatymi, porządną fryzurę może mieć każdy, a jeśli ktoś ma swój własny styl i pasuje mu nie-filigranowa figura, podziwiam. Mnie samą przerażała przykładowo ewolucja moich bioder. Patrząc na zdjęcia z podstawówki, nie mogłam się nadziwić, kiedy tak się ''rozrosłam''. A teraz... kobiece kształty potrafię zaakceptować, chociażby z racji tego, że w przyszłości czeka mnie rodzenie dzieci. Czwórka małych Mulatków czeka (na razie tylko w mojej głowie;)).

''Z kopyta kulig rwie...''

Moje pierwsze naleśniki ze szpinakiem!
Im więcej serów, tym farsz smaczniejszy.
Zagłębiam się w lekturę "Tristana i Izoldy''.
Do szczęścia brakuje mi jedynie kubka kakao.
Ciekawe, czy Mutti kupiła? Przydałby się kulig.
Już się nie dam wrobić w jechanie na ostatnich sankach.
Coraz bardziej podobają mi się "mikrofkalówkowe" opcje.

Nie myślę o:
nadchodzących sprawdzianach,
szalonych tygodniach nauki.

Rozmyślam o:
feriach i magii śniegu,
prezentach dla Tempych Szczałek.

Ślę ciepłe pozdrowienia spod zimowych czap śniegu...

A po moim suficie krąży...

...pajączek!...
Stworzył sobie pajęczynę i siedzi. Gdy patrzę na niego z perspektywy łóżka,wygląda zdecydowanie nie na miejscu. Kłóci się z bielą sufitu. Jednak jemu tonie przeszkadza. Musiał się nieźle napracować, żeby stworzyć dzieło (być może),swojego życia?

I mam swoisty dylemat – zgodnie z pouczeniami mamy, powinnam użyć ,,kurzołapa’’ i rozprawić się z egzotycznym elementem twórczości szalonego stworka, ale...

dlaczego by nie, wbrew wszelkim nakazom, pozwolić pająkowi na dalsze szusowanie po moim suficie?

Nigdy nie potrafiłabym żyć w mieście.

Pytanie na śniadanie.

Wypadałoby coś w końcu napisać, bo historia o pająku jest z lekka przeterminowana. No więc... siedzę w domu, przepisuję zeszyty, kątem oka śledzę powtórkowy odcinek ''Przyjaciół'' i nie wiem, co konkretnie napisać. Więc to będzie post, jakich wiele na tym blogu - o niczym. Zbieram się do napisania jakiegoś artykuły do ''Desideraty''... Nie mam kompletnie pojęcia o czym, on będzie. Są w życiu każdego człowieka takie dni, kiedy jest wewnętrznie 'rozpieprzony'. Ot, tak po prostu.
Atmosfera w domu już trochę lepsza, niż w przeciągu ostatnich dni, tyle dobrze.
Powiedzcie mi, czy to tak trudno czasem wyznać, co nam leży na sercu?
Lepiej odgrodzić się murem i być obojętnym na innych?
Czego ludziom w dzisiejszej rzeczywistości brakuje?

Smaczne wyzwanie.

Ostatnimi czasy zdarza mi się kombinować ze smakami. Szpinakowe naleśniki, o których było tu głośno z racji mojej dumy z ich przygotowanie, zrobiły pyszną furorę (tylko Tata i Adaś kręcili nosami, bo: 1. Tacie przypomniało się dzieciństwo i znienawidzony szpinak przedszkolny, 2. Adaś pomylił szpinak ze szczawiem i kategorycznie odmówił spróbowania. :)). Teraz, krążąc na forach wegetarian, natrafiam na naprawdę wspaniałe strony - przykładowo z POLSOI. Spodobała mi się, przede wszystkim dlatego, że wszystko jest takie czytelne, nie trzeba powiększać obrazu, żeby doczytać (w moim przypadku), co tam pisze małym druczkiem. Przeczytałam wszystkie artykuły dotyczące tofu i mam ochotę sama coś stworzyć. Jadłam u cioci Basi sałatkę, ale sam smak tego "serka", gdzieś się tam zgubił wśród innych pyszności. Bardzo lubię omlety. Swego czasu potrafiłam jeść je ze wszystkim w środku, ale najsmaczniejsze były z pieczarkami i serem. Z omletem jest jak z... naleśnikiem! :) Nawet jak się nie uda, to mi smakuje. No, ale wracając do tofu, bo znów zaleję Was słowotokiem, jak tylko udam się do Tesco, bądź Carefure'a (ustalone z Vatim :)), to mam zamiar wypróbować kilka przepisów, przede wszystkim na Omlet z tofu i Kotleciki z brokułów i tofu. Mniam! Brokuły :) A propos, muszę zajrzeć na moje lodoweogrody.pl. Gdybym w rzeczywistości miała taki ogród, jak tam... to byłby raj! Istny eden, Kochani! ;)

Utopia.

Jak wyglądałaby moja własna utopia? Widzę ją, jako świat bez kłamstw, szantaży, chorób. Bez cierpienia. Ludzie codziennie zadają komuś ból, zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Nie było jeszcze książki, która opowiadałaby o gwałcie, morderstwie, chorobie... Takiej, która w żaden sposób by mnie nie poruszyła. Przeraża mnie czyjeś skaleczenie, idąc obok żebraczki, nie wiem, czy przystanąć i dać jej chociaż te marne 2 złote, czy przejść obojętnie, bo a nuż będzie chciała więcej, albo zamiast na jedzenie, wyda na pierdołę?
Teraz, w obliczu tego wszystkiego, przed czym dane mi jest stanąć... Dopiero teraz dochodzi do mnie, jak ważne jest zdanie, które mama Karoliny mówiła jej przed każdym sprawdzianem: ''Ważne żebyśmy zdrowi byli''. Wierzę, że walka z jakąkolwiek chorobą, przede wszystkim walka jest ważna. Tak naprawdę to zależy od nas, czy olejemy sprawę, czy będziemy walczyć, podnosić się i upadać. Właśnie te wzloty i upadki kształtują człowieka. Tak cholernie boję się śmierci. Nienawidzę pogrzebów, ja nawet nie chcę myśleć, że kiedyś, za iks czasu, ktoś może umrzeć. Nie dochodzi do mnie to, że życie każdego z nas musi się skończyć. Nie... po prostu nie i koniec.

Ciężko. Gra pozorów jest dzisiaj ważna. Uśmiechać się i wierzyć. Po prostu wierzyć, że będzie dobrze. I nie pocieszać. Wszystko okaże się jutro. I naprawdę wiem, czuję, że jeszcze nie czas. Nie teraz.

Znowu uciekam, albo przynajmniej staram się uciec. Przed tym ogromem spraw, problemów, kłótni, smutnych twarzy, przed słowami, które ranią. Moim lekarstwem, moją utopią na całe to badziewie są nadal baśnie. Nie umiem się wygadać, bo na samą myśl chce mi się wyć. No i wyję. Po nocach, w poduszkę. To moja własna terapia. Dlatego nie lubię nocy. Nie śpię, najdłużej jak się da, a kończąc ostatnią stronę czytanej książki, modlę się o siłę i o to, żeby szybko zasnąć. Zamknąć oczy i już.

''Nie myślę teraz o tym co jest chore, pokrętne
Nieźle pierd*** życie codzienne
Co jutro, to jutro jest mi teraz obojętne
No, bo ja wiem gdzieś tam w środku, że wszystko będzie dobrze.''

Promyk słońca.

Czasami trzeba zaufać własnej nadziei i po prostu nie myśleć, o całym galimatiasie. Nie jest fantastycznie, ale na pewno troszeczkę lepiej. Przez moje burzowe chmury, przedziera się (z trudem, ale jednak) światełko. Lubię takie chwile. Wtedy moje myśli mogą krążyć w pobliżu bliskiej teraźniejszości, a nie zamartwiać się tym, co zwie się skokiem w przyszłość.

Dziewczynki miały wczoraj urodziny. Jak to stwierdziła Susana z klasy bliźniaczek: ''Po 17-stce, to już czas na zmarszczki!''. Gabryś powiedział, że tę datę zapamięta do końca życia. Czemu? Zdał prawo jazdy! Hip - hip? HURRA!

Wprawiam się w ćwiczeniu A-mol i E-dur. Swoją drogą, czyż gitara nie jest instrumentem z duszą? Już nawet chce mi się wstawać w czwartki rano, żeby ćwiczyć w szkole, a raczej, żeby mnie Karola uczyła. I pytanie na śniadanie:
Czy można mieć głupawkę na sprawdzianie z polskiego, słysząc 'besis' zamiast 'desis'?

''Fiu bździu'' z funkcjami na czele.

Zastanawia mnie sprawiedliwość świata. Niby są stworzone sądy, aby właśnie pilnować słuszności danych spraw. Jednak, czy zawsze człowiek winny musi takim być? A co, jeśli sędzia wsadzi za kratki osobę niewinną? Paradoksem jest (przynajmniej dla mnie), wypuszczenie gwałciciela na wolność. Spróbował raz, zrobi to i drugi - tyle, że rozważniej. Dla mnie podstawową czynnością na słowo gwałt jest kastracja. Krótka piłka. Nie ma takiej rzeczy, którą można wybaczyć - w sensie: poniżenia, morderstwa, etc. Niby wiara nakazuje nam darować winy. Ja do tego chyba nigdy nie dojrzeję.
Sprawiedliwości nie ma, przynajmniej w XXI wieku. Chudy chce być gruby, osoba z nadwagą chce mieścić się w rozmiarze XS, biedny pragnie mieć pieniądze, sierota obojga rodziców... Co trzeba zrobić, żeby zadowolić człowieka, nie krzywdząc przy tym swego bliźniego? Czy 30zł podwyżki za nadgodziny, miesiące harówki są słuszną kwotą? W mniemaniu szefowej Mamy tak, w moim nie. Pół godziny przed czasem, godzinę po zakończeniu pracy, świątek - piątek... I z uśmiechem na ustach potrafi opierdzielić tak, że się żyć odechciewa. Jedna wielka masakra.

Wczoraj wpadł do nas niespodziewany gość. Wujek Sławek był w trasie, wiózł rozwalony autobus do ''bazy'' i powiedział, że grzechem byłoby do nas nie wstąpić, będąc w okolicy. Też tak myślę. Gdy przyjeżdża wujek, wszędzie go pełno! I to jest właśnie takie miłe, bo z reguły w tygodniu u nas jest spokojnie. Jakby nie było, każdy zamknięty w pokoju, zagoniony nauką, sprzątaniem... A tu taki wulkan energii przybył i wesoło. Niespodziewani goście mają w sobie to, że lubię ich wizyty i trochę denerwuję się tym, że nie ma czym poczęstować. Wiadomo - herbata na miejscu zawsze jest. Gorzej ze słodkościami... Nie da się, po prostu się nie da do mieszkania pożeraczy słodyczy przemycić czegoś tak, by leżało w półce więcej niż dwa dni. Także, jeśli macie zamiar wpadać, uprzedźcie 30 minut przed czasem, żebym się łyso nie czuła! :)

Funkcje... moja matematyczna zmora! Miesza mi się to okropnie. Miejsce zerowe, dziedzina, zbiór wartości. Galimatias! Powiedzcie mi, Drogie Dziewczęta Po Maturze - czy przydaje Wam się w życiu codziennym pojęcie funkcji?!
Nie ma to, jak być zdolną niewiastą i... 3 z kartkówki poprawić na kapę. ''Pluję sobie w twarz!'' ;) Ciężko jakoś tak się rozbujać w tym drugim semestrze... Kuba mówił, że jakbym poszła na kucharza, to nie musiałabym gotować mięsa. Nie ma to, jak pocieszenie! ;) Dzisiaj Karola ma urodzinki. Peryfrazując (ha! human się kłania ;)) słowa jednej z piosenek: ''Ja z każdej strony otoczony...'' [Staaarymi Dupami] ;*

Już u siebie.

Tak szybko nastąpił koniec pobytu u wujka, że nie umiem się jeszcze przystosować do brynkowskiego czasu! Było świetnie, z wszystkimi aspektami. Od jedzenia, po spanie i zakończenie pierwszego tygodnia ferii bez dotychczasowej zielonej nocy. Aktualnie, przypominają mi się tylko poszczególne hasła, które odnalazły odpowiednie szufladki w szafie ze wspomnieniami w moim umyśle. Kuligi, ach żebyście wiedzieli jak to wspaniale, mknąć na sankach (na zakrętach szczególnie!), widok Marcina i odgrywanie przez niego płaczki, frytki Wujka Sławka, opowieści o mikrofalówkach... Mnóstwo tego!
Bagaże jeszcze nierozpakowane, myśli się kotłują... Jeszcze kilka minut do ''Bestii'', więc kończę. Jak tylko porządnie odetchnę domowym powietrzem, rozpakuję plecaki, zgram zdjęcia i poukładam sobie wszystkie śnieżne chwile - wtedy się odezwę.

Wiruje cały świat.

Wiem, że co roku na moim blogu pojawiają się te same słowa w innym ułożeniu, inaczej sformułowane. Tradycja nakazuje, abym podzieliła się radosną nowiną. Budząc się rano, usłyszałam cudowny odgłos... Tak, to ptaki witają zbliżającą się wielkimi krokami wiosnę!
Miałam pisać o feriach, o miłych spotkaniach ze znajomymi i tym, że wczoraj pomimo ogromnych chęci, z żalem nie mogłam udać się do Kserówek... Jednak, coś mnie powstrzymuje. Nawet nie wiecie, jaką wielką radość człowiekowi może dać ciepło pochodzące z pierwszych promyków słońca. (Wiem, że nie są to pierwsze z pierwszych, ale wiecie o co mi chodzi? ;)). Koniec z ubieraniem się na cebulkę, z noszeniem wełnianych skarpet od prababci Marysi (pomimo, że są naprawdę wspaniałe i cieplutkie, zaczynam tracić chęci do ich noszenia, gdy za oknem przyroda rozkwita!).

Na fotoblogu umieściłam zdjęcie. Chyba znowu mam ochotę fotografować wszystko wokół mnie, rzeczy ładne i brzydkie, ważne i mniej ważne... Zachwyca mnie to, że: ''uśmiechy przechodniów bardziej szczere''. To chyba z powodu pogody. Powtarzam się? Pewnie tak, ale co tam! Cieszcie się wraz ze mną! :)

Uroda cieszy tylko oczy, dobroć jest wartością trwałą.

Moje drogie, tak na początek chciałabym kategorycznie odmówić tego, że zima powróci. Jak mnie Anonimowa "zestrofowała", to od razu zachciało mi się zieleni pośród tej waszej smutnej bieli, którą chcecie przywołać! Zimy nie będzie! Przynajmniej w mojej duszy, w której miejsce zajęły pachnące soczystą trawą kolory. Na dzień dzisiejszy marzy mi się właśnie zapach świeżo skoszonego trawnika. I aromat mokrej ziemi, która przypomni mi, że za parę dni świat przybierze śliczne barwy, a ja będę mogła spacerować pośród łąk, lasów, pagórków i flory parkowej. Tak właśnie będzie i już! :)

Jak przystało na nocną porę, do mojej głowy wkradły się nieproszone myśli. A z racji tego, że jeszcze jutro dane mi jest rzekome wylegiwanie się w łóżku z powodów zdrowotnych, stukam tych słów kilka... Przeczytałam kolejny tom Sagi o Ludziach Lodu i czuję się bądź co bądź zirytowana słowami Villemo, jednej z bohaterek na temat urody. Mianowicie, dziewczyna ta twierdzi, że szlachetnie urodzeni przewyższają wdziękami tych zwykłych, przeciętnych. I w tym momencie, tworzy się we mnie coś na wyraz buntu. No, bo jakim prawem ktoś stojący ponad innymi ze względu na pochodzenie może mówić takie brednie? Przyrównując nasze czasy do tych średniowiecznych, usytuowałabym się gdzieś pośrodku chłopstwa. Wiem, że jestem nijaka. Patrząc w lustro, mam to potwierdzenie, ale czy to czyni mnie mniej wyjątkową od biuściastej blondyny, która mieszka w innym bloku? Czy Pan Bóg nie stworzył każdego z nas do konkretnych celów? Gdybym czuła się stracona, spoglądając raz za razem na dziewczyny ładne, piękne i cudowne, chybabym zbzikowała! W czym one są lepsze ode mnie? Od kogokolwiek? Zresztą uroda jest pojęciem względnym. Jednym do gustu przypadnie ruda, innym brunetka. Tak samo, trochę chce mi się śmiać, gdy spośród dziesięciu dziewczyn tylko jedna marzy o innym ideale, niż ten wysoki, uśmiechnięty, troskliwy brunet, który kochałby dzieci i byłby bez wad. Wyobrażacie sobie to, gdy idąc do przyjaciółki ze swym wyśnionym Księciem, patrzysz na twój wzorzec cnót, który stoi u jej boku? Komedia! Z rozgardiaszem w mózgu (jak co dzień przed snem), żegnam Was z nieobecnym uśmiechem na ustach...

Limeryk.

Na polskim oglądaliśmy film dokumentalny o Wisławie Szymborskiej. Lubię jej poezję, jednak dopiero po obejrzeniu tego krótkiego fragmentu, zdałam sobie sprawę, że z niej jest ''równa babka''. Już teraz wiem, że pewnie przez kilka dni, jak tylko dopadnę półki z książkami w bibliotece, będę pod działaniem jej twórczości. Z reguły to tak mam, jeśli coś mi się spodoba, to czytam do oporów, znudzenia. Recytowałam jej wiersz na konkursie i udało mi się zdobyć wyróżnienie, więc tę Panią wspominam miło.
Jak na razie (nadal!) męczę się z ''Mistrzem i Małgorzatą'' i powoli załamuję się faktem, że nic z tego nie rozumiem. Jedyne co zapamiętałam w miarę dobrze, to moment, w którym Woland pokazuje Margocie swój globus, dzięki któremu wie, co dzieje się na świecie, w każdym miejscu, jakie tylko zapragnie ujrzeć.
Chciałabym kiedyś spróbować napisać limeryk. Tak w kwestii przybliżenia, to wierszyk, który niby powinien zawierać treści o zabarwieniu erotycznym (chociaż niekoniecznie, znane są limeryki chociażby stworzone przez Musierowicz w książce... bodajże ''Brulion Bebe B.''), jednak mnie bardziej interesuje to, że ma się w nim znajdować anegdota. Jego budowa nie jest jakoś super skomplikowana, ale ja zwykle mam problemy z rymami... Zobaczymy, może w chwili natchnienia wpadnę na jakiś szalony pomysł? Podobno Czesław Miłosz pisywał limeryki, ale się do tego nie przyznawał. Jak dla mnie, to żaden wstyd, ale w końcu nie jestem asem w tym temacie.

Na koniec, żeby było jeszcze ładnie... Ten wiersz na pewno znacie, przynajmniej mam taką nadzieję, bo jest śliczny, jakkolwiek to brzmi! :)
Żaden dzień się nie powtórzy,
Nie ma dwóch podobnych nocy,
Dwóch tych samych pocałunków,
Dwóch jednakich spojrzeń w oczy.
- W. Szymborska ,,Nic dwa razy''

W przyszłym tygodniu Dziadek ma operację. Całym sercem pragnę, żeby wszystko się udało. Póki co, będzie w szpitalu w Sosnowcu, dobrze, że nie mamy jakoś super daleko. No nic, włączam na maksa pozytywne myślenie i czekam. Na szczęśliwe zakończenie, na wiosnę, aż skończę lekturę, na rekolekcje i Święta. Od kilku lat skreślam każdy miniony dzień w kalendarzu. Kilka osób pytało mnie dlaczego? A ja... nie wiem! Naprawdę, nie mam pojęcia, po co to robię. Żeby wiedzieć, ile dni już za mną, a ile przede mną? Żeby lepiej orientować się w datach? Żeby nie zapomnieć o uroczystościach? Żeby... co? Czasami na takie pozornie nic nieznaczące pytania, trudniej odpowiedzieć niż na te skomplikowane...

Mieć swój własny wehikuł czasu...

... i zacząć życie od nowa, uniknąć błędów przeszłości.
Tych drobnych i wielkich, tych nieistotnych i ''masakrycznie'' ważnych.

Mam ogromną ochotę kupić sobie maszynę do pisania. W głowie siedzi mi tyle niewypowiedzianych słów, że maszyna byłaby idealna. Tracę chęci do pisania w pamiętniku. Czasem, sporadycznie tam zaglądam, ale to już nie to samo...

Migawki z życia.

Dzisiejsze popołudnie - miałam jechać do dziadków, ale zostałam w domu z Adasiem, zamiast nas pojechali Gabryś z Olą. Skończyłam czytać ,,Wiatr od wschodu''. Pożegnalne uściski, całusy, ''nie zapomnijcie pozdrowić wszystkich'' - takie zwyczajne, a jednak bez tego nie da się obejść. Siedzę, znowu w głowie mam pełno myśli. Koniec z tym, trzeba odetchnąć świeżym powietrzem. ''Adaś, idziemy pograć!''. Poszukiwania spodni zwieńczone nikłym sukcesem, jeszcze tylko kurtka, buty i mogę zachwycać się ciepłym deszczykiem na twarzy. Idziemy do szopki, gdzie ta piłka? Jest! Na reszcie. Gramy. Z racji tego, że to piłka do nogi, moje paznokcie pomalowane na cześć wiosny słabo przyjmują owe starcie. Jeszcze chwila, próbuję przekonać Adasia, że powtarzając za mną czasowniki modalne, szybciej je przyswoi. Rezygnujemy z gry i nauki, trawa dopiero co po deszczu, więc zaliczam glebę. Śmiechu przy tym, co nie miara. Ach, jak to cudownie móc się śmiać z tak błahych rzeczy. ''A może pójdziemy nad rzeczkę?'' Propozycja spotkała się z aprobatą, udaje mi się nie wpaść do wody, adidasy wytrzymują zetknięcie z śliską powierzchnią brzozy przerzuconej na szerokość rzeczki, aby dało się przejść na drugi brzeg. Przez głowę przelatują mi wspomnienia - Pati, która wpadła do wody, na szczęście nic jej się nie stało, oprócz tego, że cała była w szlamie; kolejny obraz, kolejne wspomnienie, tym razem Olka próbująca mnie namówić na odgrywanie ''Szczęk 4'', nadal w uszach brzmią mi jej realistyczne wrzaski ''On zaraz oderwie mi nogę, ratuj!''. I ja, mała kluska przybywająca z odsieczą. Idziemy dalej, muszę uważać, jelenie chyba sądzą, że cały las może posłużyć im za toaletę... ''Co tam jest, takie białe?'' Nie mogę pochwalić się sokolim wzrokiem. ''Lizawka dla saren.'' Co dalej? Błoto, dużo błota. Myślę sobie, że na pewno uda mi się bez obaw przejść. A jednak... Nieuważny krok i ''cmok'' wydawany przez błoto, kiedy wyciągam but. ''Musisz bardziej uważać.'' Wiem o tym doskonale, a jednak ten adidas utytłany lepką mazią sprawia, że jest mi raźniej. Co z tego, że brudny? W domu się wyczyści! Ambona. Drabina odrobinę chwieje się pode mną, ale nie zrażam się, aż taka ciężka nie jestem! Musi wytrzymać. Chwila odpoczynku. Mój wzrok wędruje po napisach we wnętrzu tego budyneczku na ''długich nogach''. Rzucają mi się w oczy przede wszystkim imiona. Grubym markerem napisane ''Justi :)''. Magda i Julka także nie zdążyły się zmyć. Reszta podpisów zdążyła wyblaknąć. Uśmiecham się do siebie. Ile to już? Dwa, trzy lata? Muszę przyprowadzić tu bliźniaczki, jeszcze one nie zdążyły zdewastować ambony swoimi imionami. Schodzimy na dół. ''Idziemy wzdłuż babrzyska*?'' Początkowo nie chcę, ale skoro moje buty noszą ślady wcześniejszych przygód, to... dlaczego nie? ''Cmok, cmok'' błoto z radością chwyta nasze stopy w swoje macki. Ile tu śmieci, aż przykro patrzeć! To robotnicy zostawili ten cały bajzel. Adaś próbuje robić żabki płaskimi kamieniami, jednak mistrzem w tym fachu pozostanie Gabryś. Strasznie żałuję, że nie mam kaloszy, mogłabym przejść środkiem olbrzymiej kałuży! Tęsknię za dzieciństwem. Mijamy miejsce, w którym kiedyś z Olą postanowiłyśmy zaczaić się na bociana. ''No, chodź to tylko kawałek, on jest niegroźny, w razie czego mam kij.'' Brodząc po kostki w wodzie, czekałyśmy na ptaszysko. Charakterystyczne ''kle, kle'' i polowanie na żaby, uświadomiły nam, że znajdujemy się niebezpiecznie blisko bociana. Wtedy on postanowił poderwać się do lotu, na co Ola, myśląc, że chce nas zaatakować, machnęła kijem. Oj, spieprzałyśmy stamtąd, gdzie pieprz rośnie. Zachlapane wodą, dotarłyśmy wtedy do domu i nikt nie chciał uwierzyć, że zaatakował nas bocian... Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak szybko potrafiłam wtedy biec! Wracam do rzeczywistości. Jaka przyroda potrafi być piękna. Cholernie ubolewam nad tym, że nie zabrałam aparatu. Zawsze wtedy, kiedy jest potrzebny, nie ma go pod ręką, a niech to! ''Idziemy środkiem?'' ''Możemy, ale tylko kawałeczek.'' Błota coraz więcej, wody także. Adaś próbuje przeskoczyć grząskie miejsce i nagle... znajduje się na brzegu, ale bez butów! Trzęsąc się ze śmiechu, staram się zachować powagę i ratować Towarzysza Przygód, który mówi, że mam się pośpieszyć, bo mu stopy marzną. Uspokajam się. Nie chcąc podzielić losów Adasia, idę środkiem ''babrzyska'' dalej, czekając na to, co ma być. W końcu jakieś mniej błotniste miejsce, udaje mi się wydostać na brzeg. Szczęśliwi wychodzimy na ścieżkę. Adaś wspomina coś o bąbelkach i rybach, chodzi o to, że szukają pożywienia i wtedy na powierzchni wody pojawiają się bąbelki. Ja wspominam o żabach. Sama nie wiem, czemu. Stoimy przed dylematem - wracać, czy iść naokoło lasu? Droga ta sama, więc wybieramy opcję numer 2. Po drodze gadamy o wszystkim i o niczym, jest fajnie ciepło, widzimy 3, nie jednak 4 sarny, słuchamy ptaków. Gdzieś w oddali, jakby poza światem słychać, jak na sygnale jedzie karetka pogotowia. Ważą się losy czyjegoś życia. W głębi duszy, życzę sanitariuszom, aby udało im się uratować daną osobę. Kolejne skrzyżowanie. Stoimy na jego środku i zawzięcie dyskutujemy o tym, którą drogę wybralibyśmy, gdyby zdarzyło nam się zgubić w lesie. Ja od razu odrzucam tę najciemniejszą, najdłuższą. Pozostają jeszcze cztery. ''Poszłabym tam, gdzie widać pole, zobacz, jak słońce ładnie tam wygląda.'' ''Nie, lepsza jest ta ścieżka najkrótsza, w oddali widać szosę.''. Przeskakujemy przez malutką rzeczułkę, gadamy o bunkrze na polu. Adaś próbuje przekonać mnie, żebyśmy jeszcze posiedzieli chwilę na dworze, w domu i tak jest nudno. Tym razem jestem asertywna, wiem, że rodzice zostawili na naszej głowie dokładanie do kominka, (''Panie, spraw, żeby tam jeszcze nie wygasło!''), trzeba ogarnąć trochę mieszkanie i wyczyścić nasze buty. Wracam do domu, czuję się spokojniejsza, mam więcej sił i ochoty do działania. I więcej kolców z ''dziadów''. Z roztargnieniem myślę o tym, że czas wrócić do rzeczywistości, zaszufladkować dzisiejszą przygodę pod hasłem: ''Wspomnienia'' i czekać, kiedy obrazy, uczucia, dźwięki i zapachy powrócą do mnie ze zdwojoną siłą.

Dzięki takim popołudniom, czuję, że żyję.

''Mijam same uśmiechnięte twarze.''

Powiedziałam Adasiowi, że zjadłam wczoraj parówkę. Najpierw zrobił duże oczy, później trzy razy kazał mi powtórzyć. Na widok tej jego rozbrajającej miny, z radością mogłam powiedzieć ,,Prima Aprilis!’’.

Okropnie mnie korci, żeby namówić Tatę na zrobienie miejsca na ogródek. W wyobraźni widzę siebie z kopaczką w jednej dłoni i zieloną, albo nie! Różową (są takie?) konewką w drugiej… Skoro żaden argument przyprowadzenia do naszego mieszkania nowego domownika (psa/kota), do moich rodziców nie trafia, to może chociaż na organizmy roślinne się zgodzą? Swoją drogą, ogromnie się zbulwersowałam tym, że na hasło: ,,Mamusiu, a nie moglibyśmy mieć…’’, od razu z ust moich rodzicieli padło zgodne: ,,Nie!’’. I weź tutaj z takimi rozmawiaj! Cieszę się, że Gabryś bierze pod swoje opiekuńcze skrzydła malutkiego Tagesa (zwanego również Tegesem), będę miała o jeden powód więcej do radości! Uśmiecham się więcej niż kilka razy dziennie; dobra pogoda działa na mnie, jak życiodajna woda. I znów w głowie ,,śpiewa’’ mi Jamal. Magiczny ma on głos!;)

Pomieszanie z poplątaniem.

Wypadałoby złożyć życzenia, jakieś niewyszukane, ale również ładnie brzmiące... Chciałabym zabłysnąć czymś pasjonującym, inspirującym, ale czuję się konkretnie ''wypluta''. Przyjmijcie więc skromne słowa, przepływające z mojego serca do palców, a przez klawiaturę do komputera, a stamtąd do mojego własnego miejsca w sieci (czy ja czasem nie dubluję Anonimowej?), czyli po prostu tutaj. Czuję, że zaczynam nieludzko bełkotać.

Wesołych, spokojnych, rodzinnych Świąt,
smacznego jajka, marchewki* i innych potraw,
kolorowego, poświęconego koszyczka,
kicającego Baranka i beczącego Zajączka,
słonecznych, długich, barwnych spacerów,
mniej siedzenia przed telewizorem,
rozmów z bliskimi do białego rana,
i kurczę nie wiem... Może po prostu:
Świąt przeżytych tak, jak sobie wymarzycie.

Dziękuję, że tyle ze mną wytrzymaliście :):*

Z dzisiejszych fanaberii: Olka wchodzi do pokoju, w tle słyszę telewizor i słynne ,,In the street everybody'' (nasza własna wersja ,,Na Wspólnej''). I nagle z ust mojej siostry wydobyło się: ''Dzień dobry, Jerzy!'' (jedna z serialowych postaci, która akurat pojawiła się na ekranie w dość już wypłowiałych kolorach, w końcu nasze ''pudło'' ma już trochę lat). Nie wiem skąd jej się to wzięło, ale było wesoło, to mogę potwierdzić! :)

*ponieważ moja Rodzina, co roku pcha do koszyczka zwłoki martwych zwierząt (czyt. kiełbasa), postanowiłam, że od przyszłych świąt Wielkanocy w moim osobistym koszyku zawita Pani Marchewka. Przepraszam bardzo, ale Zając żywi się tym cudem flory, czyż nie? Uważam, że mam do tego absolutne prawo. :)

Panikaaaaa!

Próbuję się doszukać jakiegoś racjonalizmu w Lanym Poniedziałku. Wyobrażam sobie, że to było tak... Pewien miły Pan postanowił pomóc swojej żonie w porządkach domowych. Wrócił z ciężkiej pracy na polu, ale zadowolony, że odciąży chociaż trochę swojej ukochanej. W tym celu zmiótł wszystkie śmieci z podłogi ich wspólnej, przytulnej izdebki. Zabrał z łazienki balię, napełnij ją wodą po sam brzeg. Dla niego noszenie ciężkiej miski, nie stanowiło problemu - dzięki pracy na polu wyrobił sobie mięśnie. I gdy tak był zajęty myciem podłogi, do domu wpadła niczego nieświadoma żona. Pan Gospodarz tak się tym nagłym wejściem zestresował, że oblał swoją małżonkę od stóp do głów zawartością balii. Całe zdarzenie podpatrzył ich malutki syn, czym prędzej pobiegł do swojej sąsiadki, bo skoro Tacie wolno wylać na Mamę wodę, to dlaczego on nie może tego samego uczynić. I tak o to, rozniosła się wieść, że w poniedziałek powinno się oblewać wszystko, co się rusza! ;)

Wiem, cienkie to było, ale co mi tam... Zostałam wygryziona z miejsca w aucie i zamiast jechać na 10:30, pojadę na 18:00 do Kościoła. I po cóż wstałam tak wcześnie? Babcia zasiała panikę (taką prawdziwą, z krzykami, z bieganiem w kółko) i pojechali. Jak na razie tylko Gabryś nas kulturalnie oblał (ciepłą wodą!). Z niecierpliwością czekam na przyjazd Kamisia, dostał od Zajączka sikawkę. Mama mówi, że już jadąąą! :P Cóż za wyczucie chwili! Miłego dnia życzę! A w lesie odkryłam kolejne cudowne miejsce... O tym potem.

''Przez to mieli zwichrowane dusze i pokrętne serca''

Słucham od pewnego czasu ''Use somebody'' w wykonaniu Cezika. Nie wiem, co w tej piosence jest takiego, że przypadła mi aż tak do gustu. Mniejsza o to. Nurtuje mnie takie jedno pytanie: Czemu, gdy ledwo odbijesz się od dna, od niespełnionych celów, planów, marzeń, dostajesz takiego kopa w dupę, że ci się odechciewa? Mam dość tego cholernego załamywania się wszelkimi niepowodzeniami! Głowa mi pęka od tych wszystkich pokrętnych myśli. Moja własna utopia nie istnieje. Albo inaczej, przestała istnieć. Gubię się w labiryncie uczuć, emocji. Nie potrafię odnaleźć swojego miejsca na świecie. Móc zniknąć na chwilkę, nie myśleć, nie martwić się, nie musieć płakać z bezsilnej złości. Jedno z moich nieosiągalnych marzeń. Boję się przyszłości. I tej operacji dziadka. Myślenie doprowadza mnie do obłędu. Znowu mam przemożną ochotę uciec od rzeczywistości. Ryczę, jak bóbr czytając ''Oskara i Panią Różę''. I muszę robić dobrą minę do złej gry. Nie mogę obciążać rodziców kolejnymi sprawami. Psychicznie wysiadam. Wiem, że za kilka dni mi przejdzie, ale co z tego, skoro tchórzliwie spoglądam na telefon w nadziei, że to wszystko jest tylko złym snem. Ostatnio moje życie jest pokręcone. Miałam naładować akumulatory pozytywną energią, a tymczasem oczyszczam duszę z wszelkich toksyn tkwiących na jej dnie. I w takich chwilach żałuję, że nie mam Osobnika, który mógłby zabrać mnie, właśnie tam, gdzie jutra słodki smak...

Czy tego właśnie chcę?

''Wieczny odpoczynek racz zmarłym dać Panie,
a światłość wiekuista niechaj im świeci,
niech odpoczywają w pokoju wiecznym. Amen''

(Pamięci tych, którzy zginęli 10.04.2010 roku)

Co przyjdzie ludziom z tego, że rozsiewają plotki?
Jakie refleksje nasunęłyby mi się w obliczu śmierci?

Nie podoba mi się pomysł wydawania specjalnego numeru gazetki szkolnej. Odrzuca mnie na myśl, że musiałabym pisać o śmierci, o nieuchronnie płynącym czasie. Nie, nie chcę i już! Tworząc nowy tekst, mam kilka stałych elementów, bez których obejść się nie może. Otwieram okno. Chwilę myślę o tym, jak ubrać własne myśli w zdania. Do szklanki nalewam trochę chłodnej wody, ot tak - dla orzeźwienia umysłu i duszy. Wyrywam kartkę z zeszytu. Ostrzę ołówek (''oszczałką''), ważne zdania zapisuję czerwonym długopisem na żółtych karteczkach od Kołka (dziękuję!). Puszczam rutynowo płytę, słowa piosenek beztrosko płyną z głośników mojej osobistej wieży. Znajduje się tam lista przeżytków, kawałków, które kiedyś mnie zainspirowały. Czasami zdarza mi się zapalić świeczkę. Od jej nikłego płomyczka bije ciepło, które sprawia, że zaczynam intensywniej myśleć, a przez moją głowę przewijają się obrazy. Biorę do ręki ołówek (przypomina mi się, że muszę pomalować paznokcie odżywką) i zaczynam kreślić słowa.

Zaczęłam o plotkach. Po tragicznym wypadku w Smoleńsku, po sieci zaczęły krążyć rzekome przepowiednie, które objawiły się Nostradamusowi. Po bliższym zapoznaniu się z treścią i problemem, zaczęłam szukać, aby dowiedzieć się, jak to naprawdę było. Okazało się, że ktoś po raz kolejny chciał zrobić ludzi w ''bambuko'' i bawiąc się słowami, stworzył wierszyk brzmiący dość poważnie, powiedziałabym nawet, że czuć w tym nostalgię przeszłości. Powiem krótko: nie potrafię zrozumieć, z jakiej choinki niektórzy się urwali. To całe sianie paniki, mówienie o końcu świata, przepowiednie, straszenie, że będzie tak, a nie inaczej... Po co? Pytam, po co zawracamy głowę ludziom, którzy już i tak mają zdecydowany nadmiar informacji, jak na XXI wiek? Przynosi to komuś radość, satysfakcję? I w takich chwilach trudno mi uwierzyć, że niektórzy uważają, iż mają kompletne prawo do nazywania siebie ''człowiekiem'', który notabene jest osobą MYŚLĄCĄ. To nas odróżnia od zwierząt, czy roślin. Czasami warto ruszyć głową i pomyśleć. To nie boli, uwierzcie.

Dziewczyny chcą wydać numer specjalny dotyczący tragedii w Smoleńsku. Nie mam ochoty brać w tym udziału, naprawdę. Ich nie ma, odeszli. To, że jakaś siedemnastolatka (no dobra, jeszcze szesnastolatka ;)) zacznie się rozwodzić nad dylematem śmierci, przemijania, czasu - tak naprawdę wszyscy będą mieli tego powyżej uszu. Lubię zamęczać Was moimi wizjami przyszłości, opowieściami o tym, co było, czy też jest, ale nie chcę tego robić na skalę szkolną. Nie nadaję się do tego. Po napisaniu smutnego w swej wymowie tekstu, odechciewa mi się wszystkiego, naprawdę. I ostro zastanawiam się nad tym dziennikarstwem. Reportaże to nie tylko zachwyty, ''tiutianie'' o wspaniałym życiu, jak kiedyś myślałam. To przede wszystkim mus informowania ludzi o nieszczęście, złu czyhającym na każdego z nas. I dlatego bunt. Nie piszę. Nawet o ulotności życia nie mam ochoty mówić. I muszę pogadać z A. o tym, że mając ''tyły'' z poprzednim numerem gazetki, w którym roi się od błędów, w trakcie gdy ''Rabarbar'' jest dwa numery do przodu, to niefortunny pomysł. Sama idea nie jest zła, za miłe uważam upamiętnienie kogoś, jednak rybki albo akwarium - kończymy kwiecień, albo znów zaczynamy od zera. Jakie jest słowo bliskoznaczne do ''pomysł''?

Z Dziadkiem W. w miarę dobrze. Wyciągnęli z jego organizmu coś zwane... polipem? Możliwe, że przekręciłam. Cieszę się ogromnie i odetchnęłam z ulgą, ale będę zupełnie szczęśliwa, gdy lekarze postawią konkretną diagnozę i wypiszą go ze szpitala. Przepraszam za moją nieznośność w ostatnim czasie. Sporo się działo, rzeczywistość dała mi popalić. Ogłoszono wyniki konkursu na felieton. Nie udało się tym razem, ale w sumie się nie dziwię - spośród 389 prac musieli wybrać te najlepsze. Sprawdziłam pocztę i oglądając zdjęcie butów Alutki, powiem, że bycie wysokim (w moim wypadku wypada to tak pośrodku), nie jest fajne, gdy się ogląda te wszelkiej maści kozaczki, szpilki. Aż mi żal na duszy! ;) Nie pozostaje mi nic innego, jak prosić Pana Boga o to, żeby mój Przyszły Książę z Bajki nie gardził owsianką i rósł, jak na drożdżach, do magicznej chwili spotkania. Kiedyś w końcu muszę stracić jeden ze szklanych pantofelków i spojrzeć w te cudowne, oczy (piwne?) przepełnione miłością do całego świata i dobrocią...

Kocham swoją wyobraźnię!

Uśmiech przez łzy.

''Szkoła uczuć'' - ten film tak na mnie działa...
Znowu łzy, chusteczki, chęć przeżycia i spełnienia tych wszystkich Jej marzeń, chęć posiadania TAKIEGO faceta, która normalnie czyta w myślach... Magia chwili. A wszystko za sprawą szpinakowego nadzienia w cieście francuskim, ciastek, na widok, których zrobiłam ''Oooo!'' i stosu chusteczek higienicznych. My z Olką zabeczane, a mama skała. Stwierdziła, że jej smutno, ale ona już to wszystko przeżyła. I powiedziała, że jest jak Chandler z ''Przyjaciół''. Gdy zaczęłam intensywnie myśleć o tym wszystkim, spłynęło na mnie natchnienie i dwa teksty o śmierci gotowe.
Czemu tak to wszystko na mnie działa? Czy ja jestem jakaś inna?

Ja nawet nie wiem, co mam Wam powiedzieć, bo zwykłe ''dziękuję'' za komentarze pod poprzednim postem chyba nie wystarczy. Więc: dziękujędziękujędziękujędziękuję! ;*
Dzisiaj kolejny Wielki Dzień - jedziemy po Tageska, zwanego przez Kamisia ''Tak jest''. I prawie się pobeczałam, jak Dziadek powiedział Oli przez telefon, że cieszy się, że ma do kogo wracać... Za dużo wzruszeń! :)

Przymulenie.

Podczas pisania towarzyszy mi zadziorny głosik pewnego ptaszka, niestety nie mam pojęcia, jak może się zwać. Za oknem bezwietrznie, jednak mnie ciągle jakoś chłodno. Efekt - opryszczka, której nienawidzę. Odebrałam zdjęcia na dowód tymczasowy, złożyłam wniosek i teraz pozostaje tylko czekanie. Dni są mniej szare, wokół siebie widzę więcej zieleni, a jednak czegoś wciąż mi brak. Żonkile na ''Polu Nadziei'' przy szkole ślicznie się żółcą. Chyba po prostu ciepłych promyków słońca. Niby są, nieśmiało wyglądając zza chmurek, ale to jeszcze nie to. Czuję się jak niedźwiedzica, która nie potrafi dobudzić się ze snu zimowego. Cudowne, błogie, a zaraz odrobinę tępe (samo w sobie), uczucie. Mam ogromną ochotę coś stworzyć. Maniakalnie próbuję przyswoić sobie chwyty. To takie dziwne uczucie, gdy palce same nie chcą ''przeskoczyć'' z jednej struny na drugą, albo po prostu przesunąć się w górę w odpowiednim ułożeniu. One, jak na złość, pragną ''żyć własnym życiem''. Jaką macie terapię na smutki? Ostatnimi czasy łapię się na tym, że moją jest jedzenie, ale nie takie normalne. ''Jem'' patrząc na zdjęcia. Widzę jakiś smakowity kąsek i (prawie, jak za sprawą czarów), czuję, jak to może smakować. Magia! Zbieram się od... piątku za zrobienie muffinek. Czuję, że dzisiaj nadszedł ten dzień. Może to za sprawą tego, że wewnętrznie jestem 'oziębła'? W każdym wypadku - chcę poczuć ciepło piekarnika i móc rozkoszować się smakiem bananowym babeczek z rozpływającym się nadzieniem toffi w środku...

SCENKA 1
(Angelika stara się wytłumaczyć Marcie matmę)
A: Dlaczego tak zrobiłaś?
M: Bo ty mi kazałaś.
A: No tak, to jest dobrze.

SCENKA 2
J: Bo to wygląda jak robaczek wyrostkowy.

Słowa płyną potokiem.

W zasadzie nie mam nic ciekawego do napisania. Myślałam, że jak przejrzę wszystkie portale i strony, które z reguły odwiedzam to mnie natchnie, a tu nic. Chciałam napisać baśń. Zamiast tego posprzątałam mieszkanie. Dziwny zamiennik, nieprawdaż?
Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują - chemia wcale nie jest mega trudna. Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca (ależ mi idzie dzisiaj rzucanie cytatami! ;)), ale rozumiem. W miarę możliwości mój mózg pojął to, co najistotniejsze. Dziękuję! ;*

PS Muffinki były dobre, nie wyśmienite, jakby się mogło wydawać po zdjęciach i opisie, ale dobre. Czasem to wystarczy, by zgubić znad czoła czarne chmury.

''Gdybym miała milion dolarów...'' - po prostu zaspokoiłabym swoją próżność.

Chyba potrzebuję świeżego powietrza. Kurczę, kurczę, kurczę!!! Kolejne Wielkie Dni zbliżają się Wielkimi Krokami. Żeby teraz się udało, trzymajcie kciuki - z całych sił 29.04.2010 roku. Proszę! A 30. możecie złożyć Adaśkowi życzenia.

SCENKA 1
(zrobiłam dla Taty jajecznicę)
T: Twoja męża będzie Cię nosiła na wielkich, dużych, czarnych rękach.
J: Czyli, że już zaakceptowałeś?
T: No, jeśli będziesz szczęśliwa.
J: Jasne, że będę!
(chwila ciszy)
T: Ale wiesz, że jak coś Ci zrobi...
J: Tak Tatusiu, wiem. Nic z niego nie zostanie. Mama mi też już to mówiła.

Swoją drogą, ciekawe czemu tak ojcowie mają. Już na zawsze pozostaniemy małymi, ślicznymi Córeczkami Tatusia i Mamusi - bez względu na to, czy będziemy miały z Olką po 20, 40, czy 60 lat. Czy to jest właśnie ta magia rodzicielstwa?

''Jaki tu spokój, na na na na...''

W kominku powoli dogasa, więc przydałoby się dołożyć. To jednak może chwilkę poczekać. Plany na dzisiaj mi się kompletnie zrypały, mówiąc szczerze. Siedzę sama w mieszkaniu i pomimo tego, że wokół w bloku pełno ludzi, jakoś tak nieswojo, gdy: telewizor zgaszony, Mama w kuchni nie słucha radia, Tata nie wcina kolejnej paczki z popcornem, Olka nie śpiewa pod nosem jednej z piosenek, o których nie mam pojęcia, że istnieją, a przy okazji nie kłóci się z Adasiem. Czuję się jak ten kot w pustym mieszkaniu z wiersza Szymborskiej. Jak mantrę powtarzam wszystkie definicje z chemii, ale powoli zaczynam odczuwać, że jeszcze chwila i cała nauka pójdzie na marne. Będę zmuszona zrobić ściągi i tyle po wielogodzinnych przygotowaniach. Takie są moje odczucia, jeśli chodzi o teorię, bo praktykę nadal pamiętam. Kurczę, może trzymajcie za mnie kciuki? Myślę, że to może pomóc. Przesłodziłam sobie dzisiaj życie ciastem Mamy, herbatnikami i mlekiem.
Do Budapesztu mam jeszcze czas na zrobienie A6W i czuję się pozytywnie nastawiona wobec tego planu. Na obiad trafiła mi się jakaś (jedna) feralna brukselka i z trudem powstrzymałam się przed jej wypluciem... Wracam do wiązań i słówek z angielskiego. Przydałby mi się jakiś tryb przestawiania myśli w mózgu, wtedy nie musiałabym tak panicznie obawiać się tych wszystkich sprawdzianów.

Po prostu fantastycznie!

Myślę o nowym kolorze włosów. Obiecałam sobie, że po tym ostatnim farbowaniu, dam sobie siana, bo mi się nie dość, że przetłuszczały, okropnie zniszczyły końcówki i same włosy. Jak jednak wiadomo - kobieta zmienną jest - to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jaką można spotkać, obcując z płcią piękną, więc postanowiłam pożegnać mój "rudy - nie rudy" i dać upust fantazji wśród brązów. Jednak nie jestem konkretnie do żadnego przekonana, zresztą najpierw muszę poczekać na przypływ gotówki, wszystko w swoim czasie. Och, ale mi się marzy, żeby ta łazienka nasza była już wyremontowana, piękna, cud, miód i orzeszki, bo aż się nie da patrzeć. Jak na razie zastój kompletny - mają wymieniać liczniki, a potem zobaczymy... Ciągle czasu i kasy brak. Intensywnie trzymam kciuki za wszystkie Moje Maturzystki, żeby wszystko ślicznie pozdawały i miały chociaż moment, na ''chwileczkę zapomnienia'' ;) Ochrzciłyśmy (w sensie niedosłownym) z Olką nasz komputer Żantą, z racji tego, że szaleje - w zależności od nastrojów się włącza, robi psikusy i się wyłącza lub odmawia posłuszeństwa i udaje, że działa, a nie działa.
A tak skrótowo, co się działo w przeciągu ostatnich dni:

29.04 (czwartek) - Częstochowa z Olką, no i nie wyszło... Spałam w aucie praktycznie przez kilka godzin, aż do mojego cienia dotarło słońce i podniosło mi temperaturę;
30.04 (piątek) - wstałam wcześnie, żeby złożyć Adaśkowi życzenia, nie miałam okularów i odpalałam śpiewającą świeczkę... drugą stroną, gdzie nie było tej nitki, która się pali; zdziwiłam się, że tak wesoło zareagował na kartkę własnoręcznie zrobioną, szok - nie doceniłam własnego brata ;), poszłam spać i się leczyć, bo gorączka nie chciała mnie opuścić;
01.05 (sobota) - odprawiane urodziny Adasia, ciąg dalszy zasmarkanego żywota, uczyłam Dziadka wysyłania SMS-ów;
02.05 (niedziela) - planowane świętowanie urodzin A. i zakończenia szkoły przez Olkę odbyło się pod wieczór, bowiem została nam złożona niezapowiedziana wizyta, zrobiłam jakieś ciastka z jabłkami, resztę dnia spędziłam na przekonywaniu Mamy o poprawie stanu zdrowia, aby przejść do dalszej części etapu - mianowicie proszenia o zgodę na pójście na nocowankę i... bingo!, moja duma została mile zaskoczona i usłyszałam pochwały z ust wzruszonego Wujka, któremu (jakoby) łzy w gardle stanęły ;P (tak Wujek Sławek zareagował na teksty pisane do ''Desideraty'' przeze mnie ;));
03.05 (poniedziałek) - tak mi jakoś dzień szybko zleciał, do upragnionej godziny X i zostałam podwieziona przez Tatę do M&A, reszta wieczoru i nocy przebiegła strasznie szybko, było świetnie i tylko Ala marudzi, że film nie trafiony :P, skrótowo: Piosenka o kwiatach, faceci, zdjęcia, "Africa" i cała reszta ;);
04.05. (wtorek) - zasnęłyśmy o 4:00, nie udało mi się po cichu wyłączyć filmu nr 2 (Kac Vegas), bo jakimś cudem zjechałam z materaca i Dziewczyny się obudziły na chwilę, a gdyby nie budzik Ali o 11:00 to dalej trwałabym w przekonaniu, że jest 6:00 i spałabym przez nieznośne żaluzje ;), wyspałam się, bo Alutka okazała się wspaniałym współspaczem, bez zabierania kołdry, jak to odbyło się w przypadku Panien Magd(ów) :P, reszta dnia jakoś mi masakrycznie szybko zleciała (znowu!) i się bulwersowałam na Żantę, to pamiętam;
05.05 (środa) - powrót do murów gimnazjum, jeju nawet nie wiedziałam, że tak mi tam tęskno..., te twarze, hasła, że wyrośliśmy, zmieniliśmy się, plotki z nauczycielami, magia, czysta magia!, i to zdziwienie, że zjawili się ci, co powiedzieli, chociaż myślałam, że znów pójdę (rutynowo) - ja, Angelika i Karolina ;), tylko dostała mi się niema ''bura'', że nic nie powiedziałam, że idę w odwiedziny, ale ja (nadal) jestem święcie przekonana, że mówiłam... Nie słuchacie mnie albo mam sklerozę ;);
06.06 (czwartek) - chłodno, smętnie i deszczowo od rana, zostałam wysłana przez Moją Maturzystkę po ''coś'' z czekoladą, widziałam się przez ułamek chwili z Tempymi Szczałami, a potem samo sprzątanie, etc., najmilszym finiszem dnia okazały się historie Mamy i Taty z lat młodości, jak ja to uwielbiam! Nadal nie potrafię uwierzyć w to, że Tworóg z Brynkiem toczył tak zawzięte walki, a w Strzybnicy mieszkał kolega Taty Punk z wielgachnym irokezem ;)

Kamiś sobie przygniótł nogę kontenerem z gruzem, ale nic mu nie jest (na szczęście!), Olik był na spacerze z Tagesem i Kamisiem i na widok kałuży ich reakcje były identyczne: ciap, ciap... Powinnam iść spać, bo dzisiaj za kilka godzin czeka mnie wyprawa rowerowa z Kołeczkiem (o ile Dziadek Staś okaże się tak wspaniałomyślny, że mi napompuje oponę ;)). W ogóle to pękł mi na pół guzik ze spodni.

''Z otwartością patrz na świat!''

Dzisiaj Olka przedstawiła mi trafne stwierdzenie - im więcej czytasz książek, w których głównymi bohaterami są wysportowani, idealni mężczyźni danych epok, tym bardziej takiego właśnie chcesz mieć. Ciekawe, ilu takich prawdziwie perfekcyjnych mężczyzn tkwi na naszej planecie? Mam nadzieję, że wystarczy dla każdej z nas po jednym! ;)
Gdyby w szkole istniały same zadania pisemne, mogłabym tam nawet zamieszkać. Ja tak strasznie nie lubię przyswajać wiedzy, która mnie nie interesuje! Toczę zażarte walki z moim mózgiem, który za nic w świecie nie potrafi zapamiętać wzorów z fizyki. Jedyne, co mi utkwiło tak na dobre z poprzednich lekcji to: Mały Wariat do Kwadratu jedzie na Rowerze. Długa historia. ;) Kurczę, tak mi się marzy wziąć udział w jakimś kursie fotograficznym... Najlepiej blisko natury, to jest najpiękniejsze. A może uda mi się namówić Dziewczyny, żebyśmy w przyszłe wakacje pojechały na obóz wakacyjny? Myślcie ;);*
Sama trochę mam cykora, bo do osób przebojowych nie należę. Ciągle mi się w głowie ''śpiewa'' piosenka z reklamy - ''Spróbuj się otworzyć, okulary na nos włożyć...''. Kojarzycie? Nadeszła w końcu inwazji owadów - komary.
Dzięki tym przeklętym krwiopijcom, wierzę, że nadejdzie lato! ;) Swoją drogą - gdyby taki komar mógłby zostać człowiekiem, co by wybrał? Albo co się czuje, będąc takim wątłym zwierzęciem (komar to zwierzę, nie? ;)), gdy wysysa się krew z ciała człowieka. To dopiero musi być adrenalina! Kiedyś Wam opowiem o tym, kim chciałabym być mając kilkadziesiąt niewykorzystanych żyć... Albo wehikuł czasu. ;)

''Swoim życiem się baw!''

Chyba mój pierwszy rekord z długą przerwą w pisaniu... Masakrycznie dużo się działo! Moje urodziny, z Dziewczynami w Celonie, Taty urodziny, badanie krwi, wywiadówka, Tesco, wywiad z Anonimową, Dzień Matki, wszelakie sprawdziany i inne małe przyjemności! ;) A dzisiaj wodne szaleństwo z Karoliną, czyli podwójne świętowanie naszych urodzin, kiedy to: moje były ''przed chwilą'', a Jej ''trochę dawno temu''! :P K. nurkując wleciała na owego P., który na falach się nam przedstawił. Zmyłyśmy się szybko... :P Masakra. Czekam niecierpliwie na ten wyjazd do Budapesztu (moje pierwsze przekroczenie granicy!) i wystawianie ocen końcowych, niech to już się wreszcie skończy... Ogólnie bilans nie jest zły. Miałam iść jutro na Festiwal Tańca do TCK, ale brak chętnych do wstawania o 9. rano, niestety. ;) Wszyscy zadają powoli to magiczne pytanie: Jak z Twoimi planami na wakacje? Zwykle zaczynałam snuć jakieś domysły, w stylu ''A może w tym roku pojedziemy do...''. W większości to się sprawdzało. Jednak tegoroczne wakacje 2010 stoją pod olbrzymim znakiem zapytania.
Wersje ''rzekome'' wyglądają mniej więcej tak:
a) pójdziemy (w końcu!) z K. do tego schroniska - odpada, bo Ona jest tylko 2 tygodnie w Polsce, a resztę spędza ''zagrabanicą'' ;)
b) będę pracować - o ile Tacie uda się mnie wkręcić w jakieś kwiatki,
c) ten wyśniony obóz, o którym marzę od kiedy przeczytałam pierwszą książkę, że coś takiego istnieje i kiedy stwierdziłam, że tam musi być mega-bosko-fantastycznie - przekładam na ''za rok'', bo bym chciała z Dziewczynami pojechać :P,
d) otworzyć atlas Polski na obojętnie jakiej stronie, bez namysłu wskazać miejsce i po prostu tam pojechać! Pławniowice są fajne, wiążę z nimi wiele świetnych wspomnień, ale strasznie brakuje tam jakiejkolwiek integracji z pozostałymi turystami, a drugie pole namiotowe w większości zamieszkuje grupa dwudziestoparolatków, którzy świetnie bawią się w swoim towarzystwie zakrapianym procentami. I chciałabym wybrać się tam, gdzie każdy nowo-poznany chłopak, nie będzie uważany za mojego przyszłego męża.

W wakacje chcę: leżeć brzuchem do góry, pływać, pójść na jakiś kurs, zwalczać kompleksy, zabrać się za poszukiwania Idealnego Partnera do Tańca na Studniówkę (przydałby się ów Kamil, do którego tak wzdychałam na weselu daaawno temu, On dałby radę podbić parkiet), przeczytać milion książek, zanudzić Was moim towarzystwem; przemycić jakieś małe, słodkie zwierzątko do domu, pouzupełniać olbrzymie luki w świecie wyobraźni i pamiętniku, zrobić szpagat, zapewniać Olkę, że dostanie się na wymarzoną uczelnię, nauczyć się grać na gitarze, zwalczać klaustrofobię, przestać panicznie bać się, że woda dostanie mi się do nosa podczas katastrofalnych prób nurkowania, posiąść sztukę spartańskiego - lakonicznego pisania, żeby Was nie zarzucać moimi prywatnymi głupotkami, rozluźnić się, oduzależnić się od oglądania wszelkiej maści seriali (och, niech będzie przeklęty ten dzień, w którym Olka pokazała mi moc Białego Przycisku [czyt. pilot] ;)). Cześć! :)

Ratunku z słoneczkiem w tle.

Mam napisać felieton. Gorączkowo myślę, jaki temat? Pierwsza myśl: lenistwo, jedzenie... A może by tak o... wakacjach? Pogoda sama podsuwa ten temat. Pomóżcie i rzucajcie pojedyncze słówka, zdania, hasła, motywy, zdjęcia, obrazy - COKOLWIEK! ;)
Możliwe, że uda mi się najnormalniej w świecie coś sklecić.

Zdążyłam jak na razie wraz z Olką umyć "gabrysiowego Tikusia". Wczoraj był dzień dwa w jednym: nutka goryczy, zdenerwowania i maksymalnego wkurzenia, pomieszana z radością, życzeniami, odpoczynkiem w trawie, huśtawkami z Nią i kupowaniem. Trampki mam, torbę sobie odpuszczam. Mama się rozmyśliła, a w zasadzie mogę zabrać plecak, więc lajtowo! ;)

Węgierskie perypetie z tanecznym akcentem

Po Budapeszcie pozostały miłe wspomnienia, mnóstwo zdjęć,słodka papryka i pocztówki. Wiem, że się chwalę wszech i wobec, ale jeden raz więcej nie zaszkodzi: rozmawiałam z miłym sprzedawcą - Murzynem podczas zakupu pocztówek, spotkałam Polaków – jednego przewodnika z węgierskimi słówkami, a także grupę turystów z Poznania, dowiedziałam się, że Koreańczycy ubóstwiają blondynki, węgierskie Tesco jest otwarte jedynie do 23:00, „wegetarianka” we wszystkich językach brzmi (chyba) podobnie; „utca” to ulica, a „keseneme” –dziękuję, studenci chcąc zdać dobrze sesje, wspinają się na pomnik jeźdźca nakoniu i pocierają (na szczęście) końskie… genitalia; owy żul ze zdjęcia tak naprawdę okazał się pilotem brytyjskim, toalet trzeba szukać w japońskich ogrodach, a węgierski Gal Anonim wygląda jak dementor z powieści Rowling.

Wycieczka bardzo udana, kolejny punkt z listy marzeń odhaczony! ;)

Wczoraj byłam w TCK na koncercie pokazów tanecznych z A&M, bo Madzia zwiała na zakończeniowy j. angielski. Poznałam Bavisa,widziałam kwiecistą, kręcącą się spódniczkę, patrzyłam na mecz (też nie mogę w to uwierzyć ;)), kolejny raz żałowałam, że nie mam takiej pasji tanecznej i ogólnie było fajnie! ;) Tegoroczne wakacje zbliżają się, krok po kroku, coraz bliżej. A dzisiaj były ploteczki u Kołka: objadłam się ciastkami, obejrzałam mnóstwo zdjęć, wylegiwałam się na kawowo - mlecznej pufie (bez podnóżka, bo mi Kondziu zwinęła ;)), słuchałam perypetii miłosnych wyżej wspomnianej, podziwiałam świeżutki pokój A., oglądałam niemieckiego Niemca z wymiany i słuchałam „plotek”wymieszanych z historiami z życia wziętymi. Uwielbiam takie leniwe popołudnia!

Z Halikiem wśród Indian.

Kolejny raz w życiu łapię się na tym, że mam fazę czytania książek podróżniczych. Teraz trafiło na znanego polskiego podróżnika – Tony Halika i jego książkę „Jeep. Moja wielka przygoda". Wydanie,które trzymam w ręku jest bardzo kolorowe, pełne zdjęć, przeżyć. Mój błędnik marzeń znów szaleje. Nie wiem czemu, ale ta cała żądza przygód jest naprawdę fantastyczna! Oczami wyobraźni widzę siebie, spotykającą osoby z fotografii z powieści Halika. Ciekawe, jakie to uczucie, gdy nagle sen staje się rzeczywisty i zamiast papierowej postaci, widzisz prawdziwą - żywą, z krwi i kości?

Moją wielką miłością, którą porzucam od czasu do czasu na rzecz innych zainteresowań, jest kultura Indian. Strasznie chciałabym poznać chociaż jednego czerwonoskórego wojownika. Z racji tego, że wielu podróżników dostąpiło zaszczytu usłyszenia opowieści o życiu Indian, mogę swobodnie przemieszczać się ścieżkami już przetartymi. Jednym z głównych elementów, które spotykam, błądząc owymi śladami przeszłości jest zemsta. Plemię Indian Ona zostało zmiecione z powierzchni ziemi, jednak jeden mały chłopczyk zdołał umknąć zabójcom.

,,Zdjął warstwę ziemi i księżyc oświetlił czaszkę z dziurą od kuli na czole. Mężczyzna złożył czuły pocałunek na czaszce.

- Przyszedłem do ciebie, drogi ojcze, nie mogłem tego zrobić wcześniej, bo nie wiedziałem,dokąd mam cię zabrać. Kiedyś nasze ramiona były silne, ale nasze umysły nie grzeszyły mądrością, dlatego biali ludzie zniszczyli nasze plemię. […] Będę z nimi walczył z tą samą przebiegłością, którą nas pokonali. […] Przysięgam ci,że dotrzymam obietnicy, przysięgam na twoje kości i na naszych bogów. Sprawiedliwości,o której zapomnieli biali, stanie się zadość!’’


Dzikusy, brudasy – często spotykam się z tymi określeniami, gdy mowa o Indianach. Szalone zwyczaje, niespotykani bogowie, synchronizacja z przyrodą do granic wytrzymałości, bogaci w doświadczenia, nieufni, brutalni, przebiegli i rzekomo głupi. Żyjąc w dziczy nie można być głupim. Dżungla jest ich życiem, natura sprzymierzeńcem i wrogiem, brak im zaufania do białych, „Bladych Twarzy”, wyostrzone zmysły,szybcy, sprawni. Podobno dzisiaj ciężko jest spotkać prawdziwych Indian. A ja wierzę, że oni zawsze będą obecni, jeśli nie w prawdziwym, realnym świecie, to chociażby na zdjęciach, wśród tysiąca opowieści, w bajce Disneya „Pocahontas”,ponieważ są nieodłączną częścią historii i niech tak pozostanie.

"Kwiecień, maj, czerwiec i... wakacje!"

Uff! Uporałam się ze sprzątaniem. Po raz kolejny stwierdzam, że mamy za nisko usytuowany zlew, bo jak zmywam naczynia, to mnie strasznie plecy bolą. Pewnie to dlatego, że Mama jest niższa i jej to akurat pasuje. Wstałam dzisiaj dość wcześnie, jak na mnie – o 9:50 dokładnie. Pierwszy dzień wakacji (taki oficjalny),uważam za rozpoczęty i trochę męczący. Wypadałoby upiec jakieś ciasto, bo mamy brak słodyczy, co się wiąże z niskim poziomem glukozy w mojej krwi. Tylko, że potem znowu musiałabym zmywać… Ach, ciężko! ;) Ogólnie rzecz biorąc, czeka mnie jeszcze po drodze obiad, pomaganie Tacie przy noszeniu i układaniu drewna,pójście do Kaplicy i znając mnie, będę odreagowywać przy jakimś filmie. Jeśli Olka ma jutro wolne (czego nie jestem do końca pewna, bo jej grafik gdzieś zniknął), to repertuar na wieczór przedstawia się następująco: Gotowe na wszystko. A wczoraj, ku mojemu wielkiemu zdumieniu i radości, Babcia zrobiła truskawkowy obiad. Olka kupiła krem do rąk o zapachu pomarańczy i mam manię wąchania zakrętki. Uzależniające.

Przygód kilka wróbla Ćwirka...

Wypad na skałki, jak najbardziej udany. Poniedziałek spędziłam na odzyskiwaniu sił. Wrażeń, wspomnień, zdjęć i przygód jest od groma, jednak muszę sobie wszystko skrupulatnie, powoli przypominać, żeby niczego nie przeoczyć. Aspektów negatywnych też znajdzie się kilka - przede wszystkim koszt nie najczystszej, publicznej toalety; gubienie co i rusz drogi, co wiązało się z soczystymi słowami rzucanymi pod adresem Betti (naszego GPS-a); strach przed brakiem paliwa, skutkiem czego byłaby wędrówka przez ciemny las, w nocy, do najbliższej stacji paliw, a uwierzcie - tak łatwo tego wykonać się nie da! ;) Ogólnie rzecz biorąc, wróciłam zadowolona, na maksa zmęczona, spędziłam jeszcze dodatkowe dwie godziny na czytaniu książki ("Moja Afryka" - znów mam hopla na punkcie podróży, jak zresztą zawsze) i po całkowitym wyczerpaniu zapasów moich osobistych baterii energetycznych, przytulona do poduchy, zasnęłam w przeciągu kilku minut, śpiąc do rana smacznie jak dzidziuś. Właśnie, sprecyzujmy do rana - zwykle, w weekendy i wakacje moje ''do rana'' znaczy tyle, co wstaję i idę na obiad, jeśli takowy się dla mnie znajdzie. Tymczasem poniedziałkowe ''do rana'' wyglądało tak: obudził mnie stukot, łomot i wredny, ogłuszający zmysły dźwięk wiertarki... Zdruzgotana tą gwałtowną pobudką, z rozpaczą spojrzałam na zegarek w komórce, na którym to z przerażeniem odkryłam, iż jest godzina (uwaga) - 8:46! Koszmar...

A dzisiejszy dzień obserwuję, jak przez mgłę. Okulary z nowiutkimi wszystkowidzącymi szkłami do odebrania (mam nadzieję, że zgodnie z prawdą), dokładnie jutro o godz. 15:00. (Coś dzisiaj dużo podaję konkretnych godzin.) Dopiero teraz zauważyłam, jaką ja je darzę wielką miłością. Jednak tylko wtedy, gdy ich nie mam przy sobie. Rozwiązałam do ostatniej krateczki, calutką krzyżówkę!

Wielkie porządki.

Siedzę przed komputerem, na reszcie z okularami na nosie, napawam się tą odrobiną świętego spokoju, którego jest mi dane doświadczać. Zrobiłam się na mahoniowo i powoli przyzwyczajam się do mojej (już) nierudej szopy na głowie. Jest dobrze! Zaraz czeka mnie Wielkie Sprzątanie, gotowanie ziemniaków (trochę się boję, że któraś z rad Mamy nie wypali i będziemy jeść... Nie wiem co.), ale to dopiero za chwilkę. Panowie Robotnicy ostro zabrali się za budowę naszych klatkowych schodów. Daszek w bloku wygląda iście zachwycająco! ;) Czytam sobie cytaty o uśmiechu. Swoją drogę, ciekawe jest to, że słowa jednych ludzi trafiają do mnie bez problemu, mogłabym się dzień i noc zachwycać takim wierszem Szymborskiej, a niektóre mądrości mnie po prostu odrzucają... Ciężkie jest to ludzkie myślenie! Skoro Kornel Makuszyński powiedział kiedyś: "Uśmiech to pół pocałunku.", mniemam, iż zostałam obcałowana do granic możliwości! ;D
Niestety, nadszedł czas zakasania niewidzialnych rękawów i zabrania się do pracy... Jeszcze czeka na mnie sprzątanie garażu. Aż się boję! Adaś przejechał właśnie przez duży pokój na rowerze... W zasadzie zdążyłam się już przyzwyczaić do dziwnych zachowań w mojej rodzinie. ;) Ależ mi się marzy teraz kawalątek plaży w słonecznej Grecji, z jakimiś super "ciachami"... Magic! ;) Jak na razie czytam denną książkę o Rumunii. Autor doprowadza mnie do szału... Jutrzejsze popołudnie z panną M. i bombą orzeźwiających kalorycznych lodów. Będzie pysznie! ;)

Zaległości.

Lekki powiew rześkiego powietrza płynący z otwartego okna w moją stronę, pozwala mi pozbierać myśli minionych dni i odpocząć od codziennych upałów. Mnie, jako człowiekowi naprawdę bardzo trudno jest dogodzić, pomimo tego, że staram się nie narzekać i cieszyć piękną pogodę, przychodzi mi to z wielkim trudem. Muszę w jakiś sposób okiełznać swoją osobistą termoregulację, bo nie uda mi się w trakcie moich wymarzonych podróży normalnie funkcjonować. Coraz częściej łapię się na tym, że myślę o porządnej czapce z daszkiem, żeby odciążyć moją nagrzaną łepetynę i pozbawić się nieznośnego bólu głowy. Piszę przy dźwiękach ballad i głosie wokalisty Scorpions. Nie chcąc przedłużać, skrótowo moje życie wyglądało ostatnio tak: pyszne lody z Magdaleną, która pojechała wygrzewać się w słonecznej Chorwacji, rozmowy o wszystkim i o niczym, wizyta w naszej podstawówce (niestety zamkniętej) i podglądanie przez okna, co się zmieniło; przez takie powroty do przeszłości czuję, jak czas przecieka mi w przez palce ekspresowym tempie… Zawsze w takich chwilach przypomina mi się: plac zabaw i przesiedziane tam godziny, podpisywanie się na liściach i puszczanie ich w świat, przebieranie spodenek w krzakach, gdy usiadłam na rozlanej oranżadzie. Sentymentalizm? Gdyby nie wszystkie moje pamiętniki, pewnie nie spamiętałabym każdego, tamtejszego, wspaniałego momentu!I dziękuję Bogu za Zieloną Szkołę i to, że przez pierwszy tydzień ciągle tam wyłam. Do chwili, gdy poznałam Panny z Pokoju Obok, kiedy to wszystko się zaczęło. ;) Moja przygoda z „Aokami”. Wracając do rzeczywistości: byłam w Tesco i kupiłam sobie krótkie spodenki, pyszne batoniki, przymierzyłam wszystkie możliwe kapelusze, zyskując aprobatę Taty („Tej naszej małpie to wszystkie pasują! ;)). Sobotę pamiętam, jak przez mgłę… Jagody, czyli pobudka o 7:00, apotem… zanik pamięci krótkotrwałej. Niedziela przebiegła magicznie… Zamieniłam się na ten krótki moment w bohaterkę filmu „Jurasik Park”. Tę historię zostawiam jednak, na deser, gdy będę miała więcej czasu na opowieści, a nikomu (czyt. Oli i Adasiowi), nie będzie przeszkadzało moje głośne klikanie po klawiaturze…

Mikisiorowy dzień.

Oglądam ''Księżniczkę i żabę''. Muszę jednak poczekać, aż po raz trzeci dzisiaj, naładuje mi się limit, czy co tam ma się naładować. Niedziela bardzo spokojna, pochmurna i marudna. Dzień zaczęłam wyśmienicie, budząc się o ''świcie'' (12:00). Trafiłam akurat na "Rozwodnik Gary" i "On, ona i dzieciaki", co w wersji angielskiej brzmi "My wife and my kids". Prawda, że wyśmienite tłumaczenie? ;) Zajadając pyszną gruszkę, przejechałam przez wszystkie pomieszczenia na miotle i tym prostym sposobem skończyłam sprzątanie. Później była tabliczka roztopionej czekolady z ryżem dmuchanym (bad girl, I know! ;)), kolejny odcinek sympatycznej, czarnoskórej rodzinki i obiad z ulubioną surówką, kotletami sojowymi i ziemniakami. Potem przyszła Olka z pracy z paczką batoników i powiedziała nam tylko w przelocie ''Cześć'', gnając do łazienki, a chwilę później do Gabrysia. Gdy to napisałam, zdałam sobie sprawę, że moje życie ostatnimi czasy kręci się tylko wokół jednego - jedzenia! Źle ze mną... Chyba pójdę pobiegać po deszczu. Następnie... siedziałam na Necie, wydzierałam się na psotnika Adama, który bez przerwy doprowadza mnie do szewskiej pasji, a także prawie do zwątpienia w... nie wiem, jak to ująć. Powiedział, że skoro teraz A. ma chłopaka, to nie będzie miała czasu dla mnie. Ale to nieprawda, co nie...? Wiem, że mniej, ale na pewno nie wcale, w ogóle! ;* A w ogóle, niech się pałuje, bo jest wkurzającym Nicponiem! I mnie budzi przed świtem... ;) Zajadając ryż na słodko, patrzyłam na "50 pierwszych randek" - kocham tego morsa, który posyła buziaki! ;) Kadr później, moim oczom ukazała się bajka wspomniana na początku. Zdenerwowało mnie to, że owa Żaba - Książę, żywcem została zerżnięta z Jean Boba z "Księżniczki Łabędzi"! Tylko pierwszy jest zieleńszy... Mama wzywa po moją porcję tostów z serem i cebulką.

Niczym Kopciuszek

Dzisiaj było pracowicie, na maksa. Była późna pobudka, rutynowe sprzątanie, moment na Internecie, żeby wszystko ogarnąć - myślowo i mailowo. Było pomaganie Babci przy robieniu obiadu, obklejenie taśmą buta za60zł, odkurzenie tatusiowego auta, czyli walka z huczącym stworem. Namęczyłam się, napociłam, powyginałam we wszystkie strony, bo rodziciel mój odmówił współpracy i nie chciał wyciągnąć przednich foteli, czyniąc tym samym istną masakrę, bo do najbardziej brudnych części podłogi samochodowej, trudno było się dostać… Vatti jednak usprawiedliwiony, bowiem zaraz po mojej odkurzaczowej mordędze, miał jechać z Mutti bankowe sprawy załatwiać. Ranking "najczystszego miejsca w aucie" według Jury w składzie: Ja i Pan Odkurzacz definitywnie brzmi: 1. miejsce dla Czyścioszka – Bagażnika, 2. podium zajęte przez Mutti, 3. wcale nie najgorsze uświetniła swą postacią pisząca tutaj Majowa J., wyróżnienia otrzymują w następującej kolejności: Pan Tata, który jako kierowca ma prawo do częściowego bałaganienia oraz perełka zawodów z największą liczbą brudasowych punktów – Adamo! Oliny mej już punktacja nie obejmuje, bowiem buja się ma droga siostrzyczka gabrysiowym „Ticusiem”. Później było smacznie…Placuszki Babuni Irenki wjechały na stół, w myślach biłam brawo nad taką pyszną rozpustą! Pożywiona, uśmiechnięta, pozmywałam naczynia, ogarnęłam już trzeci raz z rzędu mieszkanko i udałam się przemeblowywać. Teraz łóżko mam centralnie pod oknem, biurko tkwi pod uginającą się nadmiarem książek półką, a reszta z braku miejsca w mym mikro - pokoju bez zmian. W tym miejscu chwilę się zatrzymam. Można by bowiem pomyśleć, iż takie przemeblowanie to pestka… A jednak! Dopiero o 22:00 udało mi się z wielkim workiem śmieci (tyle makulatury,a odpowiedniego pojemnika oczywiście brak!), pójść na samotny spacer kilka bloków dalej, gdzie wśród gęstwiny krzaków i garażu pana K., gdzie brak lampy sprawił, że nic nie widziałam, wywalić całe te nieużytki do kontenera.Przyszłam, ożywiona nocnym powietrzem i zabrałam się za zamiatanie, układanie,odstawianie… Z przerażeniem odkryłam, że kabel lampki nawet przy pomocy krótkiego przedłużacza, nie sięga do mego czytelniczego legowiska… Zawiodłam się na owym kablu i z miną a la Kot ze „Shreka”, poszłam do Tatusia po radę, który mi to rzekł, iż kłopot zostanie zażegnany jutro w południe! Dla mnie bomba. Na noc dzisiejszą po prostu przetoczę się na drugi koniec łóżka. Ogólnie rzecz biorąc,zadowolona pozmywałam gary, podłączyłam komórkę do ładowarki i wsio! Satysfakcjonujące zmęczenie… Miało być jeszcze miłe popołudnie z Niewiastami, kolejny odcinek przygód „Spacerem dookoła lasu” (bohaterowie: Majowa Justi i Kwietniowy Adaś ;)), miało być ciasto i pierwszy dzień Weidera (tak, kolejny raz mam zamiar zacząć. I tym razem skończę, na pewno!), miało być nocne płakanie nad "Gotowymi na wszystko", jednak czasowo wyszło marnie… Miało nie być słodyczy(jednak naukowo stwierdzono, że po wysiłku należy spożyć miseczkę waniliowo –czekoladowych lodów, kakao i dość sporo delicji bez galaretki, więc przygięta do ziemi pod ciężarem owych argumentów, zastosowałam się do poleceń – swoją drogą– wybitnie uzdolnionego Naukowca zwanym Mną). A teraz pędem lecę pozbyć się dwudniowego zarostu na łydkach i po paru rozdziałach „Magicznego noża”, padam na poduchę!

"It Is You (I Have Loved)"

Odkryłam na filmweb.pl tajemniczą kategorię: Ścieżka dźwiękowa. Zaciekawiona kliknęłam i moim oczom ukazały się wszystkie cudne piosenki ze „Shreka”. Znowu się zakochałam. Tym razem w głosie wokalisty „Smash Mouth”. I tak sobie wraz z nim pod nosem podśpiewuję. Sączę z olbrzymiego kubka hektolitry wody, po czym biegnę opróżniać mój przepełniony pęcherz. Tak spokojnie przebiega mi sobotni wieczór… Głowa pobolewa, (mimo dobrego humoru z samego rana), teraz jakaś marudna jestem. Emocjonalnie rozmemłana. Książki mnie nie wciągają, krzyżówek nie chce mi się rozwiązywać,gardzę dziś nawet wykreślankami. Źle ze mną, oj źle! Chociaż film załadowany(Kochaj i tańcz), chęci do obejrzenia jakichkolwiek – brak. W takich chwilach chciałabym właśnie mieć przy sobie takie wierne ramiona do tulenia, własny „kaloryfer”, połówkę czegoś tam. Uch, marzenia do spełnienia. ;) Czekam, aż Rodzice wrócą… Nie lubię, jak ktokolwiek z Moich jest w drodze… Chyba jeszcze pozmywam naczynia. A tymczasem lecę po raz setny. Tak, do łazienki właśnie. Tęskno mi.

Radość o poranku.

Właśnie tak, znów będzie o tym, o której ruszyłam swoje zacne cztery litery z łóżka. Mianowicie, punkt 9:30 byłam na nóżkach i niecierpliwie nimi przebierałam do kuchni, wrzucić coś do burczącego żołądka. Tak w zasadzie, to co tam w środku burczy? I po co? Skoro może wewnętrznie wysysać mi jelita, albo jakieś inne wnętrzności? Niezbadane koleje losu... Ogarnęłam się trochę, mieszkanie zresztą też, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że zostawiam bajzel na kółkach i czym prędzej pobiegłam do sieni (mówi się jeszcze tak?), po rower. Planowałam podwędzenia Adasiowego zielono - niebieskiego, jednak misternie ułożony plan spalił na panewce - brak powietrza w oponach. Nie zważając, że ten sam problem dotyczy mojej czerwonej ''hondy'', wsiadłam i popedałowałam do sklepu. Mutti mnie sprawnie, szybciutko obsłużyła i wygoniła czym prędzej, bo robota jej się w rękach paliła, albo jaśniej mówiąc - jakiś piszczek piszczący się uruchomił i trzeba było wykryć źródło dźwięku. Dobudziłam drzemiącego Adasia i zasiadłam przed komputerem, rozpocząć akcję "Ludzie listy piszą". Trochę Was wkręcam, tak naprawdę odpisywałam na maila. ;) Położyłam spać my Lady z Imperium Stylu i dziwnym trafem, znalazłam się tutaj. A propos mego doła moralnego z przeciągu kilku dni. To ani nie z upału, ani nie z zimna. ;) Uwywnętrzniać się (jest takie słowo w ogóle?) tutaj nie będę, tylko skromnie informuję, że fochy, marudzenie poszły precz, po wczorajszym apogeum, kiedy to miałam muchy w nosie i inne takie... Dobry nastrój, mimo wczesnej pory u mnie gości i jest dobrze. Lecę już, bo muszę się zabrać za smażenie racuchów, chociaż mam pewne obawy, co do owego przepisu, ale kto nie ryzykuje, ten... coś tam. Wszystko mi się miesza! Trzeba tylko grzecznie udać się do Babuni Irenki po smażącą patelnię. A potem to już tylko czekają mnie miedarskie wojaże z panną Imbirową [KLIK], (ja tu sobie osobistą reklamę urządzam, bo warto ;)) i panną zwaną Kondziem. Nie pytajcie. ;) A jeszcze z wczorajszych przemyśleń [gdy sterczałam nad wanną i czekałam minutę, aż mi odżywka do włosów farbowanych zacznie działać], denerwujące są te wakacje, bo ja ciągle kogoś witam i żegnam i znów witam i się smucę i cieszę na zmianę i czekam i tęsknię, a mnie nikt nie wita i nie żegna, bo nigdzie nie jeżdżę. Znaczy się jeżdżę, ale nie na długo. Z łaski swojej, powitajcie mnie i pożegnajcie, chociaż dzisiaj. ;);* Idę łapać endorfiny.

Z terkotem pralki w tle.

Trochę mnie przeziębienie złapało, ale staram się dyskretnie kurować. Odświeżyłam lekko blog ze zdjęciami (jakoś głupio brzmi ten ''photoblog'' ;)). Z nowych zakupów, które przybywają wciąż do domu, to przede wszystkim: mikro - myszka optyczna, taka maluteńka, ale przynajmniej zwrotna i nie trzeba się najeździć po całym biurku, żeby krzyżyk nacisnąć; nowa pęseta z taką tyci latarką i lupką. Moje mieszkanie zamienia się w jakieś mikro. Paranoja. ;) Zbulwersowałam się czytając "Wszystkie jesteście niewierne", ale wyżaliłam się A. i mi lepiej. Czekam, aż udostępni mi się na nowo limit "On, ona i dzieciaki". Wzięło mnie na to oglądanie, nieziemsko! Maile na poczcie czekają na odpisanie, ale weny brak, więc musicie jeszcze trochę zaczekać. Z radia leci Piasek i sobie wyję do taktu w głowie. Wprawdzie, co drugi wers jest bardziej coś między ''bla, bla'' a ''na, na, na''. Jest dobrze. Byłam na zdrowotnym spacerze, obczaiłam leśne ścieżki, pełne kałuż, pochłonęłam dwie czekolady i lody truskawkowe, grzebię w "przeszłości", zaczytuję się i oglądam fotologi - taki mój kolejny konik, a poza tym... krzyżówki, wykreślanki, książki, paletki z Adasiem, kabarety... Zapuściłam się ostatnio i "Przyjaciół" nie śledzę, ale luz - blues. Nadrobię. ;)
To ja pędzę oglądać rodzinkę Kyle'ów i popcorn pochłonąć. Ciao! ;)

Śladem małej czcionki.

Skończyła czytać książkę przed północą. Upragniony sen przyszedł cichutko, na paluszkach. Morfeusz musnął jej czoło buziakiem i utulił ją w swoich bezpiecznych ramionach… Czas płynął sobie spokojnie, pozwalając śpiącym domownikom, rozkoszować się chwilą. Wskazówki zegara kuchennego spokojnie oddały się, monotonnemu odgrywaniu arii: tik – tak,tik – tak. Krajobraz za oknem powoli wysnuwał się z tajemniczej, nocnej mgiełki. Pierwsze promienie słońca nieśmiało zaglądały zza firanki. Nagle wszechogarniającą zmysły ciszę, przerwał dźwięk budzika. Spokojna melodia połączona ze słowami: „Chodź, pokażę Ci miejsce, gdzie wszystko jest proste…”, urwała się w połowie zdania. Było pierwsze spojrzenie na cyferki w komórce i uzmysłowienie sobie, że jest już 4:30. Po chwili do jej pokoju zajrzał Tata, uspokojony lekko schrypniętym i jeszcze nie do końca kontaktującym głosem średniej z pociech, informującym, że zaraz wstanie. Ona powoli zaczynała powracać ze świata sennych marzeń, do brutalnej, porannej rzeczywistości. Jedno oko, drugie otwarte. Powtarzała sobie w myślach: „Za kilka godzin będziesz w domu, easy. Zresztą…” i tutaj w głowie rozbrzmiała cudowna piosenka Jamala.Założyła przygotowane dzień wcześniej ubrania. Chwyciła w dłoń komórkę, służącą za czasomierz. Bujając się do rytmu „Nowego dnia”, ruszyła w kierunku łazienki. Gdyby była którymś z męskich członków rodziny, zerkając w lustro, ośmieliłaby się rzec: „Cóż to za ciasteczko na mnie patrzy? Ach, faktycznie! To ja!”.Jednak z powodu braku 21 palca i syndromu szerszych bioder niż powyższe„słodkości”, powyszczerzała się odrobinkę do lśniącej tafli i z nieco oklapniętym uśmiechem po zobaczeniu miliona wulkanów tworzących się na czole, sięgnęła po zbawczy puder. Pomimo usilnych próśb, nie chciał współpracować i zakryć młodzieńczych niedoskonałości twarzy, więc zrezygnowana łapiąc jedną ręką za grzebień, a drugą za tusz, próbowała się ogarnąć. Wyszło… no, wiadomo jak wyszło. Zerknęła przez okno, jak sobie radzi słońce ze słupkiem rtęci na termometrze. W locie bilet chwyciwszy, otuliwszy się skrupulatnie kurtką i włożywszy na zacne stópki w fioletowych rajtkach, czarne obuwie, popędziła krokiem żółwicy na autobus. Przebierała swobodnie nóżkami, podziwiając wschód ognistej kuli. Na przystanku żywej duszy! Chwilkę potupała w miejscu, zerknęła na tablicę z rozkładem jazdy, porozglądała się tu i ówdzie. Jej wzrok zatrzymał się na moment na wysokim kominie. Oj, co to był za komin! Przypomniała sobie groźby Mamy, że jeśli jeszcze raz będzie płakała z byle powodu w przedszkolu (a z niej beksa była nieziemska!), komin przedszkolny zacznie się trząść, a wtedy z zabawy tamtejszym kolorowym piekarnikiem będą nici! Otrząsnąwszy się ze wspomnień, wsiadła do nadjeżdżającego pojazdu. Punkt 5:12 – odjazd. Zasiadła wygodnie obok Pani w Czerni, oddała się tępemu patrzeniu przez autobusową szybę. Wystarczyło szybkie spojrzenie po twarzach pasażerów, aby wyeliminować możliwość znalezienia Pierwszej Miłości po 5 rano. Z ulgą wstała przed zakrętem, nacisnąwszy magiczny przycisk STOP, zdając sobie sprawę z przytłaczającej, wszechobecnej dorosłości. Młodzież lat poniżej osiemnastu,przynajmniej po części, smacznie pochrapuje i obślinia poduchy… Wysiadając na przystanku, upewniła się, że autobus powrotny dopiero o 8:27. Podreptała w kierunku wejścia. Mimo tego, że światło było włączone, czuła się bardzo samotna… Wokół cisza. Tylko rytmiczny stukot nieistniejących obcasów przy balerinach świadczył o jej przynależności do świata żywych. Wytyczne Siostry mówiły o tym, aby minąć „Witolda” i kierować się dalej… Tylko gdzie? Pobłądziła trochę, jednak mapa sugerowała, aby udać się obok boksu B7 i skręcić. Licząc na łut szczęścia, udała się tam, gdzie poniosły ją oczy. Stuk, stuk, stuk. „Jeśli teraz się nie uda, dzwonię do… Uff!”. Nie trudno chyba zgadnąć, że ulga w jej głosie dotyczyła tego, co znajdowało się dokładnie po lewej stronie. Boks A11wita!

Pokonując przemożną ochotę ziewnięcia, po otworzeniu się żaluzji, polazła zrobić herbatę. Potrzebna zdecydowanie, na ocucenie zmysłów. Kilka głębokich oddechów, parujący kubek z Kaczuszką. Jednym z zadań, które powinna wykonać po 6:00, czyli od momentu otwarcia, było przeliczenie stanu kasy. Dla pewności sprawdziła wszystko trzy razy, zanim zapisała w dużym zeszycie, jak się sprawy mają… Nie zanudzając,czynności dalszych było kilka. Próba głosu sprawdziła się podczas rozmowy z sąsiadką z naprzeciwka, Angeliką. I tak spędziła pierwszą godzinę, swobodnie konwersując, puder sprzedając, o tuszach i Jacobie rozmawiając. Potem były chwile kompletnej nudy, kiedy to kończąc kubek herbaty, próbowała wdrążyć się w parodię „Zmierzchu”. Zdegustowana, przeszła się kilka razy po malutkiej powierzchni, kilka przedmiotów poprawiła i zadowolona zajęła się spisywaniem cen lakierów, żeby ułatwić sobie zapamiętywanie. Wtopę popełniła jedynie przy płatkach kosmetycznych, ale… to się wytnie! Oddychając spokojnie, zeszycik uzupełniła, maltretowała kalkulator i próbowała zasiąść wygodnie na wysokim krzesełku.Zadanie wcale nie takie proste… Wróciła na kilka minut do lektury „Zmroku”,stwierdziła, że jednak nie warto. Miało być śmiesznie, żenada i brak słów!Przed zapowiedzianą ósmą zjawiła się szefowa z kartonami i po wymianie kilku zdań, okazało się, że powinna być posiadaczką NIP-u. Jednakowoż, czasowo wychodzi to tak, że dopiero we wrześniu by ów numerek otrzymała. Jej kariera pracowniczki dumnie wisi na włosku, jednak coś załatwić trzeba. W głębi serca złorzecząc nad durnymi przepisami, udała się na autobus, a że czasu, jak jej się zdawało miała mnóstwo… Dreptała pomalutku, a autobus linii 129 pokazał jej tylko swe tyły. Zrozpaczona, prześledziła raz jeszcze kartę z rozkładem, nawrzeszczała w duszy na swą własną nieodpowiedzialność i udała się na drugą stronę drogi, żeby usiąść w przystankowej budce. Z bliska patrząc, okazało się, że wszystko tam pływa, więc przysiadła na skraju i zerknęła, cóż to Mama na śniadanko przygotowała. Miało być pysznie, a skończyło się na gorączkowym oszukaniu soków trawiennych.Mianowicie, w przypływie porannej niedoskonałości pamięciowej, zwinęła pasztetowe kromki Taty, a swoją brzoskwinię i smaczną kanapkę zostawiła (sick!)w lodówce. Wkurzona i roztargniona, zajęła się czymś pożytecznym, czyli pisaniem SMS-ów. I żuciem zbawczej gumy. Czynność zakończywszy, zerknęła na zegarek i przemedytowała nad swoim żywotem po prawidłowej stronie przystanku, w oczekiwaniu na pojazd linii 143. Dojechała do domu i… część dnia niech pozostanie tajemnicą, bo do sympatycznych nie należy.

Jednak popołudnie z M., z tą dawno wyczekiwaną, wytęsknioną, rozgadaną. Tego jej było trzeba, lodów i pogaduch! Szkoda, że trwały tak krótko. ZA krótko. O Czikę się pomartwiła, gdy chciała popełnić samobójstwo, włażąc na dach; butki przymierzyła, z pomocą M. stanęła w pionie (na obcasach!), ważne tematy dnia dzisiejszego poruszyły, COSMO z sierpnia zwędziła, chorwackie zdjęcia obejrzała, opowieści M. wysłuchała, ubiór na ślub skontrolowała i popodziwiała, lekko oburzyła się nad rozmiarem ciuchów Córki i Matki (dalej trwa w tym stanie), fioletowym rajtkom dała szansę zwiedzenia zakątków świata, w bibliotece była, „Potop” oddała w dobre ręce, skrzywiła się od smaku żurawiny (rzekomo nie kwaśnej), by później czym prędzej popędzić na autobus. Zdążyła minutę przed czasem, a tam… niespodzianka! Człek lubiany i wygadany. Spędziwszy minut pięć na krótkiej pogawędce, już musiała wysiadać. Oddawszy Rodzicom niezbędne papiery i ich kserokopie, ruszyła w poszukiwaniu naleśników. Następnie były leniwe godziny i rozmyślań kilka, jak to dobrze mieć kogoś, kto wraca i gada jak najęty. Ach, tego jej brakowało! ;) Spełniwszy wszystkie wytyczone cele,rozsiadła się wygodnie na krzesełku. Gdy głowa bezwładnie opadała w dół, a pod powiekami czuła piasek, stwierdziła, że tak być nie może i brak zmęczenia jej nie pokona. Tak, brak właśnie. Dzień do wyczerpujących nie należał, w zdarzenia obfity i cudny.

Chwyciła klawiaturę i z radością zaczęła pisać nudną, (niestety), w swej treści słownej, opowieść. A gdy teraz zerka na długość i liczbę słów, przyznać musi, że tego nikt czytać nie będzie chciał. Więc z nieśmiałym PUBLIKUJ, wysyła bazgroły w świat.

Muchy w nosie.

Od rana wszystko się sprzysięga przeciwko mnie. Paranoja jakaś, kopniak od losu czy jak? Słońce świeci, a ja siedzę z nosem na kwintę, z zaciśniętymi zębami, co wcale nie jest zabawne, bo się mogę jakiegoś szczękościsku nabawić, czy innych bzdet. Brzuch mnie boli, obowiązków cała lista, a mam tylko kilka godzin na ogarnięcie siebie i tego całego bajzlu, który się piętrzy wokół. Jakaś ukryta kamera, pytam? Mam rozstrojenie nerwowe i pomimo tego, że się wyspałam chodzę wkurzona jak osa i burczę pod nosem. I po kiego grzyba ktoś wymyślił zły humor, może mi to ktoś wyjaśnić? Tak mnie w środku nosi, że masakra. Sama jestem ''w proszku'', telewizor doprowadza mnie do szału, bo zachciało mu się piszczeć, śmieci nie wyniesione, nawet pasta do zębów krzywo się na mnie patrzy... Ludzie, co jest?! Poniedziałek przeżyłam, więc dzisiaj powinnam cieszyć się pełną gębą, a jestem jak maruda ze Smerfów. I nawet ich piosenka mi nie pomaga, pewnie znacie: "Gdy Ci wszystko idzie źle, szaroburo dzieje się...". Idę się wyżyć na mikserze. Po 16 nie ma mnie dla świata. Kropka.

Weno, przybywaj!

Dziwne. Pałaszuję solone orzeszki, rekompensuję to wodą niegazowaną, przede mną tkwi czyściutka kartka gotowa do zapisania, mnóstwem myśli. Uspokajam umysł i... nic. Pustka. Dno. Odpisałam na wszystkie maile, wydobyłam z klawiatury tysiąc słów, a nie umiem się skupić. Znowu to dziwne uczucie, że nie nadaję się kompletnie do pisania na narzucony temat. Szkic mam, już nawet pierwszą wersję z dwoma akapitami, ale nie umiem dalej pociągnąć wątku. Cisza przed burzą? Wiem, że lepiej nie próbować nic na siłę, bo z reguły wychodzą takie dyrdymały, że lepiej milczeć. Spróbuję jutro. Może się uda? Umilam sobie czas filmikami, zachwycam się TYM. Czemu ja tak nie umiem? Chociaż przy mojej wadze, miałabym cykora tak runąć w jego objęcia. ;) Jutro wracają moje geniusze dwa. A ja coś wiem, a nie mogę jeszcze dzisiaj powiedzieć... Nosi mnie wewnętrznie. I nadal żałuję, że nie miałam już dwa razy aparatu pod ręką. Mogły fajne zdjęcia być. W ogóle to muszę się pochwalić, że my jesteśmy zdolne. Stojąc ponad godzinę przy boisku, chociaż miało być tylko na pięć minut, żadna nie wpadła na pomysł przejścia kawałek dalej i przycupnięcia na ławeczce, ach. Pierwsza część "Potopu" do mnie wróciła... Leży grzecznie na biurku, wśród ogólnego chaosu i czeka. To jest trochę tak, jak ja z tymi moimi marzeniami. Książka chce, żebym ją przeczytała, a ja czekam, aż się uczuciowo i zdarzeniowo coś rozwidni i umili mi życie. Znaczy się takie porównanie, a nie, że jak "Potop" przeczytam, to się rozjaśni. ;) Ćmy atakują ekran. Zauważyłam, że są cholernie uparte. Ja je przeganiam, a one znów mi łażą po monitorze. I tak w koło Macieju. Mam ochotę wypożyczyć "Dzieci z Bullerbyn".

Duuuuzie oko.

Nie potrafię rozgryźć tej zagadki: Dlaczego należy mówić, że coś „jest napisane”, a nie można po prostu powiedzieć, że tam „pisze”? Rozmowy to element łączący beztrosko płynące dni. Muszę poszerzyć swój słownik, wzbogacić go o jakieś cudne słowa, bo przymiotnikowo stanęłam na etapie: fajny, rewelacyjny.Ostatnio na tapecie jest „cudny”. Czekam na swoją pierwszą legalną wypłatę,szufladkuję wspomnienia, nadrabiam zaległości, walczę z kalendarzem i poganiam wenę. Uciekła z Krakowa i wedle dalszych wskazówek miała zawitać pod moje drzwi, a Anonimowa wysłała ją hen, daleko w nieznane! Postukuję nieśmiało w klawisze, zaglądam do zapomnianych kątów, grzebię w szafie w poszukiwaniu rozlatujących się pamiętników, szukam, szperam i się niecierpliwię, no! To takie niesprawiedliwe… Gdy nie chce mi się pisać, wtedy: pomysły, obrazy,dźwięki, słowa przelatują mi przed oczyma, jak oszalałe, jednak kiedy potrzebuję odrobiny, ociupinki, zalążka koncepcji… „Tak, całuj mnie w cztery litery” – rzekła zagubiona Wena. Postanowiłam zgłębić tajemnicę przecinków. Kto ustala te reguły piśmiennicze?! Piję zimną herbatę, ładuję film („Ostatnia piosenka”), martwię się, że oczy prędzej mi wypadną, aniżeli przeczytam wszystkie książki, które oczekują na liście Planowane (nakapanie.pl). Mogłabym zamieszkać w bibliotece. Przesłodziłam tą herbatę. Powinno być tę? Zbieram wakacyjne nowinki od Miłych Osób i wychodzi mi z tego tomiszcze. Galopuję myszką po ekranie w poszukiwaniu dzisiejszych zdjęć. Muszę coś sprawdzić. To „coś” dotyczy oczu pewnej Przyszłej Siatkarki,bo Adaś powiedział, że ma fajne, takie inne niż wszystkie (sic! Znów te „fajne”!Miałam nie mówić, to piszę… :P). W ogóle to było zabawne, widzieć ich wybałuszone gały (zamiennik oczu, sorry ;)), jak zobaczyły me domowe (prawie),dorosłe dziecię. Dygresja – znajdę sobie faceta, który będzie lubił szerokie biodra.Znaczy się mnie. Gońcie się z Waszym brakiem cellulitu i rozmiarem S, panny Nie Mam Czym Trząść! :P Dobra, koniec bazgrolenia.

Naćpana pomarańczowym sokiem.

Chciałam tylko powiedzieć, że przestał padać deszcz i sowa pohukuje za oknem. Obejrzałam "Białą Masajkę". Sprzeczne uczucia, co do ekranizacji. I wypiłam cały sok marchwiowy. Wszyscy śpią, snem sprawiedliwych. Ćma, którą uratowałam przed utopieniem w herbacie, chyba chciała popełnić samobójstwo. Znowu wspina się po szklance, balansując na krawędzi. Ryzykantka! Chciałabym ponownie spacerować w deszczu. Zatrzymać lato w małym słoiczku. Marzy mi się śliczne zielone pióro, podarowane przez Kogoś miłego. Taki symbol wieczności i ufności w moją "twórczość" rzekomą. I idealne szare spodnie dresowe.

Czasem szukamy daleko, mając coś pod nosem. Ludzi, przedmiotów, miejsc. Ja szukam uśmiechów. I... jestem szczęśliwa. Po prostu wypełnia mnie to, po koniuszki palców. Rozsyłam w każdą stronę świata pozytywną energię, za moment odurzę się zapachem szamponu do włosów i popłynę wbrew sobie nurtem "Potopu". Kocham Cię skrycie nad życie... boska marchewko!* Zielono mi. ;)

*Biedronka chyba dodaje endorfin do soków.

"Jak ja nie cierpię...", czyli perypetie Marudy.

W każdą niedzielę o dziesiątej zasiadam sobie wygodnie przed TV i oglądam "Kości". Przyjemne zakończenie weekendu. Pewnie większość zna to błogie uczucie, kiedy umysł skupia się tylko i wyłącznie na kolorowym pudle. Rejestrując obrazy, dźwięki, od czasu do czasu reagując na dane zdarzenie - czy to śmiechem, czy to płaczem. Jest idealnie, swojsko. I szlag człowieka trafia, gdy nagle się okazuje, że telewizja krzyżuje szyki. Jak mi się szybko ciśnienie podnosi. Znowu czuję wewnętrzny rozrzut emocji. Czemu natura nastolatka jest taka dziwna? Ze skrajności w skrajność. I niech mi jakiś facet powie, że "te dni staną się lepsze, dzięki nowym podpaskom Always". Kutwa. Mogłam napisać o szalonym piątku z zeszłego tygodnia z moimi dwoma i połową "Single ladies" i "Waka waka". Mogłam napisać o szkole. Mogłam napisać o osiemnastce Ani. Mogłam napisać o ekspresowym bieżącym piątku. Mogłam napisać o tym, jak wkraczam powoli w strefę chusteczkowo - łzawą w "Chirurgach". Nie ma bata! Dzisiaj macie mnie pocieszać, opowiadać o tym, jaki świat jest piękny, liczyć sekundy dzielące do kolejnego weekendu i robić wszystko, co sprawi, że mi to cholerne marudzenie przejdzie w przeciągu chwili.
Do dzieła, Spece Antymarudzące!!!

It's okay.

Katar mam. Nie rozumiem pewnych ludzkich zachowań. To w tej chwili jest akurat mało istotne, but nie zawsze należy iść po najprostszej linii oporu. Jakie to musi być dla Was denerwujące, jak piszę o czymś, nie tłumacząc o co konkretnie mi chodzi...Cierpicie katusze? Czytam "Cierpienia młodego Wertera". Koniec potopowej ery, aż do oddania wypracowania.Potem się zobaczy! Chodzą za Wami czasem piosenki? Rytm, słowa tłukące się pogłowie. Tata mi tłumaczył zasadę działania silnika czterosuwowego. Właśnie - boja się aktualnie uczę na fizykę. Znaczy się - usiłuję. Zgłębiam przez to wiedzę krainy konwekcji i dżuli płynącej.Dzień Chłopaka mamy. Zanieczyściłyśmy powietrze męskimi dezodorantami (dziura ozonowa, sic!) w ROSSMANIE. Byłam dzisiaj czynnikiem denerwującym, a nie denerwowanym w autobusie. Jak się przepychałam wśród ludzi, w celu rzucenia rudowłosemu dziewczęciu torby na kolana. Towarzyszyła mi Angelika, więc spoko. Normalnie, widziałam mord w oczach pasażerów 129... ;)Przyszły tydzień będzie very crazy. Dam radę...? Wracam do nauki. Swoją drogą, jeśli dobrze zrozumiałam, to energia wewnętrzna ciała zmniejsza się podczas obniżenia temperatury… Tak? Bo mi w ręce zimno!

Jakoś bez polotu.

Nie umiem się wyspać. Znaczy się, nie mam czasu. "Wojewódzki" leci w TV. Adaś z Olą oblewają się herbatą. Nie mam pytań... ;) Próbuję się ogarniać. Pozostaje na dzień dzisiejszy: totalna, półmetkowa rozsypka! Niemiecka wymiana u nas, zostałam zaangażowana w kserowanie notatek dla dziewczyn. Czy Wy także codziennie sobie obiecujecie, że jak wrócicie ze szkoły, to położycie się na chwilę spać? Marzenia ściętej głowy... No, mniejsza z tym.

PS Mam jakiś tydzień z dzieciakami. ;) Od Kubusia, poprzez świetlicowe dzieciaki, aż do Kamisia dzisiaj. Świetni są, wszyscy. Mamy do kina jechać. Na "Śluby panieńskie". Kutwa.

Fobie z tłem jesiennych liści.

Górnicy z Chile powoli mogą znowu oglądać światło dzienne, co mnie ogromnie cieszy. Tyle dni pod ziemią... Zastanawia mnie ciągle, skąd się biorą fobie. Gdzie mają swój początek, jak daleko w głąb siebie trzeba sięgnąć, aby odnaleźć ich przyczynę. Co musiałabym zrobić, żeby pozbyć się lęku przed ciasnymi pomieszczeniami? Wszelkie myśli o windzie, kopalniach mnie przerażają. Raz w życiu zablokowałam się łokciami pod biurkiem, gdy wyciągałam ołówek i myślałam, że już tam na zawsze zostanę i umrę. Żadne racjonalne wytłumaczenia, typu: wystarczy podnieść ten stolik/biurko, czy inny mebel i będzie po kłopocie; w takich chwilach do mnie nie docierają. Klapki na oczy i tylko jeden powód do paniki. Ja mówię o biurku, a co dopiero jakieś ciasne wejścia do jaskiń... Masakra. W Budapeszcie dziewczyny okazały swoją wspaniałomyślność i wyrabiały wraz ze mną mięśnie łydek, pokonując kolejne stopnie schodów. Chyba nie zdążyłam podziękować? Dziękuję!!!
Jak to jest - bać się czegoś? Nie znam człowieka, który nigdy nie odczuł strachu. Można udawać, wmawiać sobie, że jest się odważnym, ale nie podołamy temu uczuciu niepewności. Ważne jest, żeby strach nami nie zawładnął. Nie chodzi mi tylko o fobie. Prozaiczne obawy i ich okiełznanie też są istotne. A odbiegając od tematu... Nie uwierzycie w jakim programie piszę te słowa. Stary WordPad. Pamięta ktoś to jeszcze? :)

"Just paint the picture of a perfect place..."

Gdzie jest to moje idealne miejsce? A Wasze?
Słońce raziło mnie dzisiaj przez całą drogę powrotną do domu. Gdy powieki same się zamykają, wtedy mam ochotę sobą potrząsnąć i przekonać się, po razy setny, jaki ten świat jest wspaniały. Pomimo wszelkich przeciwności losu, pomimo tego całego zła. Smak Nutelli zajadanej łyżkami, głos Cezika w uszach, artykuł o sinologii - rekompensują zawalenie sprawdzianu z gegry, zamartwianie się i ogólne zamulenie. Potrzebuję muzyki, takiej prawdziwej, dźwięcznej, porywającej nogi do tańca... Tęsknota za reggae w duszy gra. A jutro czeka mnie pierwsze starcie z małą sznupką, koniecznie muszę wziąć aparat! "ONO" leci w telewizji, cholernie chcę na to patrzeć. Godzina zadziwiająca 00:10. Skusić się? ;)

Friday.

Jest piątkowy wieczór, zbliża się pora snu. Za oknem mrok, gdzieś tam w oddali czai się księżyc. Nów, pełnia, a może któraś kwadra? Woda w czajniku cichutko bulgocze, za moment będę ogrzewać dłonie najskuteczniejszym termoforem na świecie - kubkiem wypełnionym gorącym płynem. Ciemnobrązowe pudełko z mnóstwem uroczych, białych kwiatków odznacza się na tle bałaganu w pokoju. Lawiruję wśród tysiąca stron internetowych. Już nawet ze spokojem przyjęłam komunikat o "problemie z wtyczką" i... ładuję odcinki poszczególnych seriali, programów, piosenek na nowo. Złość piękności szkodzi! ;) Oglądam walki cholitas wzorowane na wrestlingu i przerażam się myślą, że gdzieś dzisiaj ktoś musi pokonywać własne lęki, aby ulżyć w bycie swojej rodziny. Straszne. Odpowiedzialność - z biegiem czasu to słowo zyskuje na znaczeniu. Wyobrażam sobie, jak to będzie - w głowie kłębią mi się tysiące pytań, a znając siebie - jutro czeka mnie totalne zamrożenie języka, paraliż wewnętrzny. Nie wiem, czy warto się tak jarać tym wszystkim, ale zawsze jakiś dreszczyk emocji do szczęścia jest potrzebny. Plan B jest taki, iż w razie czego będę się uśmiechać.

PS Co robicie? Konkretnie teraz? :) Ja wiem, że ktoś wywija piruety na parkiecie, ktoś zachwyca się 'habatą'*, ktoś prasuje, ktoś zasypia, ktoś... A Wy?

*Przyjęło się u nas kilka dziwnych określeń na dane przedmioty, jak: herbata - habata, mortadela - morti, pilot - pajlot i... nie pamiętam, ale setki tego mamy. ;) Śmiesznie brzmi, jak taka stara dupa jak Adaś, na pytanie Mamy: "Z czym chcesz jutro do szkoły?" odpowiada bez skrupułów: "Z morti!". Good night!

Puk, puk... Jest tam kto?

Ale się porobiło... Miesiąc bez wirtualnego świata i nie umiem się tutaj odnaleźć. Jedna Pani Blogowa mi zniknęła, u innych muszę nadrobić czytanie i komentowanie, maile tkwią nietknięte, zaniedbany photoblog. Z której strony to ugryźć, kiedy wokół świąteczne zamieszanie? Nie wiem, jak to wszystko ogarnę, ale muszę. Po pierwsze ze spraw bieżących, chciałabym przeprosić za te zaległości, zamieszanie, brak odzewu. Mam nadzieję, że Was także pochłonęła magia Świąt i na pewien czas świat wirtualny poszedł w odstawkę, aby zająć się tym, co najważniejsze - Rodziną. Wakacje od klawiatury czasem są potrzebne, jednak znikanie bez jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia nie jest w dobrym guście, więc PRZEPRASZAM. Po drugie, kurczę, nawet nie wiecie, jak bardzo chciałabym Wam złożyć optymistyczne, pełne nadziei na lepsze jutro i pochodzące prosto z serca życzenia. Osobiście wolałabym każdemu z osobna skrobnąć parę słów, ale z racji tego, że już tutaj jestem, na tej wytłamszonej, wymęczonej, najbliższej i najwytrwalszej stronie mego życia, gdzie krzyżują się wszelkie drogi i rozstaje, radości i beztroski, złość i zniechęcenie, gdzie spotkałam się z tyloma miłymi słowami, uroczymi komentarzami i tyle razy szczerzyłam się do monitora, nie mogę porzucić corocznej tradycji, więc...
Słowa znane na pamięć, czytane przez Was milion razy:

Wesołych Świąt, pogodnych, ciepłych,
beztroskich, szalonych, smacznych (!),
rozgwieżdżonego nieba, ślicznej choinki,
światełek miłości i przyjaźni, bliskości,
spełnienia najskrytszych marzeń,
dotarcia tam, gdzie jeszcze nikt nie był,
odwagi lwa, braku zawirowań w życiu,
uśmiechu, uśmiechu i jeszcze raz uśmiechu!

Radosnego spojrzenia na świat okiem śniegowego bałwanka...
Wasza J. :*

Surrrrrrykatki!

Chciałam tylko zakomunikować, że mam ferie i fazę na mandarynki z "miękką" skórką. Wracam do nałogowego objadania się płatkami i wytrzymałam równiutkie trzy dni bez słodyczy. Na dworze plucha i słaba widoczność przez szkła okularów z powodu mżawek. Od zimnych kropli deszczu na twarzy, wolę te cieplejsze, zdecydowanie. Po raz setny zawiesza mi się limit serialowy. Jestem osobistym gryzakiem Buby, tere - fere - kuku, funkcja już zajęta, sobie swoją znajdźcie! I urzęduję na koncie youtubowym Adasia. Po długich mordęgach, użeraniu się, prośbach, groźbach i błaganiach, Mama powiedziała tak. Czemu? Na co? Po co? Jak? Zgoda dotyczyła pewnej małej, futrzastej istotki, która ma się pojawić w moim mieszkaniu pod koniec ferii. Ileż my z Olą wersji przekonania M. wymyślałyśmy i w końcu na końcu udało się. Wreszcie! Jak to słowo dziwnie wygląda bez ''na'' na początku. Nie chce mi się sprawdzać, czy ma być pisane razem, czy osobno. Tak, tak - mam dylematy, bo właśnie w napisach w nowym odcinku "Gotowych...", tłumacz umieścił "opóścili" i się przerażam, że to zapamiętam. Plotę po raz setny trzy po trzy, ale taki już urok mej klawiatury. Aha, prawie zrzuciłam ten olbrzymi obiektyw A. na podłogę (przez przypadek, cholera jasna) i teraz boję się czegokolwiek dotknąć. Im bardziej z czymś się cackamy, to właśnie najczęściej leci nam z rąk. Muszę sobie linkownię uaktualnić i ogarnąć trochę nieład blogowy, bo szablon nudny.

"Jej włosy zbladły muzyką..."

Słucham sobie Myslovitz i jest fajnie. Szaleństwo po prostu! ;) Dzisiaj kulturalnie zmuszę Was do pomocy. Post dotyczyć będzie... twarzy. W tytule włosy, ale to nic nie szkodzi. Konkretnie chodzi mi o jakieś specyficzne specyfiki, które nakładacie na buzię, aby była piękna i gładka. Półka zawala mi się pod masą, tych wszystkich kolorowych buteleczek, które rzekomo mają sprawić, że moja twarz będzie gładsza niż pupa niemowlaka. Jeśli faktycznie bobasy mają taką skórę jak moja, to im cholernie współczuję, o! ;) Proszę mi tutaj na dole wypisywać jakieś sprawdzone produkty, może w kolejnym poście uda mi się ogarnąć, co już mam u siebie i będzie cudnie. Teoretycznie powinnam stać już na rozgrzaną patelnią i smażyć naleśniki. Trzeci dzień mi z nimi schodzi, ferie miną, a ja dalej będę w Krainie Lenia, gdzie na obiad je się płatki czekoladowe z mlekiem. Przyznać się, która obiecała sobie, że przez te boskie dwa tygodnie będzie nad sobą pracować? Ręce w górę. Ja jestem doskonałym przypadkiem odwrotnego zabierania się do pewnych spraw, niż się powinno. Ferie kurczą mi się w zastraszającym tempie... Halo! Gdzie jesteś Czasowstrzymywaczu?! Ja tu czekam i cierpię nieuchronnie. A jutro Big Day. Nawet podwójny. Trzymajcie kciuki! ;)