1 października 2012

Psychologia jest wszędzie.

Pisałam już o tym, że pierwsze zajęcia na moim kierunku studium to właśnie psychologia. Patrzę na plan, w sumie 30 godzin w semestrze, chyba tego nie przeżyję. Zaczyna się. Każdy się przedstawia, mówi, dlaczego wybrał ten, a nie inny kierunek. Mnóstwo osób, imion połowy nie pamiętam. Twarzy nie kojarzę, ale mam nadzieję, że będzie fajnie. W mojej grupie około 12 osób. Z kilkoma już rozmawiałam, zapoznawanie się z całą resztą zostawię na kiedy indziej. Przychodzi nauczycielka, przedstawia się. Terapeutka od uzależnień. Może być ciekawie. Siadamy w kółku, bo tak lepiej niesie się głos w sali. Mamy wszyscy na auli razem z masażystami i psychologami. Zajęcia łączone, poruszamy się po wielu płaszczyznach, ustalamy tematy, trzeba będzie oddać prace kontrolne. Ustne też musimy zaliczyć. Już mi się w głowie lampka kontrolna zapala. Ja mam wystąpić przed tyloma ludźmi? Sama? No nic, może jakoś przeżyję. Pierwsze zadanie w grupach, mamy określić kto jest naszym klientem i po co do nas przychodzi, czego od nas będzie wymagać. Zaczynamy od masażystów. Od podstawowych zagadnień do coraz bardziej kontrowersyjnych tematów. Tyle głów do myślenia, że wytwarza się mnóstwo kontrastowych opinii. Ja siedzę i słucham. Wolę tę pozycję niż włączanie się w rozmowę. To jeszcze nie mój etap, nie moja dziedzina. Fajne jest to, że każdy może się włączyć do dyskusji. Głos wiodący mają masażyści, ale najwięcej przemyśleń psychologowie. (Psycholodzy?) Ciśnienie się zwiększa, kiedy jest mowa o trudnych klientach i jak się zachować w sytuacji, kiedy dzwoni ktoś z pytaniem: "A Pani wszystko masuje?" (gdyby w ofercie salonu pojawił się masaż erotyczny). Kolej na nas. Podobno mamy najtrudniej, bo naszym klientem jest zarówno rodzic, jak i dziecko, którym będziemy miały się opiekować. Czyha na nas najwięcej pułapek, nie można sobie dać wejść na głowę. Afera o to, czy opiekunka ma opiekować się dzieckiem czy wychowywać? Z ciekawością słucham tych wszystkich opinii, które przelewają się jak fala tsunami przez salę. Z tłumu wyróżnia się kilka postaci, które mają coś do powiedzenia. Jednej pani najchętniej zakleiłabym usta taśmą klejącą. To ten typ człowieka, którego nie trawię. Gada, żeby gadać. Nie mam nic przeciwko starszym osobom, które chcą się uczyć, ale nie powinny wczuwać się w rolę nauczyciela. Od tego jest inny kierunek. ;) Rozumiem, że można chcieć brać udział w rozmowie, ale nie zawsze, to co chcesz powiedzieć, oznacza, że mówisz mądrze. Czasem lepiej przemilczeć, prawda? Ostatnia klient i dyskusja osiąga level hard. Psycholog to postać, która będzie musiała grzebać w duszy i umyśle klienta. A co, jeśli pojawi się postać agresywna? To zależy, masażyści są za tym, żeby "przypier*olić" takiemu w łeb. Starsze pokolenie (i ja ;)) buntujemy się, że agresja rodzi agresję. Pojawia się też wersja z przekleństwami: "Weź się człowieku, ku*wa uspokój!". To może zadziałać w dwie strony: albo się delikwent wybije z rytmu i uspokoi albo... możemy napotkać na przemoc. Podobało mi się też podejście jednej z dziewczyn, kiedy mówiła, że psycholog musi mieć w sobie coś z aktora, trochę inaczej bym to ujęła, bo po tym jak to powiedziała od razu odezwały się głosy oburzenia, że jak to, a jak ktoś się zorientuje, że grasz? Ja bym bardziej stawiała na to, że psycholog powinien umieć wczuć się w sytuację, zapoznać ze środowiskiem danego klienta. Wiadomo, młody narkoman nie otworzy się przed facetem w garniturze, który będzie tylko potrafił posługiwać się Wysoką Mową, bo bez "ę i ą" to nie można. Sześć godzin minęło błyskawicznie, tylko niewygodne krzesła były i pod koniec się kręciłam, jakbym owsiki miała. Kilka innych osób też. ;) Mam na koniec tylko takie pytanie - uczestniczyłam kiedyś w warsztatach, tematem przewodnim był wolontariat, ale tej psychologii też trochę liznęliśmy. Edyta, nasza prowadząca na wstępie wskazała z 5 osób, które od razu dobrze się czuły w naszym towarzystwie, dopiero potem powiedziała dlaczego. Bo nie krzyżowały nóg i rąk. Powiedzcie mi, jak to w takim razie wygląda, jeśli ja nie lubię po prostu siedzieć rozwalona na krześle jak faceci? Noga na nogę to u mnie podstawa, czy w domu siedzę, czy w autobusie, czy w obcym miejscu. To znaczy, że ja się zamykam na wszystkich, czy jak? Obserwuję innych i niektórzy faktycznie siedzą w pozycji otwartej, ale dla mnie to trochę jednak takie... nie bardzo efektowne, przynajmniej u kobiet, jak siedzą mniej więcej tak (jak ten pan).