12 listopada 2013

Part III: Od spotkania do refleksji

Nadal w strefie marzeń i pozytywnych myśli. Listopad chyba będzie miesiącem fantazjowania o nierzeczywistości. Ostatnio jest jakoś tak miło wokół mnie. Dużo uśmiechów, dobrych słów. "Love is in the air..." i takie tam? Czuję tę energię i blask bijący od tych wszystkich ludzi wokół. Mam czas na spotkania, lenistwo, robienie setek rzeczy naraz i nierobienie niczego. Lawiruję wokół książek do nauki, powolutku zbliżam się do tego, żeby odkurzyć w pamięci te szufladki, które pomogą mi przygotować się do matury, bo w końcu... do trzech razy sztuka? 

A teraz posłuchajcie, jakież to moja wybujała wyobraźnia podsuwa ostatnio obrazy, myśli, słowa.

***

Spotkałam go dzisiaj… Dwa razy! Tak mieszanych uczuć chyba nigdy w sobie nie nosiłam. Muszę oduczyć się tego głupiego machania. Od razu widać, że jakoś inaczej niż inne na niego reaguję, a nie chcę, żeby się dowiedział. Nie jest mi to teraz do szczęścia potrzebne. Najpierw uśmiech, chwila konsternacji i… nie dość, że byłam zakręcona gorzej niż zwykle, to uciekłam. Musiałam odetchnąć głęboko, ogarnąć się chociaż odrobinę. Obłęd. Jakby mi ktoś położył cegły na klatce piersiowej. Oddychasz, ale ci ciężko, serce bije jakby inaczej, krew w żyłach pulsuje. O co tak naprawdę chodzi? Za drugim razem było lepiej. Krótka pogawędka, ale… Pamiętam jego słowa jak przez mgłę. Nie przeszkadza mi, gdy rozmawia z innymi, ale czuję się źle, gdy jego wzrok wędruje częściej w kierunku drugiego rozmówcy, jestem jakby zepchnięta na drugi plan. To dlatego, że wszyscy mówią mi, że jestem zbyt miła? Naprawdę trzeba pokazać charakterek, żeby facet cię zauważył? Nie wiem, nie rozumiem, nie chcę wiedzieć. Ale przykro, że w momencie można stać się niewidzialnym. Nie prosiłam o pelerynę – niewidkę, więc o co w tym wszystkim chodzi? 

Zrezygnowanie. To uczucie skumulowało się w ostatnich minutach spotkania. Odrzucenie? To chyba za duże słowo. Bo nic takiego się nie stało, wciągnął się w rozmowę z kimś, kto go bardziej zainteresował, kto ma coś ciekawego do powiedzenia, zaśmieje się w odpowiednim momencie. O co ja się złoszczę? O co mi tak naprawdę chodzi? Zbyt poważnie odbieram niektóre sygnały, analizuję, błądzę myślami nie tam, gdzie powinnam. I porównuję. O wiele za często. A obiecuję sobie ciągle, że się poprawię, że przestanę wiecznie użalać się nad sobą i w końcu zmienię w sobie te cechy, które tak cholernie mi przeszkadzają! Czy to naprawdę tak trudno ruszyć cztery litery i zacząć działać? Motywacja! Potem determinacja i prosto do celu… Dlaczego po tym, jak go spotkam nachodzą mnie takie życiowe refleksje? Niemożliwe, że działa na mnie w ten sposób. A w mojej głowie tylko myśli o tym, że mogłabym być chudsza, bardziej zmobilizowana, odważniejsza, otwarta, zabawna… Szlag mnie trafia, gdy pomyślę o tym, ile osób na świecie ma ten sam problem. Marudy. Wieczne marudy, które nie chcą nawet rozpocząć pracy nad sobą. Co powstrzymuje nas przed działaniem? Strach, lenistwo. A te dwa czynniki połączone razem tworzą Armagedon. Już od początku zakładamy, że nie potrafimy, nie damy rady, to nie dla nas, jesteśmy zbyt słabi, zbyt niepewni siebie. Widząc szczupłą dziewczynę na plaży, w głowie zapala mi się czerwona lampka. „Też chciałabym tak wyglądać.” I teraz pytanie, co mnie powstrzymuje? Wiem, ile wysiłku trzeba włożyć, żeby osiągnąć taką sylwetkę? Nie, bo nie próbowałam. Mogę sobie tylko to WYOBRAZIĆ. A jak bardzo moja wyobraźnia odbiega od rzeczywistości, o tym wiedzą chyba tylko najstarsi Indianie. „Dopóki nie poczujesz potu spływającego po czole i plecach, bólu mięśni, zakwasów i tego uczucia, że wstając rano, nie możesz sobie wyobrazić dnia bez treningu, nie mamy o czym mówić.” Dlatego nie jestem gotowa na żaden związek. Nie akceptuję siebie, swojego wyglądu, charakteru. Dopóki będę tak bardzo niepewna siebie, wstydliwa i nieśmiała, nie poznam nikogo z kim chciałabym się związać. Smutne, ale prawdziwe.