Chciałam stworzyć kartkę z pamiętnika leniwego "kotecka", ale mi nie wyszło. Mam blokadę. Stukam sobie w klawiaturę, wiedząc, że pójście spać Zaraz przeciągnie się w Za chwilę, które to nastąpi po dwugodzinnych zmaganiach z odlepieniem mikro - myszki od mojej dłoni, gdzie kolor nowego lakieru (Extra Long, 005, bodajże) do paznokci niesamowicie zlewa się z odcieniem mojej skóry, co daje cudowny efekt bezpazurzystości. Marzy mi się... aerobik. Chciałabym bujać się w rytm piosenki, kontrolując odruchy ciała, wyrzuty, stepy, wymachy rąk z grupą nieznanych ludzi. Wyzwolić w sobie pozytywną energię. Zmęczyć się, ale nie umierać z przemęczenia, o!
Nie lubię dwóch uczuć związanych z moim brzuchem: jedno dotyczy bulgotania, tudzież burczenia na lekcjach, co wpędza mnie w zakłopotanie i zagłusza pewnie tok myślenia mojej Ławkowej Towarzyszki (najgorsze jest to, że temu procesowi burczenia, towarzyszy zwykle wybuch niekontrolowanego śmiechu, więc siedzę, burczę i się duszę, bo na głos nie wypada się śmiać, a próby uciszania żołądka, jakoś nigdy nie skutkują. Ja nie wiem, jak to się dzieje...), natomiast drugie denerwujące uczucie to pełny brzuch, taki... słowa mi brakuje. Wzdęty, wydęty, wypełniony, najedzony? Taki, kiedy aż oddychać nie umiem i spać mi się chce, po przejedzeniu. Teraz tak mam i usnąć nie dam rady albo będę spać jak bobas. Powietrza! Słońca, muzyki! Plotek! Zakupów! Słodyczy nietuczących! No, to się dowiedzieliście, czego (znowu) chcę i możecie iść spać. Moja nowa lokatorka macha futrzastą łapką i posyła mokre całuski. ;)
Starszawy łańcuszek.
Łańcuszek... Na czym polegają takie specyfiki, raczej każdy wie. Z racji tego, iż zostałam klepnięta na początku przez Anonimową, a nie wiem, gdzie są pytania, bo oczywiście zapodziałam (jakżeby inaczej?), więc odpowiem na te z bloga Marty, a nuż okaże się, że to te same? Oby!
4 seriale/programy, które oglądam:
Niby nie samymi serialami człowiek żyje, a jednak... kolejny odcinek czeka na załadowanie. ;) Czas pędzi jak oszalały podczas patrzenia na: Gotowych na wszystko chirurgów w śpiewającym mieście kotów, czyli rutynowo: "Desperate Housewives", "Grey's Anatomy", "Glee" i "Cougar Town". Odprężające i (nie)odmóżdżające perypetie. Jeszcze nadprogramowo "Bones" moje kochane.
4 rzeczy, które mnie pasjonują:
Leżenie plackiem pod kołdrą z kubkiem kakao i książką w dłoni, pokonywanie stosów kilometrów od domu, czyli podróże te duże i małe. Zatrzymywanie magicznych chwil i uśmiechniętych gęb (gąb?) w postaci zdjęć. I blogowanie, pisanie, nadawanie cudownym momentom charakteru i ubieranie je w słowa. Ołówek i klawiatura to moje dzieci.
4 sformułowania, których używam:
Najczęściej i z największą czcią wypowiadam: "Jak mi się nic nie chce.". Oprócz tego nie zauważyłam jakichś specyficznych skłonności do stosowania non stop tych samych sformułowań, ale kiedyś miałam totalną fazę na słowo "żądam" z akcentem na "Ja". Poza tym na upartego mogłabym skusić się na wpisanie tutaj "spadaj" i przedłużone "o nieeee".
4 rzeczy, których nauczyłam się w przeszłości:
Hmm... Ciężko tak jakoś dokończyć. Niech będzie, nauczyłam się, że z biegiem czasu inaczej odbieram pewne zdarzenia. Nie warto ryczeć w przedszkolu, bo się komin trzęsie. Obrażanie się jest bez sensu. Brak snu potęguje wykorzystanie resztek pozytywnej energii w przeciągu dwóch do trzech godzin, w związku z czym potem rozpoczyna się faza: MARUDA.
4 miejsca, do których chciałabym pojechać:
Chiny, Grecja, Japonia, Hawaje.
4 rzeczy, które robiłam wczoraj:
Pracowałam, jadłam pyszne ziemniaki z górą sałaty, szukałam wiadomości na WOS i cieszyłam się jak głupia, że leci nowa seria "Kości".
4 rzeczy, które kocham w zimie:
Bałwany za oknem, atmosferę rodzinną, brak wyrzutów sumienia z powodów zjadania góry ciasta, ogromne ciepło bijące z kominka po przyjściu ze spaceru.
4 rzeczy na liście moich pragnień:
Facet, studia, wymarzone wakacje i dobra trwająca 48 h.
Taka jakaś.
Wyprana z wszelkich emocji i uczuć. Z poharatanym przez frytki podniebieniem. Załamana próbami zmieszczenia się w jeansy numer czterdzieści dwa. 42!!! Zmęczona ostatnim dniem ferii, który wbrew pozorom nie był najgorszy. Użera się ze ściągami z chemii i referatem na religię, przeklinając dzień, w którym powiedziała sobie: Jutro na pewno to zrobię. Myśląca, marząca, przymulona i jakaś taka... BLE. Ale koniec końców: Wszystko Będzie Dobrze. ;)
Wędrujący wirus.
Nie czuję. Nie słyszę. Charczę, świszczę, bulgoczę. Czytam i oglądam. Scenariusz, który każdy dobrze zna... Najpierw pojawia się męczący, otumaniający, zamieniający człowieka w marudę, ból głowy. Potem w nosie pojawiają się hektolitry kataru, śpisz albo chociaż próbujesz udawać, że drzemiesz z otwartą buzią, łapiąc powietrze. Budzisz się z pustynią w ustach. Następnie po zużyciu 20 paczek chusteczek higienicznych, zdajesz sobie sprawę, że w gardle pojawiła się jakaś gula, coś cię drapie. Próbujesz przełknąć ślinę i marszczysz się, jak przy zjadaniu plasterków cytryny. Nic ci się nie chce, charczysz, świszczysz, bulgoczesz. No i moja ''ulubiona'' część - przebijasz w marudzeniu i byciem zmierzłym nawet smerfa Marudę. No tak. Czuję, że wiosna zbliża się wielkimi krokami. Nie pozostaje mi nic innego, jak oddać się melancholii i przepędzić zarazki, a potem w ekspresowym tempie łapać promienie słońca.
Bieżące życie ogranicza się do: braku funduszy na komórce, "Gringo wśród dzikich plemion", "Lalce", "Frankiego Furbo" (kocham, wielbię!), "Seven", wędrówkach do kuchni po kolejne kubki herbaty, podziwianiu słodyczy, które Pan Waldek* podarował mnie i Oli z pobytu w Chinach, a także na innych takich bzdetach. Jest dobrze. Zaraz jeszcze T., wybiera się do apteki, aby ulżyć cierpieniu swojej ukochanej Córki i dzięki kolorowym tabletkom sprawić, że z charczącego potwora przemieni się w egzystującą i niemarudzącą siedemnastolatkę. Dotarło do mnie właśnie, że kalendarz Oli zaciął się na lutym. Dziwne. ;) Chociaż w sumie... Widnieje tam taki słodki, trochę otyły kociak. Ma urocze wielkie oczka, puchatą szyję i śmieszne łapki.
*Opowieści o indywiduach mojej pracy może będą w kolejnym poście, jeśli będziecie chciały posłuchać. Poczytać - znaczy się.

Na moim parapecie wyrósł jakiś włochaty kwiatek. Chociaż ostatnimi czasy wygląda jak kurczak (określenie nadane przez Adasia), po wizycie u "fryzjera". Ktoś wie, co to za odmiana? Podpowiem, że nie lubi wody, kocha wygrzewanie się w słoneczku i odżywia się kilka razy dziennie pasztecikami. Czekam na propozycje. ;)
Garść myśli gibona.
Niewiasty blogowe uciekają z Onetu, jak to tak można? Serce mi zamiera! Po dzisiejszym dniu powinnam mieć ręce jak gibon. Do kostek. Z racji tego, że moja wizyta w bibliotece ZAWSZE kończy się tak samo, powinnam mieć zakaz wstępu albo narzucony limit. To znaczy: idę po zarezerwowane książki i nagle w mojej torbie znajduje się kilka dodatkowych tytułów, z czego przynajmniej dwa ważą tyle, co mój plecak w środę. Aha, widzę iskrę współczucia w Waszych oczach. Środowa waga plecaka to nie przelewki! ;) Wypożyczyłam same przepiękne pozycje: Rio Anacondę, Singapur czwarta rano, Wśród kanibali, Opowieść o kobiecie spod znaku Ognistego Konia, Blondynka na Czarnym Lądzie, Amazonka. To nic, że mam dziesięć tysięcy książek do przeczytania, a 20 stron (ostatnich) "Lalki", tkwi nie tknięte. Chyba jestem uzależniona. Jakby taszczenia tych tomiszczów nie było mało, zostałam wysłana z misją specjalną do "Biedronki" (termin: zakupy brzmi zbyt banalnie, of course). Cudnie jest! ;) O nieee... Wiecie co się dzisiaj stało? Nie musiałam udawać, że umiem odbijać na WF piłką do siaty górą, dołem, górą - dołem po 15 razy, bo musieliśmy iść grać. Tere - fere - ku - ku.
Nawet nie zdajecie sobie sprawy, że człowiek w czasie nudy może samoczynnie, bez zmuszania swego jestestwa, odrobić ZADANIE DOMOWE, chociaż na drugi dzień nie ma szkoły, tylko kino. Tak, też się sama dziwię. W każdym razie byłam w świetlicy. Adik strzelał nazwami jakiś bajek, a raczej postaci. Chyba o jakieś roboty chodziło. Potwierdziłam, że jest przeokropnie silny, po czym prawie musiałam zbierać go z podłogi, jak wykonał improwizowane pompki. Zdolny aniołek! ;) I nie mogę się napatrzeć na małego Bartka (ma świetne okulary i skacze jak żaba), strzelając takie miny i boksującego powietrze, że... wymiękam! Takich facetów mi potrzebaaa! :P
Sama sobie życzę powodzenia.
Jak mi dzisiaj jest przeraźliwie zimno! Marzę o słońcu, roztańczonych promykach na niebie. Postanowiłam podzielić się moimi planami w sferze filmowej i książkowej. Tytułów wymieniać nie będę, bo to prawdziwa Niekończąca się opowieść, ale imponujące liczby i Top Nazwy się przydadzą. Patrzcie i oczom nie wierzcie: 386 filmów (z czego jeden się ładuje i już zacieram rączki, co z tego wyniknie), a także 947 książek (słyszę już te ''prychy'' niezadowolenia i niedowierzające życzenia powodzenia, easy dzieciaczki! Co ma być to będzie, a jak nie, to podrzucicie mi listę do trumny, żeby mi się nie nudziło :P). Ja tam swoje zrobię w swoim czasie. Z chęcią za to, przedstawię fakty z życia wzięte, czyli innymi słowy przetestowane, tudzież zrecenzowane. Piję właśnie "Napój sojowy", który oprócz rutynowych składników, posiada witaminę E, B2, B12 i wapń. Nie pozostaje mi nic innego, jak odegranie na klawiaturze hymnu, na cześć owego napoju (tak na serio, to po prostu mleko jest). Totalnym fiaskiem w moim wykonaniu jest poranne wstawanie i zjadanie Najważniejszego Posiłku Dnia. Nie ma takiej siły, która zwlekłaby mój przyciężkawy tyłek z łóżka. Nie ma! Za to mam ochotę na olbrzymie wiosenne porządki, wielkie zakupy, rewolucję w pokoju i ziszczenie się wakacyjnych planów.
Powinnam właśnie trząść biodrami w rytm Zumby, ale niewiasty zrezygnowały z powodu kobiecych dni i sama nie idę. Lepiej kręcić ''odwłokiem'' w towarzystwie! :P
PS Alutka jest o 0,5 litra lżejsza (dobrze mówię?). Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłam, z tego powodu, że ktoś dał sobie żyły nakłuć... :P Duma mnie rozpiera!
"Nie będę tłumaczył się, jak winny ktoś..."
Nie ogarniam tego systemu. Rano spowiedź, tak w tym roku zabrałam się za to naprawdę wcześnie. Wariactwo i poszukiwania zagubionych kluczy (przed kościołem, w kościele, na drodze), zakończone sukcesem zwieńczonym... skrytką w dziurze w płaszczu. Mam dziwne wrażenie, że to co piszę nie ma jakiegokolwiek logicznego sensu, ale dzisiaj to nie jest ważne. Następnie starcie z pękniętym paskiem (klinowym?), szalone poszukiwanie prezentów, osiem godzin życia mniej i przygody na stacji paliw. Pomoc byłego pana katechety, a potem Jednego Miłego Pana i Pomocnego Syna wyżej wspomnianego w (nie owijając w bawełnę), pchaniu auta. Nic z tego. Przerażenie i desperacja w oczach Blondi i rutynowo telefon do Przyjaciela (Tatoo, przyjedź po nas!). Odwalanie mantry na chodniku zdziałało cuda i tak oto zamiast zagłębiać się w aspekty religijne TYCH ważnych dni, po prostu cieszę się, że na reszcie jestem w domu. Może poza tym wyjątkiem, że już zdążyłam się pokłócić z M. Coraz częściej czuję, że nie umiemy się dogadać. To jest jak rzucanie bykowi czerwonej płachty przed nos. Non stop coś sprawia, że ja się wkurzam, razem powiemy coś głupiego i następują ciche minuty. Jak długo to jeszcze potrwa? Nie można znaleźć złotego środka? Chciałabym Wam życzyć wesołych, pogodnych, przede wszystkim mokrych świąt iwielu spotkań wieczorową porą w Biedronce. Wszystkiego dobrego i... wiecie jak się macie! ;)
PS Post słodyczowy się kończy, a moje marzenia o ptasim mleczku za niedługo się ziszczą! Jestem przeokropna. Idziemy święcić jajca. I marchewkę.
W tytule postu fragment "Alibi" Maleo Reggae Rockers. Chodzi to za mną od kilku dni.
"Mama zadumana cały dzień..."
Jestem przeciwna porannym maratonom i uświadamianiu sobie, że kto rano zaśpi, ten ma przekichane. Tak, tak. Ostatnio zaobserwowałam znaczną poprawę, jeśli chodzi o moje codzienne zrywanie się z łóżka i gnanie na złamanie karku, żeby tylko zdążyć na ten "cholerny autobus, który pewnie dzisiaj pojedzie punktualnie i będę musiała lecieć". Wyniki przedstawiały się bardzo inspirująco, aż do... dzisiaj. I powiem Wam tylko, że mi nogi wchodzą do... No, wiecie gdzie. Normalnie szok, z okazji przewspaniałego Dnia Matki nie dane mi było usiąść choć na chwilę w pracy, ale okropnie się cieszę, że córki i synowie pamiętają o tych swoich ukochanych rodzicielkach, które sobie żyły wypruwały przy porodzie i uraczą je miłą niespodzianką!
Jakieś fanaberie na tym blogu porobiłam z szablonem, no już trudno, musicie przeżyć. Przygotowania na imprezę powinny ruszyć pełną parą, ale coś znów jakiś zastój mamy. Na razie jednodniowy, ale sam fakt. A w niedzielę na parapetówkę. I odwieczne pytanie zadane w przestrzeń: kiedy na ploty??? Urodziny przeżyłam, wcale się jakoś doroślej nie czuję. Jest ok. ;) Lecę wyściskać M. i złamać zasadę: "Chwila przyjemności w smaku, lata tłuszczu na biodrach." Dzisiaj to mam tę cudną ideę w moim tłustym tyłku! ;D Cieście, nadchodzę! ;)
* tytuł postu z piosenki, którą w Świetlicy nas nauczyli ;)
Weź się w garść.
Zmiany, zmiany, zmiany. Chyba nadszedł czas na to, aby rezolutnie wziąć się za wszystko, co dusza postanowiła i zacząć działać, a nie siedzieć ukradkiem w kącie i z tej perspektywy spoglądać na własne, dotychczasowe życie. Mam tak strasznie wysuszoną skórę na dłoniach, że jakakolwiek styczność z watą, płatkami kosmetycznymi, chusteczkami sprawia, że moje zęby zgrzytają. Coś a la odruch na dźwięk skrzypiącego styrrropianu. Brr! Grecja zbliża się wielkimi krokami, a ja oczywiście znajduję się w totalnej rozsypce. Niecały miesiąc na to, aby kupić wszystkie ''must have'', ogarnąć duszę i ciało, przestać przejmować się zdaniem innych i uwierzyć, że już za kilka dni wakacje. I niech mi tylko ktoś spróbuje wmówić, że czas NIE płynie, biegnie, leci. Raczej nie wypada używać wulgaryzmów na blogu, ale jeśli znacie jakiś konkretny synonim słowa rozpoczynającego się od zap..., a kończącego na ...dala, to z niego chętnie skorzystam. Zawiodłam się na dzisiejszym repertuarze w TV. Są czasem takie dni, że człowiek czeka, aż w tym pudle pokaże się coś, co wywoła uśmiech na twarzy, a tu nic. Mowa tutaj oczywiście o "Rodzince.pl". Trzeba czekać i czekać. Nie wiadomo ile.
Muszę się ogarnąć. Muszę, muszę, muszę i chcę przede wszystkim. Koniec opierdzielania się dniami i nocami. Pewnie trafię tutaj jeszcze przed samym wyjazdem, aby pożegnać na moment TEN świat i powitać piaszczyste plaże i słoneczne uliczki Tego miasta, powleczone nutą tajemniczej przygody, czekającej tuż za rogiem. I znając mnie poinformuję Was, jak mi idzie ta cała praca nad sobą. Nie tracić nic z otaczającej rzeczywistości, no i Hakuna Matata!
Zapachowe upodobania i dyrdymały.
Umysł wypełniony myślami. Kręci mnie w nosie od tysiąca zapachów, które dzisiaj w pracy wypróbowywały panie i panowie na testerach. Począwszy od najtańszych podróbek na bazie spirytusu, aż po kwiatowe, letnio-wiosenne zapachy (ADIDAS Floral Dream - I love it!). Głowa mi pęka po 8 godzinach siedzenia w pomieszczeniu bez okien, gdzie powietrze się po prostu dusi, kisi, esencje zapachowe łączą się w swego rodzaju specyficzny odór, a niektórzy klienci zadziwiają mnie do tego stopnia, że zapominam języka w gębie. Otóż, pewna Starsza Pani wraz ze swym Mężczyzną, zawitała w progi "mego" boksu z zapytaniem, czy posiadam w sklepowych zbiorach butelczynę CUBY (bardzo męski, ciężki zapach). Rozkładając na ladzie wszelkie rodzaje wyżej wspomnianego produktu, lawirowałam między biurkiem, a półkami, święcie przekonana, że chodzi o podarunek dla Towarzysza Starszej Pani. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że produkt zawładnął sercem owej Pani do tego stopnia, że porzuciła wszelakie lekkie, specyficzne zapachy kobiece, na rzecz owej Cuby. No cóż, co kto lubi... ;)
Lubię, kiedy w kinie jest promocja i bilety kosztują tylko 13 złotych. Lubię przystojniaków na wielkim ekranie i tych, sprawdzających bilety przed wejściem na salę. Nie lubię, kiedy zęby stukają mi o ściankę kubka, gdy piję herbatę, ani tego, że Pustynia Błędowska nie jest pustynią, a tym bardziej nie cierpię rozdwajających, łamiących się paznokci.
I jeśli JESZCZE RAZ, ktokolwiek zapyta mnie, kiedy znajdę sobie faceta, to nie ręczę za siebie.
Chciałabym jechać do ZOO do Opola, ważyć 50 kg, nie martwić się niczym i przestać robić rzeczy, których potem mogłabym żałować, uśmiechać się bez podwójnego podbródka, przestać porównywać się z innymi i zjeść nocą miskę truskawek podczas oglądania bajek Walta Disneya. Adieu!
Przerwana cisza.
Melduję, że jestem i nie zapomniałam o tym tutaj, miejscu mym własnym, prawowitym. Historii do opisania i myśli kłębiących się pod mą wypłowiałą łepetyną całe mnóstwo. Tylko wystarczy porządnie ubrać w słowa. A zdjęcie to dopiero zapowiedź... ;) Przedobrzyłam z tym niepisaniem. Ogarnę się za kilka dni. Słońca potrzeba mi.
In The Summer Sun Of Greece
Czasem wystarczy lekki powiew wiatru w strasznie upalny dzień, aby przypomnieć sobie miejsca, w których byliśmy... Wczorajszego wieczoru postanowiłam, że wreszcie zabiorę Was do słonecznego Nei Pori, mojej małej Grecji. Koncert świerszczy za oknem przywołał tamte chwile. Przypomniały mi się od razu głośne cykady w Atenach, które zwiastowały bardzo gorący dzień. Co sprawia, że wakacje stają się fantastyczne? Wolność, swoboda, widok śladów stóp na piasku, wszechobecny luz i błogie lenistwo? A może wystarczy... Stellios tańczący makarenę przed naszym "apartamentem", podziwianie pełni Księżyca przy dźwiękach fal, plażowanie od rana do wieczora, wyznawanie miłości Grekom po grecku (Saga po), świeży chleb każdego poranka, krystalicznie czysta woda z Olimpu (u nas podanie kranówy do posiłku w restauracji zapewne by nie przeszło;)), wygłupy na promenadzie i gra w podchody wersja hard? Tak. To tylko nieliczne elementy Grecji, którą dane mi było poznać. Oczywiście, mam nadzieję, że na tym nie poprzestanę i jeszcze kiedyś uda mi się wrócić do tego kraju oliwek, gdzie w czasie sjesty na ulicach nie spotka się żywego ducha, za to nocą... Ach, greckie noce są warte poznania! ;) Atmosfera na targu, Kalimera, Kalispera, port w Pireusie, cudowne uliczki na wyspie Skiathos (razem z A. po prostu się w nich zakochałyśmy :)), radosne wołania "Polakos" na widok naszych ozdobionych twarzy w brody z pianki do golenia, wyprawy do Plata Monas i niewidzialne delfiny podczas rejsu statkiem. Mogłabym wymieniać bez końca... Migawki, momenty.
Nie opisałam tego tak, jak chciałam, jednak mam nadzieję, że chociaż zdjęcia odzwierciedlą w jakiś sposób moje uczucia. Muszę znowu zaprzyjaźnić się z klawiaturą.
Los Banditos i Indianie.
Zdążyłam zjeść obiad i jakoś tak mi się niewyraźnie zrobiło, że M. się zamartwia i tak zaniedbuję TEN świat. Postanowiłam trochę zwolnić i napisać tutaj cokolwiek, bo znając życie, skończy się wrzesień, a blog będzie świecił pustkami. Słoneczną Grecję pozostawiam za sobą, w przytulnej szufladce z dobrymi wspomnieniami. Żeby nie było jakoś tak niemrawo, opowiem Wam szybciutko o jednym z tych miejsc w Polsce, które warto odwiedzić. Chodzi o... Wioskę Indian, Raven Territory (http://www.wioskaindian.pl/). Co mnie tam aż tak urzekło? Ano Indianie, którzy dawali koncert. Grupa "Chirapa", gdzie jeden pan pochodzi z Peru (przesympatyczny uśmiech i te powalające dźwięki dzwonków, które miał przypięte do kostek), a reszta z Kanady (jeden z nich miał cudny głos, ale zrażał tym, że za zdjęcie z nim trzeba było płacić 1 dolara, czyli 5 zł - pieniądze wymieniane u Szeryfa). Traper, który jest profesorem i wypłukał w Meksyku ileśtam gram złota; Szeryf, który zachowywał się jak prawdziwy Szeryf; Syn Szeryfa, który rozlewał ogniste trunki (i czasem żałuję, że nie cierpię alkoholu ;D), przesympatyczna atmosfera i dużo atrakcji, tj. spanie w tipi, płukanie złota, dojenie krowy (sztuczna), itd.
Bukiet ekologiczny
Poezja młodopolska już za mną, teraz czas na dalsze zmagania ze szkolnymi Potworami. Oczywiście była jak to w naszej ławce, Wielka Improwizacja! Straszą tą maturą i straszą. Po co? Już i tak każdy ma rozdwojenie jaźni, bo musi wiedzieć, co chce zdawać, bo musi włożyć mnóstwo pracy w naukę. Bezsensu. Mój portfel od dłuższego czasu świeci pustkami. Ceny tych wszystkich repetytoriów... MNIEJSZA Z TYM. Pochwaliłam się już moim ekologicznym, osiemnastkowym bukietem, który otrzymałam od wujka S. i jego ekipy? Ja byłam nim oczarowana, nie wiem, jak Wy. ;)

Bzdety jesienne.
Za oknem szaro, ponuro. Wszystkiego się odechciewa. Jestem jak duże dziecko, marzy mi się rozkosznie ciepły koc, dobra książka i ogrooomny kubek herbaty. Zamiast tej przecudownej wizji, czeka mnie niemiecki, słówka z angielskiego, walka o granice na historii i ciemność w jądrze. Znaczy się "Jądro ciemności", oczywiście. ;) Nie ma ktoś ochoty na książkę za 10 zł? Zagapiłyśmy się z Olką i kupiłyśmy "Przepaść", którą już mamy w domu. A miałyśmy taką ochotę na coś porywającego... Skończyłam serię Karen Rose i szukam czegoś równie dobrego.
A jutro Glee!!! Nowy odcinek!!! I co, i co, i co? Są powody do radości. ;)
"Senny jestem cały dzień,
chce mi się spać..."
(O'REGGANO Kocham sen)
"Poczytaj mi..."
...kocie... Tak, Daisy jak na prawdziwą arystokratkę przystało chętnie zagłębia się w świat literatury, tudzież czasopism. Zrywam noc, oglądam "Kobietę na krańcu świata III", psuję oczy, wyłączam zmysły, słucham burczenia w moim brzuchu, przeglądam nowe przepisy na blogach, zastanawiam się nad kupnem czegoś z Bielendy i tak sobie myślę. Brakowało mi TAKICH nocy. Cisza, spokój, błogie lenistwo. Myśli sobie krążą gdzieś tam. Swobodne, nienatrętne. Regeneracja sił - part one.

Z archiwum J. Part I
Gdy spodoba mi się jakiś cytat, muszę o czymś pamiętać, stoję na przystanku w pochmurny dzień i nagle ogarnia mnie to dziwne uczucia, które mówi, że jeśli czegoś natychmiast nie zapiszę, będę bardzo, bardzo żałowała, wtedy męczę klawiaturę komórki i skrzętnie zapisuję, co w mej duszy gra. Jednak jak wszystkie tego typu sprzęty, także archiwum mojego telefonu nie wytrzymuje powoli nadmiaru myśli i dosłownie pęka w szwach. Gdzie indziej, jak nie tutaj mogłabym przenieść moje esy, floresy? Bez zbędnego przedłużania, zaczynamy!
A W SŁUCHAWKACH... Indios Bravos "Zabiorę Cię"
1. Książki, książki, książki: Pokusa istnienia, Sprzedane, Ile kosztuje człowiek, Ever. Nieśmiertelni, Pawilon kwiatu brzoskwini, 1Q84, Zazdrość kobieca, Baśń średniowieczna, Siewca wiatru, Magiczny świat bajek, Żar. Oddech Afryki, Chłopiec z latawcem, Krzyk młodych, Japoński wachlarz. Powroty, Tatami kontra krzesła, Podmorska wyspa
2. Cytaty:
"Że przez to mieli zwichrowane dusze i pokrętne serca..."
"Uroda bywa czasem o wiele chłodniejsza od najmroźniejszego dnia w środku zimy. To nie ona rozgrzewa, lecz prawdziwa miłość."
"Tylko idiota nie czuje strachu. Prawdziwa dzielność polega na tym, by przezwyciężyć swą bojaźń."
"Bo żyć z pragnieniem, by wyglądać inaczej, to chyba najstraszniejsza z piekielnych mąk. Jak to musi człowieka wyniszczać!"
"Ten wysunięty podbródek. No może trzeba by mówić o podbródkach, ale i z tego płyną pożytki. Podwójny podbródek świadczy o dobrobycie i zamożności, o tym, co Francuzi nazywają embonpoint - tusza, ciężar. Ludzie kogoś takiego szanują." (Wiosenna ofiara, M. Sandemo) - trzeba się czasem jakoś pocieszyć ;P
"Bardziej się lękam chłodu w twoich oczach,
Niż zimnych kling dwudziestu wrogich mieczy!
Ciepłe spojrzenie starczy mi za pancerz."
(Romeo&Juliet - kocham, kocham, kocham!)
"Gdy kobieta mówi do ciebie - słuchaj tego, co mówią jej oczy." (W. Hugo)
"Na księżycu czarnym wiszę, patrząc w gwiazd gasnących ciszę.
W mroku dumnym i bezgłośnym ze strzaskaną harfą snów płynę." (T. Miciński)
"Patrz, tam na ławce chłopiec z dziewczyną siedzą objęci.
I na nich księżyc rzuca odpryski astralnej rtęci." (J. Brzostowska)
"Wiadoma to w Rumunii rzecz, że po miejscu, na którym wytarza się koń nie wolno chodzić. Kto by zlekceważył wiedzę przekazywaną na ten temat musi liczyć się z przykrymi konsekwencjami. Konie biegają nocami swobodnie po górach, bywa, że dopadane są przez demony, czasem ociera się o nie sama śmierć. Tarzając się rankiem, chcą się oczyścić, lecz kalają w ten sposób ziemię, po której nie wolno w tym miejscu stąpać człowiekowi."
"Coś ci powiem, Dickie. Dobrze to zapamiętaj. Nikt nikogo nie może uwolnić z klatki, nawet lwa. Najważniejsze, żeby nie patrzeć na kraty, a tylko między kratkami. Bo jeżeli będziesz patrzył na kraty, to nigdy niczego nie dokonasz i nigdy nie będziesz szczęśliwy." (Stado, W. Wharton)
"Feel the heartbeat in my mind"
Niesamowite, jak szybko można uzależnić się od jednej piosenki. Słuchana w kółko, aż do znudzenia. A i tak ciągle przyciskam "jeszcze raz". Procesor mi buczy. Coś mu odwaliło... Wymuszam na wszystkich, żeby w tym roku określili konkretnie, co chcieliby dostać. Nie mam ochoty na coroczne wymyślanie, kombinowanie i kupowanie pierdół, z których każdy cieszy się przez chwilę, a potem to leży i się kurzy. Never again. Tegoroczne święta będą jakieś takie... puste? Zwolniło się miejsce przy stole.
Dzisiaj Mikołajki. Mam ochotę na powrót do przeszłości i to radosne oczekiwanie, kiedy wreszcie przyjdzie Pan z Siwą Brodą z Waty. Wtedy wszystko było prostsze.
Przenoszę się z Onetu. Muszę tylko uporać się z ogarnięciem tutejszej przeszłości, nie chciałabym tego ot, tak po prostu, stracić. Pewnie odezwę się, jeśli uda mi się wszystko doprowadzić do ładu. Zmiany wiszą w powietrzu. Ogólne, życiowe. Wszystko jedno jakie. Chciałabym gdzieś pojechać. Nawet na jeden dzień. Daleko. Gdziekolwiek.
Wesołych Mikołajek!