Zeszłoroczne wakacje były świetne. Ciągłe wyjazdy, śmiechy, mnóstwo zdjęć. Magiczne chwile pozostały w głowie. Jakoś tak... czas płynął wolniej, apetyczniej. Odkurzam albumy, przywołuję historie, uśmiecham się sama do siebie.
Nie mogę uwierzyć, że te wakacje, które miały być najlepsze w moim życiu (bo najdłuższe, bo szkoła się skończyła, zaczną się przygotowania do trybu studenckiego, ech...) nie mają w sobie nawet odrobiny tego czaru, mgiełki uroku, co poprzednie. Też jest dobrze, ale nie fantastycznie. Zbyt wiele niepewności, znaków zapytania, smutków, nerwówki, uczucia zawodu. Część spraw zostawiam za sobą, mam wrażenie, że odcinam od siebie przeszłość i niektóre postacie, które nie okazały się na tyle wytrzymałe i prawdziwe, jak myślałam. Czasem trzeba odpuścić, prawda? Zdawkowe uśmiechy, próba zainteresowania się czyimś życiem, chociaż tak naprawdę wiesz, że Cię to nic nie obchodzi. I tej drugiej osoby też. Trwam przy swoim, uodparniam się psychicznie. Jeszcze nie jeden raz dostanie mi się od życia. Nie odgradzam się murem, po prostu czekam na rozwój wypadków. Co będzie, to będzie.
Otwieram pudełko ze stertą nieuporządkowanych zdjęć. I marzę, żeby chociaż odrobinkę cofnąć czas...
Oczekiwania strasznie często mijają się z tym, co przyniesie nam rzeczywistość. Im bardziej chcemy, by coś było magiczne, niezapomniane, tym większe później rozczarowanie...
OdpowiedzUsuńTo jak, budujemy maszynę do przenoszenia się w czasie? ;)
Przed dwoma laty miałam identycznie, lepiej bym tego stanu nie ujęła. Jednak najlepszym sposobem na uniknięcie marazmu jest wzięcie byka za rogi. Wiem, że wiesz... tak tylko przypominam :) :*
OdpowiedzUsuńNajpierw myślę, że cofnięcie czasu byłoby czymś najlepszym. Ale potem uświadamiam sobie, że nie zmieniłoby nic.
OdpowiedzUsuń