Anonimową A. pewnie znacie i wielbicie, tak jak ja to mam w zwyczaju, więc przedstawiać tej osóbki nie będę. Zostałam przez nią wkręcona do zabawy, która polega na tym, aby obnażyć choć trochę swoją duszę przed innymi. Do wyboru cnoty, fakty lub grzechy - ma być ich siedem, więc nie przedłużając, zaczynam!
1. Nie lubię się chwalić. Cieszą mnie osobiste sukcesy moje i bliskich mi osób, ale do szału doprowadzają mnie osoby, które przy pierwszym spotkaniu od razu zaczynają wychwalanie swoich cnót przede wszystkim. Rozumiem, że każdy chce się pokazać z jak najlepszej strony, ale... znajmy umiar. Często mam tak, że o niczym nie mówię, aż do całkowitego rozwiązania sprawy, nie wiem czemu. Żeby nie zapeszyć? Wysyłam prace na konkursy, milczę i czekam. Przychodzi czas wyników, uda mi się coś wygrać, cieszę się jak dziecko, ale nikomu nic nie mówię. Dziwne, ale taka już moja dzika natura. ;)
2. Jestem totalną hipochondryczką. Wyolbrzymiam i sama się nakręcam, chociaż tego nie cierpię. Coś zaczyna się dziać z moim ciałem, chociażby teraz, mam coś a la zajady w kącikach ust i już sobie wyobrażam Bóg wie co. Już sobie tyle razy wmawiałam, że chyba zaraz umrę, bo tak mnie brzuch boli, że pewnie mi wątroba wysiadła, bo jakieś plamy mi wyskoczyły na ciele po Grecji, to znając życie nowotwór skóry jest, bo tyle spędziłam czasu na słońcu, a codziennie zdarza mi się maksimum 5 minut na zewnątrz przebywać...
3. Nienawidzę, jak ktoś przy mnie chrupie chrupki. Kojarzycie "Flipsy"? Takie coś przypominające w smaku styropian? Brr! Nie mogę wytrzymać, jak usłyszę ten skrzyp przegryzanego chrupka w czyichś zębach. Aż mną telepie! To pewnie skojarzenie ze styropianem tak na mnie działa. Nie wiem od kiedy, ta moja nienawiść się zrodziła, pamiętam, że w dzieciństwie mi to w ogóle nie przeszkadzało, nawet budowaliśmy z tych "Flipsów" zwierzaki. Chrupek, ślina, chrupek i wychodziły jakieś żyrafy. :)
4. Kim to ja nie chciałam być, gdy byłam mała... Mało tych zawodów! ;) Moje zamiłowanie do majsterkowania i tym podobnych rzeczy sprawiło, że jako mała dziewczynka zawzięcie pomagałam Tacie przy układaniu ścieżki z kostek brukowych, chciałam mieć krzepę, to przenosiłam je z miejsca na miejsce, a ile frajdy z tym było... Koniec końców, opowiadałam wszem i wobec, że zostanę murarzem i nawet swój własny dom postawię. :) I nadal w głębi duszy w to wierzę! ;) Sobie będę łazić i układać pustaki na działce.
5. Zwierzęta towarzyszą mi od najmłodszych lat, ale w przeciwieństwie do mojego rodzeństwa, które wielbi koty (Siostra) i psy (Brat), ja kocham żółwie. Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszyłam, gdy spełniło się moje marzenie i dostałam na urodziny Tuptusia. Kochany, mały żółwik. Wspaniałe czasy... :) Szkoda tylko, że nie wiemy nadal czy zmarł śmiercią naturalną, czy przed zimą zapadł w sen przedzimowy (?) i zakopaliśmy go w ogródku... Mama twierdzi, że na pewno był martwy, ale ja nadal mam wyrzuty sumienia.
6. Dokładnie tydzień temu kupiłam pierwszy w życiu czteropak Żubra. Pani nawet o dowód nie poprosiła, widocznie ta moja powaga dorosłego bije po oczach ;D Albo tak staro wyglądam, who cares?;P Nie wzięłam dowodu ze sobą, a narzeczony siostry poprosił, żebym kupiła powyższy towar. Jak mi serce przy kasie waliło, aj! Pewnie w małym sklepiku osiedlowym to by nie przeszło, ale w dużym hipermarkecie, jak z płatka.
7. Jestem najgorszą marudą świata. Prawię sobie morały, rozkazuję głowie, żeby przestała myśleć i się sama nakręcać, a za dwa dni i tak marudzę. Mam pracę, ale mi się nie chce do niej chodzić, zaraz mi się w mózgu lampka ostrzegawcza pojawia, że:
a) nikt mnie nie zmuszał, żeby pójść pracować,
b) wielu ludzi marzy o tym, żeby zarobić w wakacje,
c) muszę cieszyć się z tego, co mam.
A ja za chwilę i tak swoje. Jakby mózg nie współpracował z językiem. Natura Polaka - marudy przewyższa. Koniec tej sagi na dzisiaj. Mam nadzieję, że ktoś będzie miał ochotę w to zagrać, serdecznie zapraszam wszystkim do wzięcia udziału w tej grze!
22 lipca 2012
16 lipca 2012
Ładowarka czy baterie?
Jeden z moich projektów wakacyjnych dotyczył tego, aby powrócić na chwil kilka do zatrzymywania mojej codzienności w formie migawek, zdjęć. Miałam ambitny plan, żeby zgapić odrobinę od Magicznego Domku i zamieścić chociaż jeden post, który przedstawiałby dzień z mojego życia.
Ot tak, dla uatrakcyjnienia nudy. Wstałam dzisiaj z pozytywnym nastawieniem, zapobiegawczo włączyłam wczoraj wieczorem ładowarkę z bateriami, żeby aparat kolejnego dnia śmigał jak zaczarowany. Całą noc się to ustrojstwo ładowało, a rano...
Pierwsza próba sfotografowania śniadania spełzła na niczym. Na wyświetlaczu pojawia się uparcie napis "Baterie wyczerpane.". Jestem trochę zawiedziona, bo miałam zamiar pstryknąć kilka naprawdę fajnych ujęć. Najgorsze jest to, że wczoraj wszystko pięknie działało, a dzisiaj jak na złość! Mam nadzieję, że chociaż Wasz poniedziałek udany. Mój, pomimo tego porannego incydentu nie jest wcale najgorszy, odpoczywam sobie, wcinam naleśniki... Jakoś leci. Chciałabym, żeby ten dzień trwał troszkę dłużej. Jutro muszę włączyć akumulatory mocy i... do pracy Rodacy! ;) Znowu się łapię na tym, że czas płynie zadziwiająco szybko, gdy jestem w domu, a powolutku się ciągnie, gdy odliczam niecierpliwie minuty do końca zmiany.
Wnioski na dziś? Wszelkie urządzenia podłączane do kontaktu to zło! ;)
Ot tak, dla uatrakcyjnienia nudy. Wstałam dzisiaj z pozytywnym nastawieniem, zapobiegawczo włączyłam wczoraj wieczorem ładowarkę z bateriami, żeby aparat kolejnego dnia śmigał jak zaczarowany. Całą noc się to ustrojstwo ładowało, a rano...
Pierwsza próba sfotografowania śniadania spełzła na niczym. Na wyświetlaczu pojawia się uparcie napis "Baterie wyczerpane.". Jestem trochę zawiedziona, bo miałam zamiar pstryknąć kilka naprawdę fajnych ujęć. Najgorsze jest to, że wczoraj wszystko pięknie działało, a dzisiaj jak na złość! Mam nadzieję, że chociaż Wasz poniedziałek udany. Mój, pomimo tego porannego incydentu nie jest wcale najgorszy, odpoczywam sobie, wcinam naleśniki... Jakoś leci. Chciałabym, żeby ten dzień trwał troszkę dłużej. Jutro muszę włączyć akumulatory mocy i... do pracy Rodacy! ;) Znowu się łapię na tym, że czas płynie zadziwiająco szybko, gdy jestem w domu, a powolutku się ciągnie, gdy odliczam niecierpliwie minuty do końca zmiany.
Wnioski na dziś? Wszelkie urządzenia podłączane do kontaktu to zło! ;)
13 lipca 2012
Rok w plecy.
Nie dostałam się.
Chociaż doskonale wiedziałam, że mam bardzo małe szanse to i tak przykro. Stracę rok czy go zyskam? Zobaczymy. Ode mnie teraz wszystko zależy. Po wczorajszym dniu Kamiennej Twarzy, w głowie kiełkują mi pomysły. No nic, trzeba się zebrać i je realizować, a nie rozpaczać nad rozlanym mlekiem. W głębi serca naprawdę wierzyłam, że ta szczęśliwa gwiazda, która zawsze jakoś nade mną czuwa... i tym razem mi pomoże. Muszę się jakoś porządnie zorganizować, żeby tym razem poszło dobrze.
Chociaż doskonale wiedziałam, że mam bardzo małe szanse to i tak przykro. Stracę rok czy go zyskam? Zobaczymy. Ode mnie teraz wszystko zależy. Po wczorajszym dniu Kamiennej Twarzy, w głowie kiełkują mi pomysły. No nic, trzeba się zebrać i je realizować, a nie rozpaczać nad rozlanym mlekiem. W głębi serca naprawdę wierzyłam, że ta szczęśliwa gwiazda, która zawsze jakoś nade mną czuwa... i tym razem mi pomoże. Muszę się jakoś porządnie zorganizować, żeby tym razem poszło dobrze.
5 lipca 2012
Chrup, chrup.
Otwieram białe drzwi lodówki. Mój wzrok lustruje z góry do dołu zawartość każdej półki. Zamykam drzwiczki. Grzebię ze znudzoną miną w szafkach kuchennych. Może coś mi umknęło za pierwszym razem? Wracam do lodówki. I tak ze trzy razy... Drzwiczki, lustrowanie, szafka kuchenna. Znacie reklamę, w której chłopak zagląda do lodówki i krzyczy: "Mamo, nie ma nic do jedzenia!", tymczasem soczyście zielona sałata, pięknie wyglądające ogórki i pomidorki prawie wyskakują z tej zimnicy, bo tak wszystkiego tam dużo? Dopadło mnie. Głód nudy. :) Może jakby była czekoladka to bym już pałaszowała, a tak... Jakoś dziś nie mój dzień na warzywa. Koniec końców - chrupię. Marchewkę. Pewnie zaraz znów zawędruję do kuchni i będę się przyglądać tym wszystkim produktom.
Oczami się jednak nie najem, nie ze mną te numery! ;)
I ciągle mi siedzi w głowie, to słynne: "Coś bym zjadła!".
Oczami się jednak nie najem, nie ze mną te numery! ;)
I ciągle mi siedzi w głowie, to słynne: "Coś bym zjadła!".
3 lipca 2012
Matura 2012 - wyniki.
Pewnie nie powinnam tak na forum, ale w zamyśle nie mam chwalenia się wszem i wobec wynikami, chcę je sobie zachować na pamiątkę i zmusić mózg do myślenia o tym, że za rok... poprawka! Tak, tak - nie mów hop, znam to. Jednak nawet do progu punktowego nie dosięgam, więc z góry mogę założyć, że żadna Dobra Duszyczka w postępowaniu rekrutacyjnym na studia, nie weźmie pod uwagę moich chęci, tylko owe wyniki maturalne właśnie. No nic. Czas się przyznać bez bicia, cóż to Majowa nawymyślała podczas tych wszystkich testów, egzaminów maturalnych.
Zacznijmy od matematyki, Królowa Nauk, do szczęścia mi niepotrzebna zdana na 72%. Nie wiem, czy to sukces, czy nie. Grunt, że zdana i więcej tych wszystkich funkcji na oczy oglądać nie będę musiała. Chyba, że Brat przyjdzie po pomoc. Może wtedy się skuszę, tak dla relaksu, rozrywki. Why not? ;)
Mój przecudowny język ojczysty, do którego to wyników (jeżeli chodzi o podstawę) miałam wagi nie przywiązywać wcale. Los sprawił, że pomyliłam epoki i spanikowana myślałam sobie, jak to będzie wspaniale poprawiać podstawę z polskiego, który nigdy większych problemów mi nie sprawiał. Udało się bez zbędnego panikowania - 81%.
Z rozszerzeniem z polskiego jakaś paranoja. Naprawdę liczyłam w duchu, że przekroczę magiczną liczbę 90. Ha! Nadzieja matką głupich, tak? 85% się kłania.
Przedmiot, do którego przygotowywałam się systematycznie i jestem dumna, jeżeli chodzi o ogólne postępy, które udało mi się poczynić, nie spełnił (po raz kolejny) moich oczekiwań. Od początku wiedziałam, że siedzenie w ostatnim rzędzie nie sprzyja mojemu rozumieniu ze słuchu. Bingo - 92% z podstawy z języka angielskiego. Stracone 8%. Sick!
Czas na Przedmiot Wieczoru, język niemiecki, który śnił mi się po nocach, przez który plułam sobie w twarz, że ja tej matury po prostu nie zdam! I co? 77% na poziomie rozszerzonym! Szok i zadowolenie ogólnie, połączone z lekkim niedosytem. Bo, a nuż mogłam się bardziej postarać.
Najśmieszniejsze kąski zostawiam na koniec, a jakże! Osoby, które mnie znają, wiedzą, że pewniej czuję się, jeśli mogę coś przedłożyć na piśmie. Słowo pisane jest dla mnie lepsze, aniżeli mówione. Przecież na piśmie się jąkać nie da i jakoś tak... wygodniej ze wszystkim! :) Do egzaminów ustnych podeszłam zatem z odrobiną niepewności. I co? Pstro. Język polski ustny zdałam śpiewająco - 100%. Temat, nad którym walczyłam przez kilka dni, poganiana przez bliskich, że "jak to tak, matura za kilka dni, a Ty nawet pracy nie masz gotowej?!". Angielski ustny poszedł mi równie dobrze, chociaż spanikowana siedziałam przed klasą już PO. Wydawało mi się, że tam ledwo jakieś 2 ambitne słowa wydukałam, a jednak chyba nie było tak źle, skoro do koszyka z wynikami wpadło 97%. Czemu to wszystko takie niby śmieszne? Te wyniki mi się nigdzie nie liczą, są po prostu jak kwaśna wisienka na torcie, przez którą się krzywię niemiłosiernie...
Zła jestem ogólnie na siebie. Na progi punktowe. Nie chcę iść na obojętnie jakie studia. Chcę na sinologię i już! I chociaż bym chciała poruszyć niebo i ziemię, to nic nie zrobię. Pozostaje mi tylko czekać z kwaśną miną i wierzyć w niemożliwe.
Zacznijmy od matematyki, Królowa Nauk, do szczęścia mi niepotrzebna zdana na 72%. Nie wiem, czy to sukces, czy nie. Grunt, że zdana i więcej tych wszystkich funkcji na oczy oglądać nie będę musiała. Chyba, że Brat przyjdzie po pomoc. Może wtedy się skuszę, tak dla relaksu, rozrywki. Why not? ;)
Mój przecudowny język ojczysty, do którego to wyników (jeżeli chodzi o podstawę) miałam wagi nie przywiązywać wcale. Los sprawił, że pomyliłam epoki i spanikowana myślałam sobie, jak to będzie wspaniale poprawiać podstawę z polskiego, który nigdy większych problemów mi nie sprawiał. Udało się bez zbędnego panikowania - 81%.
Z rozszerzeniem z polskiego jakaś paranoja. Naprawdę liczyłam w duchu, że przekroczę magiczną liczbę 90. Ha! Nadzieja matką głupich, tak? 85% się kłania.
Przedmiot, do którego przygotowywałam się systematycznie i jestem dumna, jeżeli chodzi o ogólne postępy, które udało mi się poczynić, nie spełnił (po raz kolejny) moich oczekiwań. Od początku wiedziałam, że siedzenie w ostatnim rzędzie nie sprzyja mojemu rozumieniu ze słuchu. Bingo - 92% z podstawy z języka angielskiego. Stracone 8%. Sick!
Czas na Przedmiot Wieczoru, język niemiecki, który śnił mi się po nocach, przez który plułam sobie w twarz, że ja tej matury po prostu nie zdam! I co? 77% na poziomie rozszerzonym! Szok i zadowolenie ogólnie, połączone z lekkim niedosytem. Bo, a nuż mogłam się bardziej postarać.
Najśmieszniejsze kąski zostawiam na koniec, a jakże! Osoby, które mnie znają, wiedzą, że pewniej czuję się, jeśli mogę coś przedłożyć na piśmie. Słowo pisane jest dla mnie lepsze, aniżeli mówione. Przecież na piśmie się jąkać nie da i jakoś tak... wygodniej ze wszystkim! :) Do egzaminów ustnych podeszłam zatem z odrobiną niepewności. I co? Pstro. Język polski ustny zdałam śpiewająco - 100%. Temat, nad którym walczyłam przez kilka dni, poganiana przez bliskich, że "jak to tak, matura za kilka dni, a Ty nawet pracy nie masz gotowej?!". Angielski ustny poszedł mi równie dobrze, chociaż spanikowana siedziałam przed klasą już PO. Wydawało mi się, że tam ledwo jakieś 2 ambitne słowa wydukałam, a jednak chyba nie było tak źle, skoro do koszyka z wynikami wpadło 97%. Czemu to wszystko takie niby śmieszne? Te wyniki mi się nigdzie nie liczą, są po prostu jak kwaśna wisienka na torcie, przez którą się krzywię niemiłosiernie...
Zła jestem ogólnie na siebie. Na progi punktowe. Nie chcę iść na obojętnie jakie studia. Chcę na sinologię i już! I chociaż bym chciała poruszyć niebo i ziemię, to nic nie zrobię. Pozostaje mi tylko czekać z kwaśną miną i wierzyć w niemożliwe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
