O świętach już pisałam, więc przyszedł czas na Sylwester. Rano musiałam się już wcześnie zwlec z łóżka, żeby jechać do Karoliny ćwiczyć rzekomo układy.
Po zrobieniu postanowień w ekspresowym tempie, powiedziałam Oli, że wygląda jak baran (bo miała loczki), na co się obraziła i miała mnie głęboko i szeroko gdzieś. Zbytnio mnie to nie ruszyło, ale przypomniało mi się, że jedno z postanowień brzmiało: ,,Nie kłócić się.’’, przeprosiłam ją, ale była niewzruszona. Widzę teraz, jaką czasem potrafię być niewychowaną świnią. No cóż, czasem kłótnia otwiera nam oczy na rzeczywistość. Jakoś obyło się bez zbędnych rękoczynów i zaczęłyśmy miłą konwersację, aż tu nagle patrzę, a na zegarku prawie 19.00. Dzwonię i dzwonię, no i okazało się, że zepsuty dzwonek dziewczyny mają! Na szczęście Pani Mama usłyszała pukanie i obyło się bez stania na mrozie :P Bawiłam się świetnie, jedzenie full wypas, szczególnie shake (nie mam pojęcia, czy dobrze napisałam). Madzia była Królową Jajeczną i miała własne berło. Fafi jakaś taka nie do życia. Przez tą dietę na pewno! Obejrzałyśmy 3 filmy, z czego horror wyłączyłyśmy po jakichś 15 minutach. A ja odkryłam, że nie mogę tyle pić i jeść jednocześnie, bo potem mi się robi kula w brzuchu i muszę robić ciągle siu. Zabawa na sto dwa i nawet nie zasnęłyśmy.
Wiecie, niektóre kuchnie mają coś magicznego w sobie. Tak jest z kuchnią u Magdy i Ali. Normalnie jakiś magnetyzm! W każdym razie odbyły się rozmowy przy prostokątnym stole, z czego Weronika poszła spać, a Madzia usiłowała. W każdym razie życzę Wam, żeby następny rok i kolejny Sylwester okazały się wspaniałe, pełne śmiechu i radości. Spędźcie je w gronie przyjaciół, bo tak jest najlepiej. Szczególnie jak się gra w ,,Tabu’’.
Dylematy nastolaty i jak to jest wygrać milion.
Urodziny dziewczyn uważam za udane. Mam nadzieję, że prezenty się podobały. Trochę szalone zdjęcia powychodziły, ale to raczej normalka. Pizza była dobra, wiadomo - wegetariańska! Ferie mi się kończą, nie ma co. W sumie, jak zwykle byłam leniwa do granic wytrzymałości. Raz to nawet mi się prawie do piętnastej spać udało. Za niedługo będę rekordy bić.
Mam dylemat, który polega na wyborze wiersza na recytatorski. Bo z jednej strony podoba mi się poezja Phila Bosmansa, a z drugiej znalazłam intrygujący wiersz, pod tytułem ''Kałuża'' Szymborskiej. Prozę mam o Alicji, bo o złych dniach facetów gadać nie będę, a co! Chętnie wybrałabym się na długi spacer, zanim resztki śniegu są i zanim mam czas. W przyszłym tygodniu będzie istna masakra - sprawdziany, kartkówki, itd. Oby wytrzymać kolejne 8 tygodni...
Fajnie jest wygrać milion, w ''Milionerach''. Fajniej byłoby na żywo, ale w tej sprawie wolę żyć realiami. Ten cały kryzys w Polsce mnie martwi. Za dużo ludzi zwalniają. Rodziców to raczej dotyczyć nie będzie, no ale żal mi tych, którzy już zostali pozbawieni stanowisk. A przez Madzię i jej morał ''Nigdy nie wiesz, co się czai pod Twoim łóżkiem'', spać nie mogę! A jutro pobudka z rana. Kominiarze przychodzą.
Romeo, mata, wolontariat, orliki i cukierkowe gibisy!
Na matematyce było naprawdę wesoło. Angelice się cukierek do,,gibisu’’ przykleił. Nie umieliśmy znaleźć pani Matuszek, bo już pojechała do domu. A szkoda, bo mi się nie chce latać z tym prezentem dla niej. Wiadomo, że komputer w naszej klasie nie chodzi, istna masakra. Prezentacja się wczytywała ok. 40 minut i nic! Paranoja jakaś. No, ale przynajmniej mieliśmy chaotyczną godzinę wychowawczą. Co do tej maty – była przeprowadzona taka rozmowa:
Koparka: Patryk, przestań mnie macać!
W-ce: Patryk, skoro Marta nie chce żebyś ją dotykał, to jest molestowanie!
Ktośtam: Marta jest nieletnia jeszcze, to nie możesz jej molestować.
Angelika: Ale Karolina ma już 16, ją możesz…
Ja i Karolina: Angelika!
Tak się jeszcze nie uśmiałam nigdy na macie, bo przeważnie jest nudna gadka o autach, odśnieżaniu, prawo jeździe, itd. Kończę czytać kolejny raz ,,Romeo i Julię’’. Chyba najbardziej do gustu przypadł mi Merkucjo, te jego odzywki. No i wiecie, scena balkonowa jest boska! Zawsze chciałam mieszkać w domu, w pokoju z balkonem. A tak to gdzie mi mają te serenady śpiewać? Wiedzieliście, że orliki mają dzieci, z których starsze i silniejsze pożera młodszego? Fe! Jak można zjeść brata/siostrę?! A od soboty zaczynam z wolontariatem. Nareszcie!
Za mundurem panny sznurem.
Jak ten czas leci, dopiero niedawno ferie były, a tu już tyle dni za pasem. Masakra! Mam jakiś zastój umysłowy. Nic mi się nie chce, książki czyta mi się opornie, na kompie w ogóle nie siedzę. Ni to chandra, ni to licho. Tylko w kominku ogień trzaska. Jest w ogóle takie powiedzenie: ''Ogień trzaska"? Jakoś mi się nie wydaje, no ale trudno. Najgorsze w tym nic-mi-się-nie-chce, jest to, że marnuję czas. Mówię wam, beznadzieja jakaś. Przeszłam eliminacje z recytatorskiego. W piątek gadam. Kurde... Z jednej strony się cieszę, ale z drugiej i tak wiem, że nic nie zdobędę, bo co roku tam łażę i się nudzę niemiłosiernie. Teksty najchętniej powiedziałabym po swojemu, z gestykulowaniem, a można operować tylko głosem. Trudno i głupio tak zarazem. Mam ostatnio fazę jakąś... Dzień w dzień patrzę na ''Syrenki'' na Jetixie. Kiedyś były na tapecie "Odlotowe agentki", teraz ''H2O, wystarczy kropla''. I nie wiem czemu, ale lubię takie bzdurne historyjki. Kiedyś chciałam być syreną, więc wiecie. W tym jednym by się przydała moja szerokotyłkowatość, bo one i tak mają ogony szerokie. ^^
Jeszcze jedno - tytuł wziął się od tego, że mi się wydaje, że faceci w mundurach mają w sobie to "coś". Wystarczy popatrzeć na mnie i Olkę, jak na Tg jedziemy i przejeżdżamy koło wojskowej - wojaki mają w sobie nietuzinkowy magnes, aż szkoda nie popatrzeć!
Deptanie, choroby, osiemnastka Starej Rury, spektakl.
Już widać pierwsze oznaki przybywającej wiosny - przebiśniegi! Dużo się działo ostatnio, na Olki osiemnastce mi się podobało. Tyle mało ''wolnych'' facetów było. Ja i tak nie umiem w parze tańczyć, to jest normalnie porażka. Myślałam, że mnie przeciepnie! ^^ I podeptałam tatę, ale tylko trochę. W tym roku nie miałam na szczęście glanów, bo jakiś rok, czy dwa lata temu byłabym prawie zmuszona facetom buty pastować za owo deptanie... Taki już urok, no cóż. Ludzie na imprezie fajni byli. Na początku trochę sztywno było, ale w sumie mało kiedy na imprezach jest od razu tak, że wszyscy szaleją. Przynajmniej u mnie! A koleżanki Olki, kazały jej wyciągać klucz z kisielu. Co do przedstawienia ''Wrzuć luz'' to normalnie brak mi słów. Jak to mówi mój tata: ''Należy im się każdy grosz!''. Śpiewali, tańczyli i co tylko można!!! Szkoda tylko, że Karolina do domu pojechała, bo nie lubię w autobusie siedzieć sama. Wprawdzie siedziała koło mnie dziewczyna z I klasy, no ale wiecie jak to jest. Nieswojo... Ja nie wiem, jak to się dzieje, że tak często chora jestem. Już po trochu mam dość, tym bardziej, że wczoraj goście przyjechali, a ja musiałam siedzieć u babci, bo się bałam, że zarażę jeszcze Kubusia od Ani (ma 3 miesiące, więc wiecie). Ale śliczny jest! A Marcin mi wszystkie kolczyki pościągał! Ja już w sobotę zaczynałam nie kontaktować, więc nawet nie wiedziałam, co on tam wyprawia, a na wieczór przychodzę, a w kolczykach pusto... Masakra! No i ta moja grzywka mnie wkurza. Ja się chyba obetnę na łyso, bo to jest normalnie żal.
O fobiach rzeczy kilka i inne biadolenia.
Chciałabym już osiemnaście lat. I nie chodzi o to, że wtedy wstępuje się w ten dorosły wiek. Jakoś do tego specjalnie mnie jeszcze nie ciągnie. Ta osiemnastka jest mi potrzebna do tego, żeby móc oddać krew. Jak ostatnio przeczytałam gdzieś, że mała Lenka potrzebuje krwi, to normalnie coś mi się zrobiło. Bo jak tu pomóc, jeśli procedury na to nie pozwalają? Masakra...
Znalazłam szaloną stronę z niewiarygodnymi historiami, wydarzeniami, itd. Między innymi pisze tam, jakie są najdziwniejsze fobie. A więc mamy fobię przed techniką i jej osiągnięciami, przed śmiercią, pogrzebaniem żywcem (brr!), popełnieniem grzechu, chodzeniem, cudzą nagością, masłem orzechowym, piernikiem, trzema szóstkami i instrumentami kojarzącymi się z... członkiem. Ja się boję tylko pogrzebania żywcem, no i zamknięciem mnie w jakimś małym pomieszczeniu, albo jazdą windą. Klaustrofobia jest o tyle głupia, że ma się wrażenie, że ściany się schodzą.
Mam w poniedziałek sprawdzian z chemii, a jak na razie wiem, że węglowodory nasycone mają w zakończeniu -an. Znając panią K. uwali nam taki test, że nie będę wiedziała od czego zacząć... Jedyna pociecha to, że dostałam piątkę z referatu. W ogóle ja lubię referaty i rozprawki, jak mam pisać na określony, jasny temat. Przykładowo, teraz mamy określić, czy jesteśmy za czy przeciw alkoholowi? Mnie to do życia potrzebne nie jest, więc jestem przeciw. I już, bez żadnego rozwodzenia się nad problemem!
A teraz coś, o czym nie mogę zapomnieć myśleć. Olka opowiedziała mi, że widziała chłopczyka w wieku ok. 12 lat, na wózku inwalidzkim. Stała przy nim matka i rzuciła hasło w stylu: ''Trzymaj tę kartkę wyżej, żeby ludzie widzieli''. Potrzebne jej to było, po to, żeby upokorzyć własnego syna (nie jestem do końca pewna, czy byli spokrewnieni, ale na to wygląda). I jest to normalne? Takich ludzi ja bym najchętniej zrównała z powierzchnią ziemi. Nienawidzę czegoś takiego! Przecież to jest bezczelne i przekracza normy człowieczeństwa!!! Wyobrażacie sobie sytuację, w której jesteście niepełnosprawnym nastolatkiem, a bliska wam osoba każe zarabiać na spotkanym nieszczęściu? Chore! Tym bardziej, że osoby niepełnosprawne z reguły nie mogą znieść współczucia. Nie dziwię im się. Fakt, potrzebują pewnych udogodnień, ale myślę, że nie powinno się z nich robić, no nie wiem... Rzeczy, na której można zarobić? Staram się być tolerancyjna, ale niekiedy jest to niemożliwe. Przynajmniej w przypadku, gdy ktoś poniża innych.
Faceci - część pierwsza.
Jem sobie płatki i rozmyślam. Nie byłoby w tym nic dziwnego,gdyby nie to, że stałam się płatkożercą. Śniadanie, obiad, kolacja – to już sięzamienia w paranoję. Ale mogę sobie pogratulować – wytrzymałam bez słodyczy!Już nawet nie wiem, który dzień omijam wzrokiem czekoladę, ale dobrze mi idzie.Myślałam, że będzie trudniej. W końcu z przejściem na wegetarianizm, nie miałamtakich oporów, bo w końcu zwierzaki żyją i odczuwają ból, a czekolada… Pełza?:P Chyba tylko wtedy, gdy na nią patrzę. Ja mam dar pisania o duperelach, niewiem, jak to się dzieje, że zaczynam temat i mnie znosi na boki… No, ale wróć.Moje rozmyślania dotyczyły tego, że skończyłam czytać ,,Zmierzch’’. Muszęprzyznać, że mnie wciągnęło. Coraz częściej łapię się na tym, że marzy mi się nierealnamiłość. Taka z książek, bajek. Mam fioła na tym punkcie. Do wszystkich cudnychksięciów, rycerzy, doszedł jeszcze wampir.
Zestaw na całe życie, a co!
Jak powiedziałam O., że najbardziej pociągający w,,Zmierzchu’’ wydaje mi się Jacob, to stwierdziła, że ja to mam dziwny gust, co do facetów. Nie wiem, o co jej chodzi… Czasem muszę przyznać sama przed sobą,że takiego chłopaka – ideała, to ze świecą szukać. Mam kilka typów facetów, najgorsze jest to, że te wszystkie typy się nawzajem wykluczają! Masakra,jednym słowem. Na pierwszy ogień, niech pójdzie wspomniany Jacob. Myślę, że to przez to, że ja mam jakąś słabość do Indian. Naprawdę nie wiem, jak to się dzieje, że to, co nieosiągalne, wydaje mi się takie… Ciekawe, inspirujące. Drugi typ to oczywiście czarnoskórzy Murzyni. Wiadomo, że to właśnie oni mają najlepsze ciała, żadnych sterydów, ani innych takich. A przede wszystkim ich muzykalność – po prostu dech zapiera! No i… może to trochę egoistycznie zabrzmi, ale ja chcę mieć dzieci – Mulatki. Takie małe, słodkie szkraby. Poza tym, denerwuje mnie nietolerancja. Nie chcę nikomu utrzeć nosa, ba! Nawet gdybym znalazła swój ideał, nie wiem, czyby mnie zechciał. Zauważyłam, że gdy mi na kimś zależy (o facetów chodzi), to nie potrafię tak normalnie, jak zwykłe dziewczyny, zacząć działać, tylko od razu się odsuwam. Uciążliwe to, jak nie wiem co. Reszta rozmyślań, w następnym poście, bo wiem, że w święta nie wszyscy mają czas, aby czytać długie przemyślenia pokręconej dziewoi. Tylko jedno jeszcze – lubię ,,stare’’ słowa. Zacny, tudzież, bowiem – w potocznej mowie tak głupio to brzmi, a jak ładnie urozmaica wymowę!
Zaległości tygodniowe.
Targi edukacyjne były dziwne, szczególnie ten facet z Radzionkowa. Szalony był! Co tu dużo mówić, nie wydaje mi się, aby interesowało kogoś, co opowiadano o liceach, technikach, itd. Ja już sama nie wiem, gdzie mam iść. Te targi miały pomóc, a jeszcze bardziej namieszały mi w głowie. W Tg bardzo spodobała mi się wystawa o Kazimierzu Nowaku, ciekawie fotografie były. W szkole raczej nic interesującego się nie dzieje. Praktycznie na każdej lekcji mi się nudzi i wychodzi na to, że częściej gram w bitwę na kciuki, niż słucham o czym nauczyciele gadają. Męczy mnie to, tym bardziej, że za oknem słońce świeci. Zaczęłam śniadanie rano jeść, zanim do szkoły idę. Zdołałam wytrzymać tylko tydzień. Wolę się wyspać. ^^
Nagrałam film dokumentalny o mamie, tak mi jakoś znienacka to przyszło ;) W ogóle, mama stwierdziła, że nie może sama z nami zostawać w domu (w sensie bez Adasia i taty), bo my wtedy prowadzimy szalone rozmowy, żeby wiedzieć, czemu szalone, trzeba by tego posłuchać. ^^ K. przeczytała gdzieś, że naukowcy udowodnili, że jak się komuś dłużej w oczy patrzy, to się można zakochać. W niedzielę Kamiś u nas był! Jak on szaleje, biega, skacze, zrzuca wszystko!
Dzisiaj te zawody – chłopcy dali czadu! A. i reszta były literkami. Ja miałam być Y, ale w końcu nie wyszło. W Prima Aprilis była masakra – mama rano przylatuje i mówi mi, że wszyscy mają na pierwszą lekcję i zaspałam, to ja zryw z łóżka. Pani J. się dała nabrać, że ma coś we włosach, a K., że pani J. ją zapisała na konkurs.
,,Modlić się za zimnych i umarłych’’, ,,Księdzów pocieszać’’– Karolina
,,Co ty robisz?’’ ,,Stroszę piórka!’’ – Olka
Faceci - część druga i puma.
Skończyłam ostatnio na tych typach facetów idealnych. Skoro zaczęłam, to trzeba by to dokończyć. No więc… pierwowzór bóstwa brzmi mniej więcej tak: wysoki, brunet, sympatyczny, mądry, bystry, błyskotliwy, zabawny,wysportowany, muzykalny, lubiący dzieci, silny (żeby mnie umiał podnieść na ślubie), żeby miał to ,,coś’’ we wzroku! Taki Johnny Depp… Mmm, ubóstwiam tego faceta! A gdyby jeszcze grał na gitarze i skomponował dla mnie piosenkę…Takiemu mogłabym serce oddać! Kilka wad też by się przydało, ale nie chciałabym, żeby były zbytnio wyszukane. Z jednej strony marzy mi się facet,który byłby nieustraszony, przy którym czułabym się bezpiecznie, a z drugiej uśmiechnięty romantyk, który rzucałby od czasu do czasu epitety z Szekspira. No i właśnie tu zaczynają się tworzyć komplikacje – jeśli nawet wygląd się zgadza,to jak sprawdzić, to co jest w środku? Nie wiem. Boję się spróbować, bo… a nuż mnie odrzuci? Trudno jest być zabawną i optymistycznie nastawioną do świata,gdy zżerają cię kompleksy. Z reguły staram się nie przejmować, tym jak mnie ludzie widzą. Bo i po co? Ten czy tamta powiedzą, że przytyłam, tamci, że schudłam. I jak tu wierzyć ludziom? Świat został dziwnie skonstruowany. Niby równowaga musi być, ale jakim kosztem? Że jednego dnia wszyscy są mili, życie wydaje się być sielanką, a z drugiego to wszystko mija i pojawia się pustka? Człowieka podobno można łatwo rozszyfrować, a mnie się wydaje, że to nie jest takie proste. Tym bardziej, jeśli ma się kilka twarzy, kilka masek. Tak jak było w Shreku - ,,Za dnia księżniczką, w nocy zaś szkaradą’’. Niby wielu ludzi zna nas na wylot, a tak naprawdę nic o nas nie wie. Czemu? Bo my sami nic osobie nie wiemy :P Kto z ręką na sercu potrafiłby wytknąć przy wszystkich,swoje zalety i wady? Wzloty i upadki? Do tego nie jest potrzebna odwaga. Bo niby ,,Do odważnych świat należy’’. Czyli poza kilkoma wyjątkami, reszta ludzi zalicza się do tchórzy?
Poza tym, dzisiaj Śmigus – Dyngus. Już musiałam się dwa razy przebierać. A gdzie tam do wieczora! ;) Wczoraj było super, nagrywaliśmy film o pumie na wieczór, Adaś był reporterem, Gabryś szalonym kamerzystą, ja latałam z aparatem i czasem musiałam szeleścić czymś, że to niby puma.
A to kilka kwestii reportera:
,,Wezwij wsparcie, wojsko, nie poligon najlepiej!’’
,,Biała krew, specyficzna dla pum białych, które mają białaczkę.’’
,,Pumy widzą na szaro, ale te COMO* jest tak szare –spójrzcie na te loki – że żadna puma mnie nie zobaczy!’’
,,Tak zapierniczałem, tak biegłem…’’ – Adaś biegnie, nagle zza zakrętu wychodzą ciocia z wujkiem, niedoszły reporter w hop w krzaki!
,,Mam wizje! Mam wizje! Jedna puma, miliony!’’
*peruka od babci Marysi, która rzekomo miała być szara [jest brązowa]
Byle do wakacji?
W piątek mogłam z radością odtańczyć taniec hula - skończyły się egzaminy! Może ja za bardzo wyolbrzymiam, niby takie ''testy'' to nic wielkiego, ale jednak zawsze jest jakiś stres. Jak szłam z dziewczynami do sklepu po lizaki, to jakoś ni z tego, ni z owego, przypomniało mi się, jak musiałam kiedyś na koszu z M. i J. przebierać gacie w krzakach, bo nam się oranżada za bardzo na rowerze potrzęsła. A ja, jak najbardziej uważne dziecko, siadłam w mokre miejsce i wyglądałam, jakbym zrobiła siu. Ach! Przydałoby się teraz powiedzieć - "ale to były czasy!".
Z dziewczynami i szalonymi Sylwestrami, z dzikimi hasłami typu:
- Ja biegam 50 min/h. Nie, to chyba trochę za dużo!
- Ja też mam niebieski.
- Ja też mam zielony!
Mówienia ''No ej'' do pani S. Ja nie wiem, jak to się stało! :P
W ogóle, dużo by tego wymieniać! Z jednej strony to chcę już te wakacje, basen, spanie w namiotach, ogniska (w ogóle Fara sobie skarpetki przy ognisku spalił, Darek gadał :P), zakręcone wyprawy na Tg... A z drugiej, szkoda mi tych lat spędzonych w takim, a nie innym gronie. Na pewno będę tęsknić, mam nadzieję, że kontakty ze znajomymi się nie urwą, w końcu nie wyjeżdżamy na koniec kraju, tylko do innych szkół idziemy! No, ale dość smętnego myślenia i roztkliwiania się. Co za dużo, to niezdrowo!
Ryczałam niedawno przy "Szkole uczuć". Też bym chciała być w dwóch miejscach jednocześnie... Tata mi Tita III* kupił! Aha, aha! ^^ No i zrobiłyśmy z K. przez weekend 230 nienormalnych brzuszków, czyli 115 normalnych. Możecie być ze mnie dumni! Alutka, kiedy coś napiszesz? Bo przyjadę do ciebie i cię zmuszę :P Muszę jeszcze tylko recenzje napisać i idę za dom, Adaś chce grać. Miłej niedzieli tempe szczały!
*Tito III - maskotka, która jest żółwiem. Charakterystyczna trójka rzymska przy nazwie odnosi się do tego, że Tita I zgubiłam w autobusie, a II "rzekomo" wypadł mi gdzieś w teatrze.
Bo oni są jak ogień i woda.
Wiem, że dużo narzekam. Z reguły wychodzi potem na to, że jakieś spotkanie, czy jak we wczorajszym przypadku - przyjazd wujków, może okazać się naprawdę fajny. Tym bardziej, że wujkowie są pozytywnie zakręconymi ludźmi! Przykładowo, wujek Sławek wlazł wczoraj na słup (elektryczny?), zjeżdżał po schodach zamku na rowerze Krzysia, jego dziewięcioletniego syna... W podziemiach nawet chyba byli, jeśli się nie mylę. Lubię przebywać z moją rodziną, bo z reguły zawsze ktoś wpadnie na jakiś szalony pomysł i jest wtedy wesoło. A przecież śmiech to zdrowie!
Jeśli chodzi o moich kuzynów... Są totalnymi przeciwieństwami. Krzysiu, 9 lat, spokojny, ale cholernie zazdrosny o młodszego brata, zresztą nie dziwię się. Marcin ma 5 lat, jest strasznie rozpieszczony, ryczy o byle co, a jak trzeba potrafi być kochaniutki i milutki. Wszyscy potrafią tylko narzekać na Krzyśka, a jest najfajniejszym kuzynem jakiego mam. Marcina bardzo lubię, ale chyba jako jedyna staram się usprawiedliwiać jego wybryki. Sama byłam rozwydrzonym bachorem, ryczałam o byle co. Nawet obrażanie się zostało mi po części do dzisiaj. Czasem wydaje mi się, że muszę zacząć ćwiczyć jogę. Przyda się przy zachwianiach równowagi. Muszę się jeszcze odzwyczaić od ''strzelania min'' jak mi się coś nie podoba.
Może mi ktoś wytłumaczyć, czemu weekendy mijają tak szybko, a lekcje ciągną się w nieskończoność? Znowu zmiana planów z wycieczką - tym razem 2 dni we Wrocławiu. Co jeszcze się może okazać za kilka dni? Sama nie wiem. Strasznie mi szkoda tego Trójmiasta... Mogło być tak pięknie! Z dwojga złego, lepiej w ogóle gdzieś jechać. A żeby zabłysnąć inteligencją, napiszę, że główna siedziba Internetu mieści się w Kalifornii. Zaskoczeni? :P Prezent dla taty na "drugą 18stkę" już mam. Jeszcze tylko muszę znaleźć coś dla Mutti na Dzień Matki. Co do wczoraj, może nie potrzebnie wyskoczyłam na J., ale już mnie to cholernie wkurza to ciągłe "Jak mnie śmieszy, że ciebie tata podwozi.". Trzy razy można to tolerować, więcej - nie.
Alergia i bierzmowanie.
Ostatnio drukarka mi świruje. Zamiast drukować, to co powinna, zaczyna wypluwać poprzednio wydrukowane pliki. Albo próbne arkusze! To podanie, które mamy składać do wybranego liceum, jakoś nie przypadło mi do gustu. Znajdują się na nim same oświadczenia, a nie ma konkretnego podania, tak jak to powinno być. No cóż, niby składanie tych ofert jest elektroniczne i prostsze, ale i tak durne.
Mama przyjechała wczoraj od lekarza z miną, która na szczęście nie wróżyła niczego szczególnie złego. Trochę się bałam tych wyników krwi (moich), bo a nuż mogło coś mi się podwyższyć, albo nie daj Boże, obniżyć.Szczególnie miałam stracha przed poziomem żelaza. Okazało się to całkiem niepotrzebne, wyniki wyszły bardzo dobrze, a podwyższone leukocyty mogą oznaczać, że jestem alergiczną. Kolejna do kolekcji – mama, Olka, a teraz ja.Przynajmniej wyjaśniło się, skąd mam przez cały rok katar. Angelice to pasuje,przynajmniej chusteczki pod ręką zawsze ma! ;) Miałam Zyrteck wziąć na wieczór.Po nim się bardzo chce spać, więc jak się obudziłam była 14.00. I tak miała mnie iść do szkoły, bo miałam stan podgorączkowy, no ale sam fakt. Jutro jadę po sukienkę na komers. I buty. W tych moich nie umiałam wytrzymać na bierzmowaniu.Strasznie nie lubię balerinek, ani butów na obcasie, ale w trampkach na komers…raczej nie wypada. Ciągle mi się w głowie powtarza ten tekst z Madagaskaru 2:,,Motto – Motto, bo na takie ciało, jeden raz to mało!’’. Boskie!
Bierzmowanie wypadło wzorowo, tak powiedział ksiądz. Też mi się podobało, chociaż najbardziej bałam się, że wykonam ,,orła cień’’ na posadzce. No, bo w końcu Madzia myła podłogę, więc nigdy nic nie wiadomo! Oficjalnie zostałam Justyną Roksaną Magdaleną. I doznałam olśnienia w Kościele.Mam idealny plan na wywiady, które mamy przeprowadzić, a także na teledysk na muzykę. Strasznie mi się podobała ta składana ,,czapka’’ od biskupa. Totalny wypas!Przyszłe dni zapowiadają się dość radośnie. Jedynie perspektywa zdawania mapy Polski, przygotowania na konkurs z WOS-u (płytę dostałam we wtorek, wczoraj wydrukowałam materiały, których jest w trzy i trochę) i chemii mnie przytłacza.Mam nadzieję, że maturzystkom poszło dobrze na maturach i życzę mnóstwa odpoczynku! Taka mała dygresja – we Wrocławiu śpimy w ,,Cinamone Hostel’’,czyli smakowym hotelu, gdzie pokoje są przygotowane, na przykład we wzorze lawendy (wszystko z nią związane, dekoracje, itd.).
Dziś 16, jutro 40, czyli urodzinowy maj.
I nadszedł ten upragniony wiek – 16 lat. Odkąd pamiętam,zawsze chciałam mieć szesnastkę. Nie dość, że to taka fajna liczba, to ładnie brzmi w wymowie! Pierwszego sms-a dostałam od A. o 00:51, jeśli się nie mylę. Sympatyczny początek dnia, tak mogłabym witać każdy dzień.
Dostałam tyle wspaniałych prezentów, że tych ,,ochów’’ i,,achów’’ nie starczyłoby do końca życia. Obchodzenie urodzin jest bardzo miłym zajęciem, tym bardziej jeśli ma się w planach babskie zakupy. Okazały się owocne – sukienkę na komers mam, aha! Teraz jeszcze tylko muszę się wybrać po buty i śmigam poloneza tańczyć.Zgodnie z umową A. ma być u mnie już o 15:00, w razie czego będzie pod ręką. ^^ Jeden epizod z urodzinowego dnia, mógł zepsuć wszystko, ale chcę o tym, jak najszybciej zapomnieć, bo rozwodzenie się nad pierdołami nie ma sensu.
Czterdziestka taty też przebiegła bez zakłóceń. Zaśpiewaliśmy mu ,,Sto lat!’’ w trzech językach, tj. j. polski, angielski, i coś co brzmiało jak rosyjsko -niemiecki. Był też toast mleczny! Oczywiście to nie byłabym ja,gdyby w ruch nie poszedł aparat. Dzięki temu mamy uchwycone (mleczne?) wspomnienia.
Być może jutro zdobędę się na opisanie kilku spraw, które już dość odwlekałam. Czekają mnie jeszcze sałatki i inne kulinarne sprawunki, bo odprawiamy z Tatą urodziny. Życzę wszystkim miłego weekendu, bez gradów wielkości kurzych jaj (Francja, wiadomości). Och, jak ja nie lubię takiej dziwnej pogody…Pod jej wpływem głupieję i to działa na moją psychikę. Oto owe dzieło stworzone w czas niepogody:
,,Cicho w domu jest,
Kiedy pada deszcz.
Bardzo w domu cicho,
Bardzo w domu cicho…
Sympatycznie jest,
Kiedy pada deszcz,
W domu wszędzie cicho,
W domu wszędzie cicho,
Kiedy pada deszcz…’’
Proponuję zanucić na melodię: ,,Ładne oczy masz, komu je dasz…’’.
Autobusowe refleksje.
Chyba już kilkakrotnie udało mi się wspomnieć, że nie cierpię autobusów. We wtorek byłam na konkursie z WOS-u. Nic nie zdobyliśmy,ale to już mało ważne. Grunt, że jakoś przeżyłam. Konkurs odbył się z Chorzowie i jakoś dziwnym trafem, nagrody zgarnęły grupy z tamtejszych gimnazjów. Następnym razem organizatorzy powinni trochę pomyśleć, bo to naprawdę dość dziwnie wyglądało. Większość po cichu się oburzała. Ale zbaczam z tematu. Mianowicie,chodzi mi o to, że najgorszy możliwy odcinek trasy Chorzów – Tarnowskie Góry,był w okolicach Bytomia. Ścisk nie z tej ziemi, wystarczy, że lekko ręką poruszysz, a już kogoś walniesz przez przypadek. Ja, żeby złapać się rurki dotrzymania, trąciłam niechcący jakąś panią dwa razy w nos. Mimo, że przeprosiłam, czułam się nieswojo. I najgorsze było to, że w tym ścisku, nikt nie wpadł na genialny pomysł, aby otworzyć okno! Wiem, wtorek należał do deszczowych dni, ale trochę świeżego powietrza w tym zaduchu by się przydało. Stałam koło jakiejś pani, która co chwilę wycierała się chusteczką i myślałam, że zaraz zemdleje, tym bardziej, że owa ''dama z chusteczką'' chyba zapomniała o umyciu włosów, a była ode mnie sporo niższa. Nie mam zbyt dobrze ,,wyszkolonego’’ węchu, ale smród, jaki panował w 820 przez te 30 minut jazdy… coś strasznego. Na myśl od razu przyszedł mi Oświęcim. Ja nie mogłam prawie wytrzymać, zaledwie przez półgodziny w zaduchu, a ludzie, którzy tam zostali umieszczeni? Nie mogli się porządnie umyć, żyli w ciągłym strachu, a wiadomo, że jak człowiek się boi, to od razu wszystkie gruczoły pracują o wiele intensywniej. Czasami przez kilka dni spali w pomieszczeniach, gdzie znajdowały się jednocześnie ,,ubikacje’’, jeśli za takowe można uznać dziurę w kawałku betonowego siedziska. Nie mówiąc już o zapachu wydobywającym się z nie sprzątniętych, martwych ciał.
Blade twarze spieczone wiosennym słońcem.
Jak to się tata często śmieje, kolejna impreza za nami. A jaz niecierpliwością oczekuję tej sobotniej, jak najbardziej babskiej. No chyba,że Adaśko się włączy, ale znając życie, wolny dzień spędzi na rybach. Jeszcze się okaże. Plan działania powinnam jakiś mieć, ale zdam się na spontaniczność moich kochanych tempych szczał! Jedyny pewnik, zależny od pogody, to ognisko.Wprawdzie małe, bo jeszcze helikopter przyleci i mi wytknie, że las chcę podpalić, ale będzie. Ja stawiam na pieczone ziemniaki, chleb i coś, co stworzy Mutti, bo w końcu tylko od niej zależy menu imprezy. W każdym razie, dziewczyny nie martwcie się, mimo, że to impreza wegetarianki, mama zadba o wasze pożywienie!
Chciałam również zapewnić, że każdą sekundę urodzin będę dokumentować. W każdym razie, baterie będę miała naładowane do granic możliwości. Zapasowe od Gabrysia mam. A co się będę ;) Wiecie, że zaskakuje mnie normalnie poziom ortografii w liceum. Otóż, koleżanka Oli, która zapraszała ją i Gabrysia na osiemnastkę, napisała na zaproszeniu, cytuję:,,Gabryjel’’. Inteligentne?
A teraz z trochę innej strony… Pojechałabym sobie do teatru na spektakl ,,Mayday 2’’. Mogłoby być naprawdę ciekawie, tym bardziej, że grają go w Teatrze Śląskim, więc za daleko nie ma. Może coś się uda zorganizować? Cały weekend się leniłam. Na słońcu, gwoli ścisłości. Pozostałości mam w postaci czerwonych nóg i ramion. Taka już dola ,,bladych’’ twarzy, spiekanie się na raczka :P Muszę Angelice przesłać o hybrydach notatkę, bo ona z lekcji ucieka! Wagarowiczka jedna. Mmm… fajnie jak mama jest w domu wcześniej i zajmuje się pichceniem, zapachy z kuchni – bezcenne!
Cytaty, które mnie urzekły:
,,Prawdziwa miłość jest bezwarunkowa i pozbawiona choćby śladu egoizmu.’’ – Cygańska Madonna
,,Strach jest jak ogień. Kontrolowany ogrzeje cię i trzyma przy życiu. Jeśli wymknie się spod kontroli, spali cię i zniszczy.’’ – W królestwie Wilka
Komers, Ogórek, truskawki.
Tydzień pełen wrażeń powoli dobiega końca. Muszę przyznać,że brak pogody nie sprzyja dobrej zabawie. Mimo wszystko po udanej imprezie urodzinowej, całą niedzielę przeleniuchowałam. Najpierw myślałam, że komers okaże się klapą, a było tak fajnie, że… masakra! Wytańczyłam się za wszystkie czasy. Zdziwiło mnie to, że chłopcy, którzy tak bardzo zarzekali się, że nie będą tańczyć, poczuli rytmy ,,latino’’. Dziewczyny okazały się prawdziwym wsparciem, w dwóch chwilach kryzysu. Muszę przyznać, że takich przyjaciółek,jak ja mam, to chyba nikt w życiu nie spotka. Dziękuję, naprawdę! ;* Spotkanie z Michałem Ogórkiem (felietonistą z Gazety Wyborczej), okazało się rewelacyjne,mam nawet autograf. Pierwsze wrażenie, gdy go zobaczyłam – Cejrowski! Ale tylko z daleka. Bardzo sympatyczny człowiek. Wczoraj leciałam na zdjęcie do tablo i mnie przewiało trochę. Jak gadałam z Kserówkami przez telefon, to mi coś trzeszczało w słuchawce (nie w uchu). Mama powiedziała, że bezzwłocznie kupujemy bezprzewodowy.Kolejne urządzenie w domu, którego trzeba będzie szukać, bo nie ma kabla. U nas tak jest zawsze… Od czwartku mam ,,słodyczowe dni’’, bo podobno na deprechę najlepsza jest czekolada. Mnie pomagają książki i kakao, ale tata zapomniał kupić w ,,Żuczku’’ i leżę. Za to opycham się truskawkami, od których być może powiększą mi się usta. Zobaczycie, będę trzecią Angeliną Jolie (zaraz po tym jej sobowtórze).
Przedwakacyjne newsy.
Za tydzień już są wakacje. Jak to zleciało! Dziewczyny zdążyły przede mną napisać rozpaczliwe posty, w których mowa o tych wspaniałych gimnazjalnych latach. Też dodam swoje 3 grosze, bo chyba warto. Wiem, że nie będę zgrywać twardej na koniec roku i będę płakać jak bóbr. W końcu raz w życiu trzeba. Tym bardziej, że tak świetnych ludzi, jak osobniki III A, to chyba nigdzie nie można spotkać. Mieliśmy jako klasa swoje wzloty i upadki, wiadomo,ale mam nadzieję, że to wszystko, te przyjaźnie, znajomości – nie rozpadną się po pierwszym roku w liceum. Jak to Julka ujęła – są autobusy i korki, więc bez obaw, zdążymy się plotami wymienić! Oby chłopcom nie strzeliło do głowy,zerwanie się do domu zaraz po rozdaniu świadectw, bo to byłoby chamskie. Pomysł na prezent dla wychowawczyni mamy, teraz muszę czekać na jego realizację. Fajnie,że Daisy się częścią niespodzianki zajęła. Jeśli chodzi o wycieczkę – było fantastycznie!Chłopcy we wrocławskim ZOO wpadli na genialny pomysł i postanowili kopać się prądem. Każda klatka, pomieszczenie, w którym znajdowały się zwierzaki, była oplątana drutem i oznaczona tabliczką z napisem ,,DANGER’’. Płeć `inteligentna`wykazała się niesamowitą pomysłowością, naprawdę. Ach, bez nich serio będzie smutno…
Dzisiejszy dzień był jak najbardziej udany. Ten spektakl z Sempy i to, że tata Bartusia prawie się popłakał na koniec… Wzruszyłam się,mówiąc szczerze. Postanowiłam baczniej obserwować perkusistów, bo okazuje się,że niektórzy nawet lepsi od basistów! Jak najbardziej jestem dobrej myśli,jeśli chodzi o naukę gry na gitarze (której jeszcze nie posiadam). Może śpiewać nie umiem, ale grać się nauczę, ot co! Plac zabaw też mi się podobał, dawno się tak nie wyszalałam.
Zaczyna się letni szał związany z zarzucaniem nas – płeć piękną– dietami, ćwiczeniami, odpowiednią stylizacją, która pomoże ukryć niedogodności figury… Dzisiaj mam to gdzieś, bo w dalszym ciągu jem wszystko, ale pewnie za jakiś czas mnie trafi to nałogowe odchudzanie. Jednak tym się nie martwię, jeść zamierzam normalnie, a kondycję należy poprawić, a co! Jutro spowiedź i zlot motorów. Oby tym razem nic nie stanęło nam na przeszkodzie…
Ende?
Podobno pożegnania nie muszę być smutne. To wczorajsze było naprawdę wzruszające. Uściski, uśmiech przez łzy… Ten ostatni dzwonek i widok zapłakanej pani J. Nie mogłam nie płakać! Dobrze, że nie tylko mnie się tak zebrało. Potem nie było już tak źle, jak na początku, ale i tak było mi cholernie smutno. Najgorsze jest to, że zawsze cieszyłam się z zakończenia roku szkolnego, wiadomo, że z powodu wakacji. A teraz… jakoś do mnie nie dociera, że są dwa wolne miesiące!
Jeszcze wczoraj nadszedł wspomnień czar i zaczęłam sobie przypominać wszystkie wzloty i upadki klasowe. Mimo tego, że to pożegnanie było przygnębiające, oczywiście III ,,A’’ musiała z czymś wyskoczyć. Przynajmniej jeden osobnik. Zachowanie okazało się prawdziwie chamskie i złośliwe. Przytaczać tu nie będę, ale musicie tylko wiedzieć, że M. przegiął na całej linii. I ja go kiedyś próbowałam bronić i usprawiedliwiać? Ha! Puste kalorie w postaci wegetariańskiej pizzy nie,,uśmierzyły’’ bólu. Tak samo, jak zachowanie dwóch nawalonych idiotów na dworcu. Żałosne, nie ma co. Nie lubię być na zewnątrz, gdy szaleje burza. Mam cykora i to wielkiego. Chyba nie jestem jedyna. Pierwszy dzień wakacji zaczął się odbiegu i widoku saren, a ma zakończyć się ogniskiem z sałatką. Jak mówi mama:,,Kto je sałatki, jest piękny i gładki!’’.
Dzień Ojca
,,Dzień Ojca – święto będące wyrazem szacunku dla ojców. W Polsce obchodzony 23 czerwca. Pierwszy raz Dzień Ojca obchodzili mieszkańcy miejscowości Spokane w USA 19 czerwca 1910. Z inicjatywą tego święta wystąpiła mieszkanka tej miejscowości, Sonora Louise Smart Dodd, która w ten sposób chciała oddać hołd swojemu ojcu, którego uważała za niezwykłego człowieka.’’
Cieszę się, że zaakceptowali takie dni, jak Dzień Ojca, Matki, Dziecka,Babci, Dziadka, itd. W końcu każdemu członkowi rodziny należy się szacunek i fajnie jest widzieć uśmiechy na twarzach bliskich. Są różne typy ojców. Jedni nadopiekuńczy, jedni nie zwracają uwagi na pociechy, inni daliby się,,pokrajać’’ za rodzinę. Mój tata to ten ostatni. Tak na co dzień jest w porządku, czasami zdarzają mu się ,,złe dni’’ (a kto powiedział, że facetów tonie dotyczy?), ale wystarczy przeczekać i jest całkiem sympatycznie. Tata ma ogromne poczucie humoru, ale trzeba przyznać, że w większym gronie, nieznanych mu ludzi, może uchodzić za ponuraka. Jak często powtarza, dla niego liczy się tylko ,,stado’’, czyli my właśnie. Mama mówi, że charakterek to ja mam po nim.W sumie mogę się z tym zgodzić. Strasznie rozbraja mnie jego podejście do samego siebie, jest takim szalonym ,,narcyzem’’. Zresztą Adaśko tak samo. To właśnie ,,moi’’ faceci są najpiękniejsi, najmądrzejsi, itd. Z nimi zawsze jest wesoło! Jak byłam mniejsza i miałam jakąś dziwną fazę w życiu, chciałam mieszkać tylko z mamą, żeby dom był tylko ,,babski’’. Teraz sobie tego nie wyobrażam! No, bo kto jak nie tata idąc przez przedpokój zawsze przywali głową w lampę? (Mamy mieszkanie dla ,,krasnoludków’’.) Kto po przyjściu z pracy,śpiewa już od progu, jakie to życie jest piękne? Kto pomaga rozwiązywać problemy i ma ogromną cierpliwość? No i kto w końcu dzieli moją pasję czytania?Oczywiście, że tata. Kocham go za to wszystko, co robi, że tak szybko zaakceptował mój wegetarianizm, że czasami jest uparty, jak osioł. Niby nie powinno się kochać za coś, a pomimo wszystko. U mnie sprawdza się to w obu przypadkach! Życzę wszystkim tatusiom na świecie zdrowia, szczęścia, radości,wspaniałej rodziny.
Śmiech to zdrowie!
Niekiedy naprawdę trzeba się wygadać, żeby to złe powietrze z nas uszło. Zdecydowanie już mi lepiej, a dawka śmiechu z Angeliką na placu zabaw była dodatkowym plusem! Najmilej wspominam zdecydowanie to, jak przez przypadek wykurzyłyśmy zakochane (?) gołąbki i gdy dostałyśmy ataku śmiechu podczas wspominania historii opowiedzianej kiedyś przez Darka albo Michała.
Pogoda taka w kratkę, ale ryzykujemy wyjazd do Pławniowic.Najwyżej posiedzimy w namiotach, ja muszę się wyrwać gdzieś z tych bloków, bo mimo że tu jest mój dom, to ileż można? Wakacje są! Szkoda, że ta Słowacja i Czechy nie wypalą w tym roku, bo inteligentna Justyna nie wyrobiła sobie dowodu tymczasowego! Ale Szlaku Orlich Gniazd nie odpuszczę i przeniesionego ogniska u Sióstr Ksero też nie, a co! W poniedziałek zyskam o jednego domownika więcej, Dyzmar III przyjeżdża na pobyt tymczasowy. Już nie mogę się doczekać,oby tylko przeżył do powrotu Karoliny z Egiptu, bo inaczej Tesco wita…
,,Czasami myślę sobie - to mi się śni...''
Pewna dziewczynka, która mieszka na moim osiedlu ma 7 lat inazywa się Martyna. Jest miła, zawsze mówi starszym osobom: ,,Dzień dobry’’,jako jedynaczka nie ma zbyt dobrych kontaktów z rówieśnikami – w końcu moje blokowisko to praktycznie same… wapniaki? Martynkę wychowuje jej mama, Ania. Jednak często widzę ją u jej dziadków, na placu zabaw zrobionym przezsąsiada. Tata dziewczynki (przyszywany) często wyjeżdża z powodu swojej pracy. Dziadkowie praktycznie większość czasu spędzają z wnuczką. W sumie nie ma w tym nic dziwnego, jednak… jest pewne ,,ale’’. Owo ,,ale’’ odnosi się do tego, że już kilka razy słyszałam, jak Martynka mówi do swojego dziadka ,,tato’’, a do babci,,mamo’’. Dzisiaj była właśnie powtórka z rozrywki. Najpierw myślałam, że mnie słuch myli, wiecie czasami tak się zdarza –jednorazowe omamy słuchowe, lub tym podobne. I ze wstępu przejdźmy do rzeczy… Z reguły siedmioletnie dziecko wie, że mama to pani, która je urodziła, a babcia to mama mamy. Takie zachowanie można wybaczyć dwulatkowi, który dopiero co poznajesłowa i powtarza wszystko, co usłyszy. (Przykładowo Kamilek powiedział kiedyś na swoją mamę ,,Maupa'', bo Gabrysiowi się wypsnęło, w chwili zdenerwowania na siostrę.)
Nie wiem, co o tym myśleć. Na początku miałam nadzieję, że sąsiad zwróci jej uwagę, że w końcu nie jest jej tatą, a on… nic. Czytak ma wyglądać rodzina w XXI wieku? Podstawowa komórka społeczeństwa, dzięki której człowiek zaznaje ciepła, miłości i bezpieczeństwa? Możliwe, że gdy na mnie przyjdzieczas i pora, moje własne dzieci będą się zwracały do mnie po imieniu, a mojej mamie będą mówiły ,,mamo’’? Przecież to nie tak ma wyglądać! Czasami boję się tego, jak szybko świat się rozwija… Gdzieś mam nawet telewizor, który wyświetlał programy na czarno-biało i powiem wam, że z tym też da się żyć. Ale żeby dzieci nie widziały, kto jest ich rodzicami?
I jak tutaj cieszyćsię chwilą? Beztrosko sobie żyć? Nie wyobrażam sobie mieszkania w wielkim mieście, dobrze mi tutaj na wsi, która już nawet nie wygląda, jak prawdziwa wieś. A co jeśli kiedyś zabraknie tych pięknych lasów i pól pod uprawę? Markety już wciskają nam praktycznie samą chemię, więc wolę sobie nie wyobrażać, co będzie za kilka lat. Mam tylko nadzieję, że moje dzieci, ani ja nie doczekamy się takiego świata, jaki przedstawił Huxley w ,,Nowym, wspaniałym świecie’’.
"Give me some fish!"
Zostałam obudzona przez tatę hasłem: ,,Zaraz Dyzmar przyjeżdża.’’. Ledwo mruknęłam, że wiem i w tej samej chwili dostałam sms-a od Karoli, że za jakieś 30 minut będzie. Od razu wróciła mi trzeźwość umysłu i zaczęła się krzątanina i doprowadzanie siebie i mieszkania do porządku. W miarę mi się udało wszystko ogarnąć, nawet zdążyłam pozamiatać i naczynia umyć! Na śniadanie czasu nie starczyło. Od progu powitała mnie uśmiechnięta K., która wręczyła mi bohatera dnia dzisiejszego – Dyzmara II. Później była szybka ,,instrukcja obsługi’’,czyli co mam robić, żeby złota rybka nie zdechła. Coś czuję, że z powodu tej piątkowej głodówki, będę miała wyrzuty sumienia, ale jak K. kazała, niech jej będzie! Moja ,,Egipcjanka’’ pojechała się jeszcze pakować i wróci po osobnika D. za 16 dni. On już tęskni, widać to po oczach. Udało mi się bez przeszkód i według wskazówek umyć kulę i na razie Dyzmar beztrosko pływa sobie,mając do towarzystwa kwiatek na moim biurku! Przydałaby się teraz kserówkowa Fruzia. Może by były małe fruzio-dyzmarki?
Gnana poczuciem, że kompletnie nic nie wiem o moim współlokatorze, po herbatce z prababcią, zasiadłam przed komputerem i wpisałam magiczne hasło: GOOGLE! Ach, jak się cieszę, że istnieje coś takiego jak Internet!Przechodząc do rzeczy, zajęłam się interesującą lekturą na temat welonek. Pominęłam jednak wpisy na forum, bo wiadomo, że niekiedy można tam znaleźć same, łagodnie mówiąc – pierdoły. Nie byłabym sobą, gdybym nie chciała przekazać wam kilku intrygujących ciekawostek. Edukujcie się, kochani!
1) W gardle znajdują się "gardłowe zęby" które umożliwiają łatwiejsze spożycie pokarmu. Dla ciekawostki dodam, że rybka zmienia swoje "uzębienie" 2 razy w pierwszym roku życia.
2) Złota rybka nie posiada żołądka - i stąd jest wiecznie głodna. Jedzenie jest trawione w jelicie, które jest 4 razy dłuższe od niej samej, po czym resztki niestrawionego pokarmu, wraz z zanieczyszczeniami wydala przez odbyt.
3) Lubi kopać w podłożu, wyrywa i niszczy rośliny.

Pogryziony weekend - prawie, jak przekaz podporowy!
Po raz kolejny Alutka zaskoczyła mnie swoim talentem kulinarnym i w niespełna godzinę z minutami wyczarowała pyszną babkę z mandarynkami. Pogaduchy u sióstr jak najbardziej mi się podobały,wcześniej zdążyłam jeszcze odwiedzić bibliotekę w Tg i zaopatrzyć się w kilka powieści godnych przeczytania. U dziewczyn zawsze jest wesoło, chyba wiele razy wspominałam, że szaleję za ich kuchnią, a może mi się tylko zdawało? W każdym razie musiałam na autobus lecieć bez japonek po dopiero tworzonej drodze. Nie próbujcie tego w domu!
Sobota była bardzo aktywnie i miło spędzona. Nareszcie przeszliśmy całą trasę Mirów – Bobolice, a chłopcy skakali po skałkach jak kozice. Woda na zalewie w Dzibicach, mimo że barwy zielonej, ma jakieś magiczne właściwości. Nie umiem pływać kraulem, a tutaj – chwaląc się angielskim – no problem! Sama mnie unosiła, jakby to Michał M. powiedział: ,,To czysta magia!’’. Też tak sądzę. Ognisko garażowe u wujków i pieczonki też było ciekawe. Szczególnie wtedy, gdy wujek Sławek wyskoczył z zakrwawionym palcem,który rzekomo sobie odciął siekierą, a później okazało się, że to tylko ketchup… Faceci są naprawdę jak duże dzieci, mam nadzieję, że to nie tylko u mnie w rodzinie…? W niedzielę wszyscy byliśmy zmęczeni i czas leniwie płynął. Wczoraj udało mi się upiec ową pyszną babkę z mandarynkami, dowiedziałam się, co to jest prodiż, wysprzątałam i umyłam tacie auto – teraz Bestia lśni czystością! Dzisiaj też całkiem udany dzień, znów biblioteka tym razem w Tworogu z Angeliką. Zbuntowałyśmy się i nie idziemy na to spotkanie czwartkowe z nową klasą. Jak już obgadamy dokładnie i się namyślimy, to pójdziemy na drugie, w sierpniu. Teraz będzie za mało osób… Mam zamiar dla relaksu uporządkować jeszcze linki i obejrzeć ,,Gotowe na wszystko’’.
PS Olka powiedziała, że jakby jechała do Egiptu to bez kremów z filtrem i na czarnej plandece by leżała, żeby tylko się opalić… I to jest moja siostra!
Wakacyjne plotki.
Pewnie już wiecie, że Dyzmar odjechał i teraz tęsknię za jego nocnym 'ciumkaniem', jak to Madzia nazwała. Dni upływają mi beztrosko na pieczeniu ciast (wszystko przez Alę! :P), gadaniu z moimi bliskimi, sprzątaniu, oglądaniu ''Gotowych na wszystko'', jeżdżeniu na rowerze, plewieniu ogródka (nowa praca, bardzo pasjonująca, nie ma co!), pisaniu sms-ów, recenzji i rutynowemu czytaniu książek. Ostatnio nawet regularnie ćwiczę, co jest w moim przypadku naprawdę nie lada wyczynem, bo szybko się zniechęcam. Jakoś te wszystkie upieczone babki spalić trzeba, ot co! Madzia zamiast mi przywieźć jakiegoś wypasionego Murzyna, to się sama w niego zamieniła! Przynajmniej tak twierdzą zaufane źródła. Kserówki do Poznania wyjechały, przez co Alutka bloga zaniedbuje, nie umiem się z Angelą na rowery wybrać, bo jak ja nie mogę to ona może i na odwrót. My to jesteśmy po prostu... talenty! :P Jutro jedziemy Krzysia odwieźć, chociaż marudzi, że jeszcze by został, ale wujkowie chcą się do Krynicy (albo Kudowy?) wybrać, więc bez niego to trochę głupio. Farba na włosach mi wyblakła i odrosty się porobiły. Daremnie to wygląda, muszę coś wykombinować, bo mimo że nie chcę, rok szkolny zbliża się z każdym dniem. W ogóle te wakacje bardzo szybko mi lecą, a praktycznie nie robię nic, co by zasługiwało na miano prawdziwych wakacji, oprócz tego, że całymi dniami najnormalniej w świecie się "opieprzam", bo tego nawet lenistwem nazwać nie można. Och, co ja bym dała, żeby teraz się znaleźć w Chinach albo na Hawajach... Jedyne, co mnie ratuje to joga. Trochę się wciągnęłam w te ćwiczenia, chociaż niektóre zryte.
"Każdy z nas ich 500 miał..." - podręcznikowy szał.
Znalazłam listę podręczników na rok 2009/2010. Przeszukałam Oli biurko w poszukiwaniu jakichś jej starych, które mogłyby mi się przydać. Z tego co znalazłam (jakieś 10 opasłych książek), ku mojemu ogromnemu zdumieniu tylko dwie odpowiadają tym z listy. Powiedzcie mi, co to jest za sens zmieniać ciągle podręczniki? Wiem, że świat gna do przodu w zastraszającym tempie, ale bez przesady... Dwa lata i muszę kupić 6 książek, z czego dochodzą jeszcze zeszyty i nieszczęsne ćwiczenia! Nie cierpię wydawać kasy na 'takie rzeczy', bo wiem, że w przyszłym roku tego nie sprzedam, a księgarnie i wydawnictwa będą się mogły znowu bogacić na kolejnych pokoleniach. Nie wspominając o tym, że w spisie nie mam podręczników językowych - ich zakup będzie zależał od tego, do której grupy się nadaję po testach kompetencji. Zobaczymy, jak to wszystko będzie. Cieszę się, że odkryłam to cudo jakim jest antykwariat i teraz spokojnie mogę chociaż trochę pieniędzy przyoszczędzić. Cóż, portfel i tak świeci pustką (dosłownie), a moje wszystkie skarbonki: dwie świnki, krowa, bobas i puszka z napisem "Zbieram na piwo" (dostałam od Adasia na 16-stkę) grzechoczą kilkoma drobniakami. Zawsze mnie zastanawiało, kto w ogóle ustala ile pieniędzy 'wydrukować', czemu wszystko musi być takie drogie, czemu jest tak mało pracy. Kolejne powody do filozofowania...
Refleksyjna autobiografia.
Czytam, bo lubię. Słucham, bo sprawia mi to radość. Oglądam,bo czuję się wtedy, jakbym była w innym świecie. Piszę, bo mam wtedy władzę nad słowami, mogę układać z nich niewyobrażalne kombinacje, które mimo tego, że czasem są bzdurne to Moje. Litery, słowa, zdania, czasowniki, rzeczowniki… Raj dla pisarza, poety, piosenkarza, dla mnie. Robię amatorskie zdjęcia, bo lubię patrzeć na świat z różnej perspektywy. Przyjaźnię się z Moimi, bo to są One.Wierzę, bo wiara jest potrzebna i pozwala mi mieć nadzieję, że świat się zmieni. Śmieję się, bo kocham zabawne sytuacje, zachowania, opowieści, dowcipy.Płaczę, kiedy jest mi smutno i nie daję sobie rady z otaczającą rzeczywistością, jak również przy oglądaniu komedii romantycznych. Ćwiczę,kiedy mam ochotę bądź kiedy chcę schudnąć. Późno zasypiam, bo lubię noc, ciszę,światło księżyca wpadające przez firanki do mojego pokoju, szum wiatru,poczucie bezpieczeństwa w tych czterech ścianach. Piekę, bo mieszanie składników jest fajne i Ala mnie tym ,,zaraziła’’. Cieszę się, kiedy moi bliscy też się cieszą. Chcę: żeby świat był lepszy, ludzie milsi, żebym miała dużą rodzinę (męża, czwórkę dzieci, psa, kota, żółwia, złotą rybkę i wielki ogródek z basenem, a blisko domu sad, w którym drzewa będą rodziły cudowne owoce i będę mogła zapraszać Je do siebie i będą wspaniałe przyjęcia i w ogóle będzie pięknie…), spędzać Wigilię w gronie Bliskich, mocno wierzyć we własne siły,spełnić swoje marzenia, zmieniać się na lepsze, być bardziej otwartą do ludzi,więcej się uczyć, cieszyć się z drobnostek. Mam zamiar: przyłożyć się do języków obcych, zdać maturę, pójść na studia, spróbować gotowania, nigdy nie jeść mięsa, napisać książkę. I mimo wszystko, że wiele z tych punktów na przyszłość może się nie spełnić, ja chcę marzyć, pobudzać wodze wyobraźni i snuć wizje pięknego, dobrego, przyjaznego świata. I wiecie co? Uda mi się, bo mam Was wszystkich i swoich Bliskich. O wsparcie nie muszę się martwić, bo w końcu: ,,Co mnie nie zabije, to wzmocni’’. Skoro inni mogą, to ja też! ;)
W krainie Czajników.
Już od wczoraj nurtowało mnie zagadnienie godne szekspirowskiego Hamleta: „Napisać,czy nie napisać? – oto jest pytanie!’’. Mimo wszystko, stwierdziłam, że nic mi nie zaszkodzi przelanie swoich utyskiwań na bloga. Mój „problem’’ polega na tym, że wczoraj kupiłam w Tesco książkę o Chinach. Jak pewnie większość z Was się orientuje, to kraj, w którym jestem marzeniami, który mnie przyciąga niczym magnez. Przeglądając przewodnik moje myśli znów obsesyjnie zaczęły błąkać się wśród Pekinu, Wielkiego Muru Chińskiego, pól uprawnych, smoków, wodospadów,Jangcy, Zapory Trzech Wąwozów… Uruchomiłam wyobraźnię i wystarczyło, że zamknęłam oczy, a już znalazłam się pośród Czajników (jak Ala ich zwie;)) i ich pałeczek do ryżu. Właśnie w czasie tego fantazjowania, zdałam sobie sprawę, że muszę chociaż na kilka dni znaleźć się w Chinach. Nie wiem, czy Wy także odczuwacie nagle potrzebę, która po prostu gna Was do konkretnego miejsca, ja mam tak często. Bez względu na to,czy jest to balkon prababci, plac zabaw, kuchnia babci Irki, czy polanka w lesie. Pewnie całe to marzenie, które towarzyszyło mi na każdym kroku wczoraj,dzisiaj zastąpiłoby inne, równie rewelacyjne. Jednak nie… Robiłam porządki w przepisach, które gromadziłam od dłuższego czasu, a które niedawno znów nabrały ochoty, nie tylko ładnie wyglądać na papierku, ale również na moim talerzu! Chcąc, nie chcąc, natrafiłam na całe sterty chińskich potraw, wszelkiego rodzaju ryże, herbaty, które chcę spróbować. Przypomniała mi się Kuchnia Pięciu Przemian i wszystko inne, co związane jest z Państwem Środka. Już skończyłam marzyć, teraz przyszedł czas na spełnienie tego, co towarzyszy mi na każdym kroku, w jakimkolwiek zapachu, smaku, dźwięku. Wiem, że muszę jakoś zacząć oszczędzać, teraz nie liczą się drobnostki typu: gitara, książki, które od dawna proszą się o kupienie, bezcelowe wydawanie kasy, chyba nawet z Aqua Parku zrezygnuję, albo chociaż ograniczę. Moja Pierwsza Wielka Wyprawa będzie wspaniała, co z tego, że może wyjadę dopiero za 5, 10, a nawet 15 lat? Dla chcącego, nic trudnego! ;) Myślę, że rok wśród tych Małych Wielkich Ludzi,którzy tak mnie fascynują wystarczy, aby zatęsknić… za Polską, bliskimi,przyjaciółmi. Mam nadzieję, że nikt przy czytaniu się nie skrzywi i nie wytknie mi, że jestem głupią naiwniaczką. Ja się bynajmniej tak nie czuje!
Przygotowani... do startu...
...START!!!...
Trzeba się pogodzić z jutrzejszym dniem, nie ma odwrotu. Rano dopadła mnie jakaś przedszkolna chandra i potrzebowałam wielu bomb kalorycznych, żeby ją odpędzić. Zaczęło się od herbatników z czekoladą, a skończyło na pieczeniu czegoś mocno pachnącego najprawdziwszą czekoladą - babki czekoladowej. Ile w tym jednym zdaniu czekolady! ;) W ogóle to kupiłam sobie formę do babek, więc przyjeżdżajcie na ciacho! Ale dopiero za jakiś miesiąc - o tym za chwilę. Z okazji jutrzejszego rozpoczęcia, po prostu muszę to napisać - jak mi się NIE CHCE iść do szkoły... Bu... Mimo, że zobaczę te wszystkie uśmiechnięte, kochane gęby, to mi się po prostu nie chce...
O porannej chandrze już było, teraz o wieczorowej - pora, jak znalazł. Wiem, że już mnie macie dość za trucie o tym odchudzaniu, wiem, że to już się robi nudne, wiem, że zaraz mi ktoś wyskoczy z hasłem, że się za bardzo sobą przejmuje i wiem, że mimo to mnie kochacie. ;) A teraz do rzeczy - przyszło rutynowe przymierzanie tego, co mam w szafie na dzień jutrzejszy i tutaj wielka niespodzianka, której tak bardzo się bałam przez całe wakacje... Otóż, nie potrafię się wcisnąć do żadnej, podkreślam to słowo, !ŻADNEJ! przyzwoitej kiecki. Pozostaje więc fioletowa, może jakoś przetrwam. No i postanowiłam zacząć przestrzegać jakiejś zdrowej diety, bo mnie szlag trafia za każdym razem, gdy idę na zakupy i kupuję gacie o rozmiar większy - tak, nie zdarzyło mi się jeszcze ani razu kupienie czegoś mniejszego. I jak ja tu mam normalnie funkcjonować? Bez frustracji? Wiem, że ludzie z Trzeciego Świata nie mają co jeść, a ja tutaj wyskakuję z odchudzaniem, ale nie wiecie nawet, jak mi bardzo zależy, chociaż raz w życiu stanąć na wadze i powiedzieć sobie: "O, schudłam!". Wystarczy mi 3-5 kg. Żeby znowu opychać się pysznościami, bez wyrzutów. Może A6W zdziała cuda po tych 6 tygodniach, może po raz kolejny zrezygnuję z przestrzegania diety, a potem będę siebie zwymyślać. Na miesiąc, góra dwa - precz ode mnie z pysznościami! Nawet babskie pogaduchy mają się odbywać bez podsuwania mi pod nos smakowitych rzeczy, bo uduszę!
Podsłuchane w autobusie.
Jeden z pierwszych, ale nie ostatnich biegów na autobus 129 zwieńczony sukcesem! A teraz dość nietypowo, bo... coś z serii: ''Przywołując wspomnienia"...
Od Marty dzieli mnie szyba i kasownik, od Agi i Kołka około 10 osób. Początkowo rozglądam się w poszukiwaniu chociaż krzty piękna krajobrazu, częściowo go znajduję - w drzwiach otwartej szklarni z pomidorami, sroce swobodnie lecącej nad polem, tłumem ludzi stojących na przystanku, czyimś zadbanym ogródku, nektarynkach w rękach kobiety, której udało się zająć miejsce siedzące. Jednak przychodzi ta chwila, gdy spostrzegam znienawidzone przeze mnie wielkie kominy, z których wydobywa się smętną smużką dym, śmieci wysypujące się z pobliskiego kosza, brzydkie, odrapane blokowisko... Żeby nie musieć bardziej się dołować, zaczynam myśleć o obiedzie. Analizując wnętrza szafek w wyobraźni, dochodzę do wniosku, że dzisiaj główną rolę zagra makaron. Mimo, że mój żołądek zaczyna się buntować przeciwko tym fantazjom, niezrażona, przywołuję obrazy wszelkiej maści czekolad, ciast, krówek domowej roboty... Czuję się jak narkoman, który walczy z pokusą, choć pewnie to uczucie, które mi towarzyszy jest o wiele, wiele słabsze.
Nagle postanawiam, że nie zaszkodzi mi przysłuchiwanie rozmowom innych, obecnych w tej ciasnocie. Słyszę mniej więcej takie dialogi*:
(Starsza Pani rozmawiająca przez telefon)
- Tak, jak masz jeszcze sodę to dodaj, potem musisz to wymieszać, dodaj jeszcze łyżkę cukru pudru i na patelnię! Powinno ci wyjść około 20 placków...
Na te słowa moje myśli wracają do obsesyjnego wyobrażania sobie smaku owych placuszków, bo w tej kwestii jestem mało wybredna - jedynie naleśniki z wszelkiego rodzaju mięsem mnie odrzucają, z powodów oczywistych. Kolejne osoby, kolejne tematy... Czuję się jak detektyw Poirot**, który bezzwłocznie musi rozwiązać jakąś zakręconą sprawę! O to, co słyszę:
(Dwóch Chłopaków w wieku licealnym zaawansowanym;))
- Co ty masz w tym plecaku? Pewnie teraz handlujesz konopiami indyjskimi!
- Nie, jak już to marihuaną.
- To ty nie wiesz, że to jest to samo, ośle?
[wspólny śmiech, który tak uwielbiam, kilka głosów połączonych w radosnym chichocie!]
Następnie czas założyć 'pluskwę' u Panów w Mundurach, którzy są chyba najbardziej pociągającym towarzystwem z całej autobusowej ferajny, być może przez sam ubiór?
- Na szczęście teraz dojeżdżamy tylko do Tarnowskich, a potem Ciastek*** nas zabiera... A słuchaj tego! Ostatnio jechaliśmy w szóstkę, maluchem! Ruda siedziała w bagażniku, to się trochę luzu zrobiło.
[następuje ciekawa opowieść i opis przeżyć wewnętrznych bohaterów ;)]
Inny fragment tych samych postaci:
- A jak przyjdzie Kasia to ją będę kocić! Już się nie mogę doczekać, ale będzie pompować!...
I na tym moja podróż się kończy, czas żegnać się z Kołkiem, wysiadać i zmierzać wprost do domu, w którym czeka środkowa szafka w kuchni i upragniony makaron!
*Przytoczone z pamięci.
**Poznacie go lepiej z kryminałów Agathy Christie.
***Co oni dzisiaj wszyscy o jedzeniu?! ;)
"Chcę krzyczeć, chcę ryczeć, chcę śpiewać"
Czasami potrafię denerwować się o zwykłe bzdety. Wystarczy, że nie ma mleka w lodówce i już obrażona mina, oraz hasła typu: "Nikt mnie nie rozumie.". Najchętniej wtedy wyciszam głos w komórce, zamykam się w pokoju i na zmianę - albo czytam, albo coś piszę. Klawiatura, czy ołówek - to elementy potrzebne mi do wyrzucenia z siebie całej złości. Zdarza mi się przeglądać efekty mojej 'twórczości', która powstała w efekcie braku mleka w lodówce, albo źle odłożonego buta na szafce w przedpokoju. I wtedy mam ochotę śmiać się do rozpuku, z powodu tych głupot, które wywołały we mnie negatywne emocje... Człowiek jest istotą tak niespotykanie skomplikowaną, że szkoda gadać.
Jednak nie o tym miałam dzisiaj pisać, jak zwykle przyszedł słowotok myślowy w nieodpowiednim momencie, aj! Pewnie niektórych interesuje, jak mi się układa w nowej szkole, przynajmniej mam taką nadzieję. Mówiąc krótko - jest w porządku, ale liceum to już nie te przelewki, co gimnazjum. Brakuje mi przekładania sprawdzianów po 100 tyś. razy. No i to pytanie z lekcji na lekcję... Masakra! Narzekam. Często, wiem. To przychodzi samo od siebie, nie potrafię tego w logiczny sposób wyjaśnić.
Aktualnie, to dość dużo się dzieje - dzisiaj byłam z A. uczcić 16-stkę, zaraz do prababci na 87 urodziny... Nazbierało się okazji do świętowania! Nareszcie piątek... Mój tydzień zaczyna się od wstania w poniedziałek rano i powiedzenia na głos: "Jeszcze tylko cztery dni!". To naprawdę mobilizuje! ;) Oprócz tego nadeszła prawdziwa jesień. Słoneczko świeci, robi się coraz chłodniej i te śliczne, kolorowe liście... Z niecierpliwością czekam na kałuże, w tym roku wytrzasnę skądś kalosze i po raz kolejny ''urosnę na deszczu''.
,,Jesienią zawsze myślę o latach
Tak starych jak te kamienice
Jesienią wychodzę z tobą na spacer
Przez pełne kasztanów ulice.''
Miało być w skrócie.
Tematem przewodnim w ciągu dnia jest oczywiście nauka, nauka i jeszcze raz nauka. Pytanie za pytaniem, itd. Stara śpiewka, część kropek już wykorzystałam, skończył się okres ochronny i czas na morderczą pracę. Najbardziej w kość daje mi przemęczenie i niewyspanie, ale pracuję nad tym! A tak poza nauką to... dni lecą w ekstremalnie szybkim tempie, weekendy wypełniam, możliwie jak najkorzystniej.
Tak na koniec, bo mi jeszcze chemia została do nauki i mitologia, miło jest oprócz szkoły, zająć się: plotkowaniem, szukaniem wzrokiem Julki w 'abobusie'*, dokumentowanie wyczynów Wariatek, które mordują z zimną krwią ''Ciasteczkowe misie maślane'', oglądanie ''Zmierzchu'', a potem uczenie się o profazie, anafazie, bla-bla-bla (tak, przydała się lekcja biologii na ekranie!;)), cieszyć się ostatnimi promykami słońca (przed zimą, rzecz jasna!), objadanie się na urodzinach babci Irenki i takie tam... C.d.n! :)
A niemiło jest: uczestniczenie w pogrzebach, stanie w śniegu po kostki w przemakalnych adidasach, gubienie kolczyków A., niespanie po nocach, stres i "tbcnc"**...
*autobus w języku Kamisia,
**totalny brak czasu na cokolwiek
...Olka wpadła na pomysł zorganizowania domowego Halloween! Będziemy robić różne dziwne rzeczy z tym związane, rzecz jasna przyda się mnóstwo strasznych filmów. Tylko dyni nie mamy... Jakoś nieszczególnie uśmiecha mi się perspektywa taszczenia w autobusie ok. dwukilogramowej roślinki. Mam kilka przepisów, może któryś z nich okaże się fajny? Zobaczymy. Trzymajcie kciuki. ;)
Pierwszy numer ''DESIDERATY'' już wyszedł, teraz intensywnie myślę nad tekstem do kolejnego. Coś mi już świta, ale jeszcze okaże się, czy wena twórcza napłynie do mojej zmęczonej nauką głowy. A jak tam Wasze? Kserówkowe jak najbardziej sprawnie funkcjonują, bo mi chemię wytłumaczyły. Kochani, to naprawdę nie jest czarna magia, jak mi się wydawało. Uwaga - napiszę nawet, że chemia dobrze wyklarowana przedstawia mi się jako przedmiot (o dziwo!) znośny.
[*] za Edzia.
Dotyczy spraw aktualnych.
Najpierw... odtańczmy dziki taniec radości! Jutro tylko 4 lekcje, bo Olik pisze próbną maturę, trzymam kciuki - rutynowo. W piątek byłam w kinie na "Odlocie". Miało być 3D, wyszło niewygodnie i odrobinę kiczowato. Bowiem:
a) nie wybieraj się na film 3D, mając na nosie "dodatkową parę oczu",
b) masowe kasowanie biletów w autobusie, nie jest wygodne.
Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś kompletnie innego. "Odlot"... cóż tu dużo mówić, nie porwał mnie, spodziewałam się tarzania ze śmiechu na fotelu obsypanym (naturalnie) popcornem, a tutaj było śmiechu prawie wcale, bajka-nie bajka. Jak dla mnie za poważne to było. Niektóre sceny smutne, inne zaskakujące (lot z balonikami), rozwalił mnie Stefan i 'czekoladka'. ;) Tak całkiem źle nie było, ale na chichot nie liczcie. W sobotę, Mutti tłumaczyła mi, jak to z kapitałami jest. Ach, bym zapomniała - ta impreza halloweenowa, nie wyszła tak jak miała z powodu... zmęczenia, najnormalniej w świecie! Wszyscy byli tak padnięci, że nawet horrorów nie obejrzeliśmy. Ale Palce Wiedźmy wyszły! ;) Efekty można obejrzeć na fotoblogu, jeszcze linka podam. ^^
,,Wszyscy święci balują w Niebie
Złoty sypie się kurz...''.
Tak rozpoczął kazanie wikary. I gdy to usłyszałam, miałam ochotę skakać z radości, że ktoś w końcu uświadomił ludziom, że naszym bliskim, tam, u Pana, jest dobrze. Mają nawet własne święto; przecież w dniu Wszystkich Świętych, nie powinniśmy się smucić, że Oni odeszli od nas. Pomodliłam się przy grobach, zapaliłam znicze i rozglądając się po cmentarzu, ten obraz kolorowych światełek przypomniał mi Boże Narodzenie. Bo wczoraj była właśnie taka Wigilia tych, którzy odeszli. I to jest dobre, Kochani ;)
Nie smutne, nie nostalgiczne, tylko dobre, nawet... zachwycające? Powinniśmy pamiętać i jestem pewna, że pamiętamy. Wszyscy razem, czy też każdy z osobna. Przede wszystkim pamiętam, jak zawsze strasznie płakałam, gdy pradziadek chciał mnie wziąć na ręce. I jaki był dobry dla nas wszystkich, co tylko nam się spodobało, od razu to miałyśmy... Kochany był! Gdy pomyślę o tych wszystkich, których już tutaj nie ma, nasuwają mi się słowa ks. J. Twardowskiego (bodajże):
Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą.
Tylko raz zrobiło mi się jakoś niemrawo na duszy, wtedy gdy zobaczyłam przy nagrobkach, tych małych, maluteńkich, po lewej prawej stronie nowego cmentarza parę, która wyglądała na zagubionych. Mężczyzna klęczał, a kobieta zapalała znicz... Dla nich nie liczyło się w tym momencie nic innego, tylko rozmowa ze swoim zmarłym dzieciątkiem...
Czekanie.
Przez 9 miesięcy przyszła mama czeka, aż jej upragnione dziecko ujrzy świat. Pewnie ma nadzieję, że podczas porodu towarzyszyć jej będzie miły lekarz, a nie jakiś nadęty gbur, który zepsuje cenną chwilę. Przez 10 miesięcy każdy z uczniów niecierpliwie odlicza, ile jeszcze do wakacji. Przez dłuższy czas, siedzimy w poczekalni, aby dopchać się do gabinetu lekarza. Jeden pacjent, drugi, trzeci... Codziennie z frustracją, usiłuję sobie przypomnieć, o której mam autobus. Za 12 dni upłynie termin zwrotu książek do biblioteki. Od poniedziałku będę po raz kolejny wmawiała sobie, że jeszcze tylko trochę i znów weekend. Bezczynne siedzenie, leniuchowanie do woli i totalna regeneracja sił.
"Daj mi minutę i zejdę z komputera."
"Kolacja! Za sekundę przyjdę!"
"Mamo, jeszcze pół godziny... Ktoś mnie odwiezie na pewno!"
Śpiewki stare, jak świat. Zdarza mi się z niecierpliwością godną przedszkolaka, odliczać czas do powrotu mamy z pracy, albo do przyjazdu autobusu, bo akurat zapomniałam czapki i uszy mi marzną... Czasem jednak chwile są tak cudowne, że chciałabym by trwały w nieskończoność! Mogłabym usiąść wtedy na środku rynku i podziwiać wszystko wokół albo iść do parku i po prostu patrzeć. Kocham zdjęcia i słowo pisane. Wiem, że to mówione często przetrwa o wiele dłużej, ale niestety nie mam pamięci do tych wszystkich ciekawych historii opowiadanych z dziada - pradziada. Lubię pisać. Ot tak, byle co! Natura nie obdarzyła mnie kwiecistą wymową, często się gubię sama w tym, co mówię. Szybko tracę wątek i w ogóle... Masakra. A tak, gdy coś napiszę, wystarczy odwrócić jedna kartkę wstecz i voila! Chciałabym móc umieć, opowiadać wspaniałe historie. Mówić ładnie, zabawnie i ciekawie. Bez niezrozumiałych słów, żeby to wszystko tak naturalnie wychodziło. Tak. Właśnie. ,,Chciałabym, chciała...". ;)
A propos czasu - zainspirował mnie pasek od zegarka Alutki :) Ja ciągle odliczam czas. Gdy ćwiczę, gdy lekcja jest nudna, gdy w kalendarzu mam zaznaczone, jakoś tak kolorowo - święto, urodziny, okazje, spotkania... Zastanawia mnie, ile osób przed moim pokoleniem wygłosiło to słynne zdanie: ''Długo jeszcze?''. Lubię myśleć o tym, ilu ludzi w tym samym czasie, co ja pije herbatę, czyta książkę (może tę samą?), nudzi się jak mops, albo śmieje do rozpuku w gronie tych "NAJ". Nie chodzi o samą liczbę, po prostu to takie... głupie, a fajne.
Dlaczego...?
Dlaczego ludzie zadają pytania? Dlaczego niektórzy uważają się za lepszych od innych? Dlaczego niektóre dziewczyny zostały obdarowane przez naturę lepszą figurą od innych? Dlaczego ludzie nie zawsze są mili? Dlaczego wyśmiewamy się z innych, chociaż wiemy, że to wredne? Dlaczego ktoś przeklina? Dlaczego niektórzy nie wierzą w to, że spełnię swoje marzenia? Dlaczego ptaki śpiewają? Dlaczego wciąż i wciąż wszyscy straszą mnie końcem świata? Dlaczego wstydzę się rozmawiać o rzeczach naturalnych? Dlaczego tak trudno przychodzi mi mówienie o sobie? Dlaczego zabiegamy o względy innych? Dlaczego życie niektórych tak wiele kosztuje? Dlaczego niektórym żyje się lepiej od innych? Dlaczego istnieje rasizm? Dlaczego spotykam na swojej drodze tak wspaniałych ludzi? Dlaczego niektórzy nie potrafią zrozumieć wegetarian? Dlaczego wierzymy? Dlaczego boję się horrorów? Dlaczego mam czasami zbyt niskie mniemanie o własnej wartości? Dlaczego cieszy mnie każdy dzień spędzony tutaj, wśród bliskich? Dlaczego tak bardzo boję się śmierci? Dlaczego złorzeczę na tych, którzy śmiecą, a sama nie pozbieram porzuconego papierka? Dlaczego nie zależy mi na mieszkaniu w Polsce? Dlaczego ciągnie mnie do podróży? Dlaczego tak uwielbiam święta? Dlaczego gorąca czekolada jest taka pyszna? Dlaczego wydaje mi się, że ludzie z każdym dniem są coraz bardziej smutni i rozdrażnieni? Dlaczego dni przeciekają mi przez palce tak szybko? Dlaczego nie potrafię znieść sporów w rodzinie? Dlaczego dziadek jest taki uparty? Dlaczego czasem burczę coś pod nosem, a potem jestem wściekła na siebie? Dlaczego wiecznie nie mam kasy? Dlaczego jestem taka leniwa? Dlaczego lepiej dogaduję się z tatą, niż z mamą, a kocham ich jednakowo? Dlaczego jeszcze nie trafiłam na tego Jedynego? Dlaczego nikt nie skonstruował wehikułu czasu? Dlaczego na kilka dni nie mogłabym zamieszkać na stronicach ukochanej baśni, wiedząc, że za chwilkę zdarzy się coś niewyobrażalnie wspaniałego i nastąpi szczęśliwe zakończenie?
Dlaczego... dlaczego... DLACZEGO??!!
Black.
,,To się chyba nazywa zwierzęcy magnetyzm.’’
Po raz kolejny, na moim blogu pojawi się słowo: dlaczego? Pewnie macie już dość tych wiecznych pytań, ale mnie się wydaje, że ludzie nie zadający pytań są ubożsi. No,bo z pytań się składa rozmowa, itd. Dobra, ale nie o tym miało być. Wczoraj był pasjonujący dzień. O tym, być może jutro, zobaczymy. W każdym razie byłam w Katowicach na ,,Księżycu w nowiu’’ (dostaliśmy darmowe popcorny!), no i tak siedziałam i patrzyłam i jakoś tak, najpierw mi się zrobiło smutno, potem wesoło, a potem moja głowa pozostała w strefie marzeń, aż do dzisiaj. Wielokrotnie mruczałyśmy pod nosem z Olką, komentarze pod adresem Belli, typu: Zamknij gębę.No, bo naprawdę, wybaczcie, ale ja idę do kina, żeby się rozerwać, a nie patrzeć na… Znowu zbaczam z tematu, grr! Gabryś po prostu mógł się powstrzymać,i gdy pojawił się słynny Edward (półnagie, nieprzytomne ,,ciacho’’?), rzucił tekst: ,,Kiedy się ta obrzyda ubierze…”. Po na wpół spazmatycznym śmiechu (moimi Olki), na scenę wkroczył… Jacob. Kurde, mówcie co chcecie, ale on jest naprawdę, naprawdę fajny. I teraz tak, żeby nie wyszło, że jestem kolejną z tych fanek, które świata poza sagą nie widzą, obiektywnie stwierdzam(obiektywnie!), że takiego faceta mi trzeba. Pomijając walory zewnętrzne (ach i och!), on jest taki… taki… No to jest według mojego mniemania ,,ciacho’’, za którym powinny uganiać się miliony. I jednak mimo wszystko, wolałabym, żeby włosów nie ścinał. Wiecie, ja mam manię robienia warkoczyków, więc on byłby tak akurat ;) Poza tym, scena z hasłem: ,,Tutaj masz 40 stopni ciepła’’, czy coś w tym guście i jakże elokwentna odpowiedź panny B.:,,Aleś ty ciepły’’. Jak dla mnie to ideał, nad ideały – nie dość, że Indianin (Ola: Cholera, co ty masz z tymi innymi? Jak wszystkim się podoba E., to ty musisz po swojemu.''), fajny, to jeszcze własny grzejnik! ;) Kierując się przez moje achy i ochy, chciałam zahaczyć o to, że w prawdziwym świecie (wiem! Wiem, że to jest fikcja, ale mój blog, moje wypociny!), taka dziewczyna, jak przedstawiona Bella nie miałaby szans. Zresztą, co to za sztuka zostać taką aktorką, jak ona? Też umiem siedzieć z otwartą gębą przez dłuższy czas, potykać się co chwilę o coś, rozwalić sobie palec na przyjęciu i zaskakiwać,ach – jakże błyskotliwymi tekstami! Jeśli mają zamiar wciskać mi już kity, to proszę, niech nie wrzucają na ekran takiego(nadal ach i och! ;)) Jacoba! I nie chodzi o to, że przypakował (ten six-pack). Blady Edward może być (on nadal mnie nie rusza). Dlaczego?Dlaczego, dlaczego, dlaczego… w realnym świecie, nie chodzą sobie ot tak po ulicy mini – sobowtórki Jacobików? Ach, CZEMU?!
"Warten wir gespannt..."
Grudzień obfituje w urodziny. Najpierw Gabryś, dzisiaj Kondziu*. Rano mróz szczypał w policzki, śnieg skrzypiał pod podeszwami butów. Biała zima, kochani! Na szybie w autobusie porobiły się świąteczne, mroźne wzorki (szron). W kominku ogień huczy, aż miło! Z dnia na dzień dowiaduję się coraz więcej o życiu towarzyskim Kondzia, informatyka i to, że kończy się semestr robią swoje. Jest dobrze, jest nadzieja. A dzisiaj jest impreza. Świętujemy osiemnastkę Gabrysia, w małym, sympatycznym gronie, bez upijania się do nieprzytomności i tańczenia do białego rana. Będzie zabawnie, tego jestem pewna! ;) Na polskim jest wesoło, bo siedzę z Angeliką, Marcelem i Kamilem. Marcel co chwilę rzuca jakieś głupie hasła albo... śpiewa po angielsku. A Kamil... to jest po prostu Kamil :P Gorsza strona medalu - podczas śmiania się przez większą część lekcji, tak naprawdę nie wiem, po co my się uczymy polskiego. ;)
Polubiłam demotywatory.pl i coraz częściej mam wrażenie, że mądrzy ludzie jednak istnieją. Tylko tam mogę spotkać teksty, z których śmieję się do bólu brzucha, albo przytakuję nad ich swoistym, prostym pięknem przesłania. Dzisiaj na religii mówiliśmy o 2012 roku. Wiecie, co? Moim zdaniem, jeśli już ma być koniec świata, to nie będzie tak, że my, ludzie będziemy o tym wiedzieć. To się stanie i już, bez żadnych afer i straszenia wybuchami wulkanów, trzęsieniami ziemi... Codziennie giną setki ludzi i dla jednych to właśnie jest końcem świata. Bo samo słowo ''koniec'', dla każdego oznacza coś innego.
Pozdrawiam i ściskam gorąco, zaopatrzona w rozgrzewającą herbatę z cytryną, wełniane skarpetki (zrobione przez prababcię Marysię) i... czerwony nos, który na szczęście nie domaga się chusteczki do nosa! A także zasłuchana w niemiecką mini-kolędę. Za niedługo znów piekę pierniczki. Oj, marzy mi się moja własna ,,Świąteczna piekarnia''! [In der Weihnachtsbackerei]
PS Wiedzieliście, że "żądne maciory", dawniej oznaczały "dobre matki"?
Zimowy optymizm.
Należę do tego typu osób, które lubią w głowie układać życzenia, ale jak już przyjdzie do wygłoszenia przemówień godnych ludzi mówiących kwiecistym językiem, czar pryska i pozostaje mi tylko szybkie składanie myśli, dodatkowo pilnowanie się, żeby co drugie słowo nie wtrącać ''eee'', ''yyy''. Tak mnie to denerwuje w wypowiedziach innych, a sama nadużywam, ile wlezie!
Nie wyobrażam sobie świąt bez... rodziny, przyjaciół, choinki, opłatka, śniegu, zdjęć, spowiedzi, miłości i ogólnej beztroski. Te całe prezenty, szał wokół nich... Czasami mnie to denerwuje. Mam ochotę siąść na swoich czterech literach i nie musieć rozpaczać, że źle umówiłyśmy się z Olą i nie mamy prezentu dla babci. Wtedy jedynie pozostaje płacz i zgrzytanie zębami. Ustroiłam z Adasiem choinkę, a sobie w pokoju różowym łańcuchem tablicę korkową. Mama jest z nas dumna! ;) Licealne klasy są bardzo duże pod względem ilości uczniów, z tego powodu muszę przyznać, że ciężko mi było spamiętać, komu już złożyłam życzenia, a komu nie. Jakoś poszło. Tempe szczałki też bez problemu dało się wyściskać i życzyć spełnienia marzeń. Także jest naprawdę dobrze - optymizm trwa!