Pewnie nie powinnam tak na forum, ale w zamyśle nie mam chwalenia się wszem i wobec wynikami, chcę je sobie zachować na pamiątkę i zmusić mózg do myślenia o tym, że za rok... poprawka! Tak, tak - nie mów hop, znam to. Jednak nawet do progu punktowego nie dosięgam, więc z góry mogę założyć, że żadna Dobra Duszyczka w postępowaniu rekrutacyjnym na studia, nie weźmie pod uwagę moich chęci, tylko owe wyniki maturalne właśnie. No nic. Czas się przyznać bez bicia, cóż to Majowa nawymyślała podczas tych wszystkich testów, egzaminów maturalnych.
Zacznijmy od matematyki, Królowa Nauk, do szczęścia mi niepotrzebna zdana na 72%. Nie wiem, czy to sukces, czy nie. Grunt, że zdana i więcej tych wszystkich funkcji na oczy oglądać nie będę musiała. Chyba, że Brat przyjdzie po pomoc. Może wtedy się skuszę, tak dla relaksu, rozrywki. Why not? ;)
Mój przecudowny język ojczysty, do którego to wyników (jeżeli chodzi o podstawę) miałam wagi nie przywiązywać wcale. Los sprawił, że pomyliłam epoki i spanikowana myślałam sobie, jak to będzie wspaniale poprawiać podstawę z polskiego, który nigdy większych problemów mi nie sprawiał. Udało się bez zbędnego panikowania - 81%.
Z rozszerzeniem z polskiego jakaś paranoja. Naprawdę liczyłam w duchu, że przekroczę magiczną liczbę 90. Ha! Nadzieja matką głupich, tak? 85% się kłania.
Przedmiot, do którego przygotowywałam się systematycznie i jestem dumna, jeżeli chodzi o ogólne postępy, które udało mi się poczynić, nie spełnił (po raz kolejny) moich oczekiwań. Od początku wiedziałam, że siedzenie w ostatnim rzędzie nie sprzyja mojemu rozumieniu ze słuchu. Bingo - 92% z podstawy z języka angielskiego. Stracone 8%. Sick!
Czas na Przedmiot Wieczoru, język niemiecki, który śnił mi się po nocach, przez który plułam sobie w twarz, że ja tej matury po prostu nie zdam! I co? 77% na poziomie rozszerzonym! Szok i zadowolenie ogólnie, połączone z lekkim niedosytem. Bo, a nuż mogłam się bardziej postarać.
Najśmieszniejsze kąski zostawiam na koniec, a jakże! Osoby, które mnie znają, wiedzą, że pewniej czuję się, jeśli mogę coś przedłożyć na piśmie. Słowo pisane jest dla mnie lepsze, aniżeli mówione. Przecież na piśmie się jąkać nie da i jakoś tak... wygodniej ze wszystkim! :) Do egzaminów ustnych podeszłam zatem z odrobiną niepewności. I co? Pstro. Język polski ustny zdałam śpiewająco - 100%. Temat, nad którym walczyłam przez kilka dni, poganiana przez bliskich, że "jak to tak, matura za kilka dni, a Ty nawet pracy nie masz gotowej?!". Angielski ustny poszedł mi równie dobrze, chociaż spanikowana siedziałam przed klasą już PO. Wydawało mi się, że tam ledwo jakieś 2 ambitne słowa wydukałam, a jednak chyba nie było tak źle, skoro do koszyka z wynikami wpadło 97%. Czemu to wszystko takie niby śmieszne? Te wyniki mi się nigdzie nie liczą, są po prostu jak kwaśna wisienka na torcie, przez którą się krzywię niemiłosiernie...
Zła jestem ogólnie na siebie. Na progi punktowe. Nie chcę iść na obojętnie jakie studia. Chcę na sinologię i już! I chociaż bym chciała poruszyć niebo i ziemię, to nic nie zrobię. Pozostaje mi tylko czekać z kwaśną miną i wierzyć w niemożliwe.