Chciałabym dać upust emocjom. Nie potrafię. Dlaczego jest tak, że mnie coś denerwuje i aż się we mnie gotuje ze złości, a ja nic. Zero. Null. Komuś udało się poluzować we mnie ten korek emocjonalny i już jest lepiej niż było, ale nadal nie jest idealnie. Gdy nie żyjemy w zgodzie z samym sobą, nie potrafimy dogadać się z otoczeniem. Słucham jakiejś durnej piosenki.
Nie śpię. Myślę, porównuję, stukam ze złością w klawisze. Zaglądam z obrzydzeniem w głąb własnej duszy i zastanawiam się, o co mi do cholery chodzi? To nie jest normalne, że nie jestem w stanie zasnąć przez natłok myśli. Złych, niedobrych myśli.
Nie wiem sama, skąd we mnie ta skłonność do wyolbrzymiania nieistniejących problemów? Powinnam zacząć ćwiczyć jogę, porozciągać odrobinę te nieruchliwe ciało, oddychać głęboko i uporządkować wszystkie sprawy w głowie. Gdzieś słyszałam o metodzie "szufladkowania". Wyższa szkoła jazdy. Złe myśli do jednej szuflady, dobre do drugiej. Opanować sztukę lawirowania pomiędzy dobrymi a złymi. Nie umiem się na niczym skupić. Wszystko mnie nudzi. Zaczynam czytać książkę i łapię się na tym, że gdzieś w połowie strony nie wiem, co czytam. Wczoraj miałam trzy podejścia do jednej lektury, przewertowałam z dwadzieścia babskich gazet w nadziei, że jakikolwiek artykuł mnie zachwyci, zaczęłam rozwiązywać krzyżówkę i bach... Zniechęcenie. Nuda. Rozproszenie.
I to cholerne pytanie w głowie - o co mi tak naprawdę chodzi???
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz