Maturalne podsumowanie... Tak na szybko, bo zaraz muszę zmykać, a chciałam mieć takowy wpis na blogu. W końcu "matura to bzdura" i takie tam, więc trzeba uwiecznić, chociażby na piśmie! :)
J. POLSKI: podstawę napisałam z uśmiechem na gębie, siedząc do ostatniej sekundy na sali; trochę mi ta moja mina zrzedła, gdy inni zaczęli pytać, czy wiedziałam, że "Ludzie bezdomni" to Młoda Polska. Święcie przekonana, że za ten mój pozytywizm, o którym pisałam w wypracowaniu, będę miała błąd kardynalny, gorączkowo przeglądałam fora internetowe. Ku mojej ogromnej uldze, okazało się, że pomylenie epoki to błąd rzeczowy i wypracowanie powinni mi sprawdzić! :) Na cudowne rezultaty nie liczę, bo "popłynęłam" na maksa podczas pisania. Tak to już jest, jak się zaczyna matury w piątek po długich weekendach... Głowa nie ta! ;)
Jeśli chodzi o rozszerzenie - 2 dni przed przypomniało mi się, że istnieje coś takiego, jak spis lektur na poziomie zaawansowanym. O zgrozo! I co teraz? Zarwałam noce w nadziei, że mój biedny umysł pojmie cokolwiek z tej plątaniny słów, epok, motywów. Najbardziej się bałam "Trans-Atlantyku". Otwieram arkusz, a tam 2 w miarę sympatyczne tematy. Czy wbiłam się w klucz? Któż to wie... Tych zgromadzonych na Internecie nawet nie śmiem czytać, podobno bzdury na całego.
Ustny. Przebiegł lepiej niż się spodziewałam. Niektórzy wiedzą, że zmuszałam się przez wiele dni, aby napisać moją prezentację maturalną. Stworzona w ciągu 2 dni, nauczona w jedno popołudnie. Nie wiem, czy sprawił to mój mózg, któremu kazałam przebrnąć przez ustną bez stresu i zbędnej paniki, czy to, że temat dotyczył tego, co lubię, czyli podróży, ale... poszło wyśmienicie! :)
MATEMATYKA: Z racji tego, że kompletnie olałam sprawę, nie przygotowywałam się systematycznie, a matura była wyjątkowo prosta (czyt. znienawidzona przeze mnie). Co robi człowiek, któremu wydaje się, że taka odpowiedź pewnie jest za prosta i tkwi tam jakiś haczyk? Zaczyna bezsensownie doszukiwać się głupot. Tak też było w moim przypadku. W trakcie egzaminu chciało mi się tak cholernie spać, że musiałam zmuszać się do tego, żeby to napisać. I dlatego uważam, że matma nie powinna być obowiązkowa. Nie dość, że straciłam totalnie dużo energii próbując się wysilić, a nie ziewać i myśleć o ciepłym łóżeczku, to w dodatku do niczego mi się nie liczy. A dla własnej przyjemności to sobie mogę testy w domu porozwiązywać albo z bratem posiedzieć nad jego zadaniami. Kropka.
J. ANGIELSKI: podstawa poszła mi dobrze, oczywiście pomijając część słuchaną. Siedziałam na końcu sali, nie chcę się usprawiedliwiać, itd., ale lokalizacja na egzaminie dużo robi, szczególnie jeśli chodzi o maturę z języków obcych. Czytanki nawet przyjemne, także jestem dobrej myśli. Oczywiście pluję sobie w twarz, że nie zmusiłam się do próby zdawania rozszerzenia, bo przy dużym wysiłku mogłoby mi się udać zdobyć jakiś wynik, marny czy nie, ale 30% by było. Może w przyszłym roku zmobilizuję siły, wszystko zależy od tegorocznej rekrutacji. Czuję się jakbym jakieś kiepskie sprawozdanie pisała, no ale sama chciałam mieć Pamiątkę.
Ustny. Wyszłam z sali kompletnie przerażona moim brakiem umiejętności w zakresie angielskiego. Babki w komisji dwie, uwijały się jak mrówki, a mój zasób słownictwa skurczył się do maksimum. Nie mieliśmy podziału na podstawę i rozszerzenie, dlatego może udało mi się uzyskać taki, a nie inny wynik. Miłe zaskoczenie na koniec dnia! :) Po panice i ogólnym niezadowoleniu z siebie i zestawu, który wybrałam - ostatnie zadanie odnosiło się do znaków drogowych, a z tego, co pamiętam styczność z powyższymi miałam w podstawówce przy zdawaniu na kartę motorowerową (2 błędy! nie zapomnę tego nigdy :)). Jakoś wybrnęłam, ale samo to przerażenie, że będę miała jakieś marne procenty za tyle pracy, ile włożyłam w przygotowania i godziny spędzone z korepetytorką na ćwiczeniach... Nie warto tak się przejmować. Ostatni egzamin, a chyba to całe napięcie, które próbowałam wyprzeć z umysłu skumulowało się i musiałam je rozładować właśnie w ten dzień. No nic to, koniec końców wyszło bardzo dobrze. :) Czyli jednak odrobina paniki nie zaszkodzi!
J. NIEMIECKI: Pokusiłam się na rozszerzenie, chociaż z rodziną, którą mam w Niemczech nie utrzymujemy żadnego kontaktu, a wszystkie moje seriale, które namiętnie oglądałam i oglądam, są w większości usytuowane w krajach anglojęzycznych, więc nici z prób wtłoczenia się w niemiecką psychikę. Starałam się jak mogłam najlepiej. Dodam, że opowiadanie o robocie, który ratuje dom przed ruiną, z powodu tego, że sąsiedzi chcieli go zniszczyć nie pobudził odpowiednio mojej wyobraźni. Zapomniałam jak jest zapalniczka i napisałam, że w ręku trzymał... ogień. WTF?! Może mi to jakoś uznają... ;) 16 maja - moje urodziny, które były najdziwniejsze na świecie. Rano spałam, potem pojechałam męczyć umysł (rozszerzenie dopiero od 14:00), zacięły się 2 płyty, spanikowana pani prowadząca bała się, że mogą nam unieważnić. Trzy maturzystki kontra trzech egzaminatorów. Czułam się, jak zwierzę w ZOO, które jest wciąż obserwowane... Wróciłam do domu i jakoś tak. Niby urodziny, a wcale ich nie było czuć. Odbiję sobie w przyszłym roku! :)
A teraz wielkie odliczanie do jutra. Czas się zarejestrować na stronie uczelni i czekać. Ciekawa jestem, co z tych moich maturalnych wypocin wyniknie.
Wish me luck! :)
31 maja 2012
15 maja 2012
Das ist leichter gesagt als getan.
Korzystam z chwili, kiedy nie wisi nade mną żadna hiena żądna dostępu do Internetu i nie dyszy mi zapalczywie w kark, żebym już zeszła jej z komputera. Mój mózg świruje od dwóch dni. Jutro nadejdzie moment prawy... Matura z rozszerzonego j. niemieckiego coraz bardziej mnie przeraża. Nie przyłożyłam się do nauki, tak jak należało i zarywam noce, żeby chociaż spróbować nadgonić(ekhem...) 9 lat nauki. Nie ma lekko! Nie wiem sama, jaki obrać plan, czy skupić się jedynie na tym, żeby to dziadostwo zdać, czy jednak włączyć twórcze myślenie i nadal wierzyć, że mnie chociaż wezmę pod uwagę przy wyborze kandydatów na studia...? Pewnie i tak skupię się na drugiej opcji, za bardzo mi zależy! ;) Ale sobie pluję w twarz osobiście, że tyle dni zmarnowałam na błogim nieróbstwie. Wiem, że za rok mam szansę podejść do wszystkiego bardziej profesjonalnie, ale rok stracony i mi się jakieś małolaty wcisną w szereg... Podejmować się jakichkolwiek studiów nie chcę. Może to i dobrze, że mnie lekki stres motywuje? Może moje flow się podniesie jutro o 14:00? Oby, oby! Jak dotąd NIC mnie nie ruszyło. Nie mówię "hop", bo jeszcze ustny angielski, no ale z praktyki wiem, że im człowiek spokojniejszy, tym mu się to mniej opłaca. Je... desto - tak nawiasem! ;) Najgorsze jest to, że moja Rodzina naprawdę głęboko wierzy w to, że już w tym roku wyruszę w siną dal i będę walczyć ze studyjnym Potworem. Zielonego pojęcia nie mam, czy tak się tworzy przymiotnik od studiów. To nie jest tak, że ja nie wierzę, ale - bądźmy szczerzy - znam realia i nikt inny, lecz właśnie ja siedzę w salach i wylewam z siebie siódme poty, żeby "jakoś to było". Najbardziej mnie wkurza myśl, że mogłam jednak dopisać kilka przedmiotów. Och, Deklaracjo Maturalna, czemu termin Twojego złożenia tak przerażająco krótki się okazał?! Więcej przedmiotów, więcej możliwości. A tak, jeden cholerny upragniony cel. Marzenia się spełniają, ale trzeba im trochę czasu poświęcić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)