Nadal więcej upadków niż wzlotów u mnie. Powinnam była cieszyć się szczęściem, które miałam, a zawsze kiwałam tylko na to lekko ręką. Tak jak było, być przecież powinno, inna myśl do głowy nie przychodziła. Jednak... jedziemy cały czas do przodu. Próbuję przełączyć się na tryb: zapominam o przeszłości, żyję teraźniejszością. Staram się. Zawsze myślałam, że jestem człowiekiem czynu, akcji, a tu kiszka. Zmieniam się, jeszcze bardziej poważnieję. Straszne to, naprawdę. Szaleństwa, trochę pogody ducha mi trzeba. Jak tak dalej pójdzie, to zostanę starą, zgorzkniałą panną, której wiecznie źle i wiecznie pod górkę. Czas poszerzyć horyzonty, znaleźć inne perspektywy, alternatywy. Nie mogę liczyć ciągle na jeden plan, trzeba mieć jakieś awaryjne w zanadrzu. Realne awaryjne, a nie takie, które niby są, a których tak naprawdę nie ma. Wiecie o co chodzi? Jedyne czego mi potrzeba, to znowu uwierzyć, że chcieć znaczy móc.
Macie dla mnie jakieś złote rady odnośnie egzaminu na prawo jazdy? Nie radzę sobie ze stresem, a wypadałoby to w końcu zdać. W maju moje ostatnie podejście*, także potrzeba mi dużo siły, wsparcia i wskazówek.
Takie "rozkminy" ostatnio mi tutaj powstają, że głowa boli.
Pomimo dziwnego akcentu dzisiejszego wpisu dużo słońca i uśmiechu życzę!
*kończy mi się ważność "starej teorii" i jeśli tym razem nie zdam, to daruję sobie to całe prawko.